13 października 2017

Rozdział XXVIII - część III


„Oddział Janusa Thickey'a”
– rozdział XXVIII 


Lily Evans dygotała.
Nie mogła tego powstrzymać.
Zupełnie tak, jak wtedy, kiedy podczas lekcji transmutacji na drugim roku jako pierwszej udało jej się przemienić kielich w szczura. Profesor McGongall patrzyła na nią z dumą, ale ona sama drżała ze strachu, dopóki Severus nie zdjął uroku, i puchar znowu stał się metalowy i nieruchomy. Nie musiała nawet dźgać go palcem. Kielich stał przed nią, chłodny i nieporuszony. Zwykła czarka.
Podobnie czuła się, siedząc na trójnogim stołku i celując różdżką w samą siebie. Tym razem stało przed nią niewielkie, okrągłe lusterko, które miało pokazywać jej postępy.
Których nie było.
Lily odjęła różdżkę od skroni i odetchnęła głęboko. Jeden wdech. Drugi, trzeci.
Nie mogła uwierzyć w to, że pani profesor mogła tak silnie trzymać emocje na wodzy. Musiało być w tym coś więcej. Jakaś magia, której nie wolno było wyjawić nawet najbardziej zaawansowanym uczniom. Ona sama źle reagowała na tak długą niepewność. Żadnych informacji, żadnych odpowiedzi, a w dodatku bezsenne noce, które mnożyły i tak już liczne pytania.
Lily ukryła pobladłą twarz pod drżącą dłonią. Sponad jej palców wystał żółtawy kosmyk włosów, które zgodnie z planem powinny przybrać atramentową barwę. Nic jednak z tego. Włosy pozostawały rude, kasztanowe w najlepszym wypadku i nic nie mogła na to poradzić.
Gdy zabrzmiał dźwięk dzwonu, niemal nieprzytomnie podniosła wzrok na profesor McGonagall. Od ostatnich dwóch tygodni po każdej lekcji błagała ją o odwiedzenie Moon w szpitalu. Czarownica zawsze stanowczo odmawiała, zamaszyście zgarniając wypracowania z biurka albo krótkim ruchem różdżki zbierając przedmioty, na których ćwiczyli uczniowie, jednak tym razem jej spojrzenie miało w sobie tę głębię, która skłoniła Lily, aby podejść i zapytać po raz kolejny…
 Pani profesor? Czy mogłabym…?
 Proszę  odparła McGonagall, nie podnosząc wzroku znad sterty papierów, które piętrzyły się na blacie jej małego biurka.
Lily chciała coś powiedzieć, ale jej usta zwiodły, wypuszczając jedynie skąpy obłoczek niewypowiedzianych słów. Była zażenowana tym, że nieustannie wypowiada tę samą kwestię i otrzymuje dokładnie tę samą odpowiedź, ale nie mogła się poddać. Dominika była gdzieś tam, całkiem sama. Potrzebowała jej.
McGonagall uniosła nieznacznie brwi i zmierzyła ją bystrym spojrzeniem znad prostokątnych okularów. Dopiero kiedy ostatni z uczniów przekroczył próg sali, odezwała się swoim zwykłym, rzeczowym tonem.
 Dyrektor wyraził zgodę. Może pani niezwłocznie wyruszać.
Evans głośno przełknęła ślinę, roztargnionym wzrokiem omiatając rozrzucone pergaminy, niezupełnie jeszcze rozumiejąc, co właściwie się stało.  Serce tłukło jej się w piersi, a ramiona pokryła gęsia skórka. To już! Jednak się udało... Najchętniej podziękowałaby z uśmiechem i w podskokach pobiegła do dormitorium, aby spakować wszystkie potrzebne rzeczy, ale było coś jeszcze, coś, co trzymało ją w miejscu.Ta myśl od kilku poprzednich wieczorów powracała do niej z całą bezwzględnością, niezależnie od tego, jak sceptycznie podchodziła do całej sprawy. W głębi duszy wiedziała jednak, że to właściwe i tak właśnie powinna postąpić. Dlatego po krótkiej chwili wyprostowała się i splatając ręce za plecami, zapytała:
 Czy Syriusz Black może pójść ze mną?
Czarownica rzuciła jej błyskawiczne, niesamowicie krótkie, ale i analityczne spojrzenie.
Evans wstrzymała oddech, bezskutecznie próbując odczytać z jej twarzy decyzję.
 Pani profesor…   zaczęła entuzjastycznie, czując jak jej pierś gwałtownie unosi się i opada pod standardową, hogwarcką szatą. Mimo że jej antypatia do niego zaledwie dwa tygodnie temu osiągnęła swoje apogeum, poczuła nagle, że musi go bronić za wszelką cenę.  On na to zasłużył, naprawdę. No i ma licencję na teleportację  dodała myśl, na którą wpadła zaledwie zeszłej nocy.  Szybciej będziemy na miejscu i szybciej wrócimy.
Przez moment wydawało się jej, że kobieta zmrużyła nieznacznie oczy, a jej wąskie, zwykle surowe rysy twarzy rozciągnęły się w delikatnym uśmiechu, ale chyba było to tylko złudzenie, bo gdy profesor McGonagall przemówiła, jej głos był suchy i stanowczy jak zawsze.
 Jak sobie pani życzy. Proszę zaczekać jeszcze przez chwilę, potrzebne wam będzie specjalne pozwolenie.

* * * * *

Grupka Ślizgonów siedziała w milczeniu Pokoju Wspólnym. Każdy z nich zdawał się być pogrążony we własnych myślach, przez co atmosfera była wyraźnie ciężka i nieprzyjemna. Z pewnością nie poprawiała jej tajemnicza, jakby zielonkawa aura wypełniająca powietrze, sprawiająca wrażenie, jakby pomieszczenie znajdowało się pod powierzchnią szkolnego jeziora. Wprawdzie w ogromnym, kamiennym kominku trzaskał ogień, ale nawet płomienie blakły i dygotały niepewnie w obliczu ponurego nastroju siedzących nieopodal chłopców.
 Twoja matka się nie odzywała?  zapytał półgłosem Severus Snape, niemal niezauważalnym gestem unosząc głowę i wpatrując się swymi przepastnymi oczami w siedzącego obok Ślizgona. Chłopak nieznacznie skrzywił wąskie, blade wargi, nie przestając bawić się srebrzystym medalionem, którego ozdobny łańcuszek oplatał jego szyję.
 Nie  mruknął zgnuśniałym tonem.  Nie poza wyjcem.
Na wspomnienie ostatniej wiadomości od pani Black wszyscy czterej chłopcy pozwolili sobie na wzdrygnięcie. Aż za dobrze pamiętali owo pochmurne popołudnie, podczas którego familijna sowa dostarczyła Regulusowi wyjca, w którym jego matka dawała upust swoim emocjom, wywrzaskując, jak bardzo ją zawiedli i jak to mogło wpłynąć na jej reputację. Wprawdzie czarownica była na tyle rozsądna, aby przysłać wyjca o godzinie, w której mogli go usłyszeć jedynie Ślizgoni, a i jego treść nie zdradzała żadnych szczegółów, jednak winowajcy przez resztę dnia unikali towarzystwa, snując się po lochach niczym pokutujące zjawy.
Snape nie odpowiedział, nerwowo przygryzając paznokieć kciuka. Miał wrażenie, że tylko on podejrzewa, o jaką stawkę toczy się gra. Jako jedyny z tego towarzystwa nie pochodził ze starego, czarodziejskiego rodu i robił wszystko, aby tę stratę nadrobić. Black zbytnio był pochłonięty swoimi rodzinnymi problemami, Mulciber był skończonym idiotą, natomiast Avery… Avery był nieprzyjemnie dziwny. Sprawiał wrażenie, jakby kompletnie nie interesowało go, po co to wszystko robią, o ile może bezkarnie wyżywać się na mugolakach. Severus czuł do niego niekłamane obrzydzenie, ale od lat tak skrzętnie ukrywał emocje, że był w stanie znosić jego towarzystwo od czasu do czasu.
Tymczasem wyglądało na to, że poza murami Hogwartu już trwa wielka rozgrywka, w której pionki poruszają się coraz szybciej, tak, aby nie ukazywać przeciwnikowi głównej linii taktycznej i aby w decydującym momencie zadać ostateczny cios. Severus, oczywiście, nie wiedział wszystkiego, ba, wielu rzeczy nie rozumiał, ale zdawał się podejrzewać, ile mogła być warta porażka związana z Moon. Nie miał pojęcia, dlaczego mieli jej się przypodobać, nigdy nie zauważył w niej jakiegoś nadzwyczajnego talentu do któregokolwiek z przedmiotów, nie była też córką kogoś wpływowego, ale instynktownie wyczuwał napięcie z nią związane i wyciągał własne wnioski z dokładnych instrukcji przekazywanych im z zewnątrz.
Wiedział, że dociekanie prawdy nie ma w tym momencie sensu, był na to zbyt inteligentny. Jedyne, co wiedział, to fakt, że stronnictwo starych, czarodziejskich rodów od jakiegoś czasu znacząco przeważa w Wielkiej Brytanii i że on sam za niespełna trzy miesiące ukończy szkołę i znajdzie się w świecie dorosłych. W świecie, w którym nie mógł liczyć na niczyją protekcję. W świecie, w którym musiał postawić na szali wszystkie swoje zdolności i atuty, aby nie spaść do rynsztoka, jak jego ojciec. Teraz miał szansę, aby wywalczyć sobie lepszy start – zawczasu stanąć po zwycięskiej stronie. Stanęła przed nim jednak niespodziewana przeszkoda.
Za mało się staraliśmy  myślał gorączkowo, wpijając wzrok w gładko polerowany blat hebanowego stolika.  Nasz plan nie był dopracowany i oto efekty.
Teraz musieli być znacznie ostrożniejsi i wykorzystać tę szansę. Bo że będzie jeszcze jedna, tego Severus się spodziewał – tajemniczy oni nie byli w stanie dosięgnąć Moon tak długo, jak pozostawała pod haczykowatym nosem Dumbledore’a, to pewne. W przeciwnym razie, nie powierzaliby całej sprawy grupie niedouczonych nastolatków.
 Podobno jest nieprzytomna  powiedział z wahaniem Mulciber, spoglądając pytająco po ich twarzach.  Może nic nie pamięta?
 Dumbledore zaczął węszyć  mruknął Snape, nerwowo przebierając palcami i nie unosząc wzroku.
 I co z tego?  Chłopak buntowniczo wzruszył ramionami i wygodniej rozparł się na fotelu.  Może sobie węszyć, i tak nic na nas nie ma.
Snape zagryzł wargi, usiłując powstrzymać potok pogardliwych słów, które chciały wydostać się spomiędzy nich na wolność, ale niespodziewanie odezwał się młody Black, który niecierpliwym gestem wypuścił medalion z palców i odwrócił się nieznacznie w stronę kolegi, z tą wyczuwalną, charakterystyczną dla arystokracji niewymuszoną gracją.
 Gdybyś znał znaczenie słowa „dyskrecja”, Mulciber…  Jego ciemne, prawie czarne oczy zamigotały chłodno w świetle płomieni.  To byś wiedział, że w tej sytuacji potrzeba znacznie więcej.
Ślizgon wyprostował się w fotelu i zwinął swoje potężne dłonie w pięści, ale zanim zdążył powiedzieć cokolwiek, niespodziewanie odezwał się Avery:
 Ci parszywi Gryfoni wszystko psują.
Severus poczuł jak zalewa go fala irytacji i obrzydzenia. Nietrudno było się domyślić, do czego zmierzał Adalbert Avery, ale w głębi duszy wiedział, że ma rację – gdyby nie Huncwoci, wszystko mogło potoczyć się inaczej. Moon prawie uczyniła pierwszy ważny krok w stronę oddania się Mrocznym Sztukom, wyraźnie balansowała na granicy. Należało usunąć ich z jej otoczenia – ale jak?
— Warto się nad tym zastanowić  przyznał w końcu, przełamując wewnętrzny opór.  Musimy nadal postępować według instrukcji i mieć nadzieję na następne. Nie wszystko stracone…  mówił nadal, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego, ale pozostali Ślizgoni słuchali go w skupieniu.  Ona ma potencjał do Mrocznych Sztuk. Gniew, nienawiść…  Jego głos zmienił się nieznacznie, stał się bardziej miękki, niemal pieszczotliwy, jak zawsze gdy mówił o Czarnej Magii. Pokiwał lekko głową, wpatrzony w drobne płomyki pełgające po drwach w masywnym, grubo ciosanym kominku.  Ale przede wszystkim… Strach.

* * * * *

Śpiesznym krokiem opuścili zamek i przemierzyli szkolne błonia. Słońce coraz wyraźniej przeświecało przez chmury, a trawa z płaskich, pożółkłych skrawków, które w połowie lutego zaczęły wyglądać spod śniegu, powoli zamieniała się w znajomy, szmaragdowozielony trawnik, niezawodną oznakę przywrócenia sezonu Quidditcha.
Odruchowo zerknął w kierunku stadionu, po czym skupił wzrok na potężnej, żelaznej bramie zwieńczonej dwoma skrzydlatymi dzikami. Kiedy naparł dłonią na jeden z wąskich, metalowych prętów, przez ułamek sekundy obawiał się, że wrota będą zamknięte, ale Evans chyba rzeczywiście wszystko załatwiła – brama uchyliła się z przeciągłym jękiem, otwierając im drogę do dworca i wioski Hogsmeade. Wciąż nie mógł uwierzyć w to, że go ze sobą zabrała. Wydawało mu się, że go nienawidzi, że nim gardzi, więc kiedy podeszła do niego z roziskrzonymi oczami tuż po przerwie obiadowej, nie mógł uwierzyć własnym uszom.
Od tego czasu nie odezwali się do siebie ani słowem, ale teraz dziewczyna obejrzała się na niego niepewnie, pytająco.
 Byłeś już kiedyś w Świętym Mungu?
Skinął krótko głową zanim opadły go wspomnienia.
Owszem, jak przez mgłę przypominał sobie drobną, jakby kruchą sylwetkę czteroletniego Regulusa, który zachorował na smoczą ospę. Matka odchodziła wtedy od zmysłów, a on chichotał głupio za jej plecami, bo Reg był całkiem zielony na twarzy. „Kapusta”  mówił do niego, bezgłośnie poruszając ustami. „Brukselka!”  chłopiec prawie piszczał wtedy z uciechy, a matka rozpaczała, że to nic innego, tylko przejaw ostatecznej agonii.
Zabolało. Nie chciał dłużej tego czuć, więc pognał myślami do kolejnego wspomnienia, ale ucisk w piersi nie zelżał.
Drugi i zarazem ostatni raz odwiedził szpital Świętego Munga jakieś trzy lata temu, kiedy umierała w nim jego babka, Melania. Rodzice ubrali go wtedy w atłasową, czarną jak noc szatę z obszytym koronkami kołnierzem, który koszmarnie drażnił mu skórę na karku. Drapał się więc ustawicznie, od czasu do czasu gromiony spojrzeniem przez matkę. Nudził się, jak to często mu się zdarzało, bo niezbyt dobrze znał babkę od strony ojca, a przy tym w sali panowała ponura atmosfera, jakby kobieta już była na tamtym świecie. Żyła jednak, leżała w prostym, szpitalnym łóżku i za życia ogłaszała swój testament, dlatego też krewni skwapliwie zgromadzili się w prywatnej, dusznej salce.
Evans odkaszlnęła, ściągając go z ponurej strony pamięci. Spojrzał na nią z roztargnieniem – przyglądała mu się uważnie, zakładając ramiona na piersiach. Nawet nie zauważył, kiedy znaleźli się na stacji – tej samej, na której stał mniej więcej pół roku temu, kiedy wysiadł z ekspresu Londyn-Hogwart, aby rozpocząć ostatni rok szkolny.
 Wydaje mi się, że pamiętam jak tam dotrzeć  powiedział, nieco zawstydzony swoją nieuwagą. W milczeniu podał jej ramię, które Evans uchwyciła nieśmiało. Skoncentrował się, usilnie starając się nie myśleć o jej drżącej dłoni i wykonał senny, niemal taneczny krok w tył i po chwili ogarnęło go silne, niezbyt przyjemne uczucie zawsze towarzyszące teleportacji.
Kiedy ponownie otworzył oczy, znajdowali się już na szerokiej, londyńskiej ulicy. Poczuł, że dziewczyna zakołysała się lekko przy jego ramieniu, wyciągnął więc rękę, aby ją podtrzymać.
 Wszystko w porządku?
— Taak  odparła ruda, chociaż nienaturalnie blady kolor jej twarzy zdawał się podpowiadać co innego.  Nie lubię tego.
 Kwestia wprawy  poinformował ją wspaniałomyślnie Black, bardzo dumny z nowiuteńkiej licencji na teleportację, która spoczywała w jego kieszeni.
Poprowadził ją zatłoczonym chodnikiem, wzdłuż którego ciągnął się niekończący się łańcuch sklepów. Lily rozglądała się ciekawie, prawdopodobnie w poszukiwaniu gmachu szpitala. W końcu stanęli przed staroświeckim domem towarowym, zbudowanym z czerwonej cegły. Pełen niedowierzania wzrok dziewczyny przesunął się powoli z wyblakłego napisu „Purge & Dowse Ltd” na solidnie zakurzoną witrynę sklepową, za którą stały sfatygowane i, zdaniem Syriusza, dość upiorne manekiny.
 No wiesz  mruknął, z niejakim zażenowaniem pochylając się ku kukle reklamującej nylonowy fartuch.  Kodeks Tajności.
Evans skinęła krótko głową i z nowym zainteresowaniem przyjrzała się witrynie. Black był pod wrażeniem szybkości, z jaką dostosowywała się do aktualnych warunków. W takich chwilach jak ta odwaga i stanowczość zdawały się z niej promieniować, na podobieństwo jakiegoś tajemniczego uroku, któremu dawno temu uległ James, a którego cień dotknął teraz i jego samego.
 Przyszliśmy odwiedzić Dominikę Moon  szepnął, a mgiełka jego oddechu pokryła kilka cali i tak już niezbyt czystej szyby. Ku jego uldze, manekin kiwnął głową i palcem wskazującym.
 Idziemy.
Wzdrygnął się, przechodząc przez szybę, która teraz przypominała bardziej taflę zimnej wody. Słyszał za sobą kroki Evansowny, która przystąpiła do ofensywny, stukając lekko obcasami. Niemal z zachwytem patrzył jak zgrabnie przemierza poczekalnię, kompletnie nie zwracając uwagi na dziwaczne urazy ludzi spoczywających na prostych, plastikowych krzesełkach, i kieruje się prosto do informacji. Do stanowiska czarownicy zajmującej niewielkie, białe biureczko stała pokaźna kolejka złożona z czarodziejów pokasłujących gęstym dymem, nerwowo podskakujących na jednej nodze i pocierających paskudnie wyglądające ugryzienia, więc Evans powędrowała prosto do pokaźnej tablicy informacyjnej, obok której Syriusz zauważył portret jednej z dyrektorek Hogwartu. Dilys Derwent rzuciła mu chytre spojrzenie spod srebrzystej grzywki, po czym błyskawicznie zniknęła za ramą obrazu.
 Czwarte piętro  rzuciła dziewczyna, nie oglądając się na niego, i od razu ruszyła w kierunku schodów. Black starał się za nią nadążyć i nie zwracać uwagi na obserwujące ich portrety oraz czarodziejów, którzy biegli schodami najwyraźniej w poszukiwani uzdrowiciela. W końcu dotarli do półpiętra opatrzonego słowami URAZY POZAKLĘCIOWE, KLĄTWY. ODDZIAŁ JANUSA THICKEYA.
Evans obejrzała się na niego niepewnie, po czym nacisnęła klamkę.
Znaleźli się w długim, wąskim korytarzu pokrytym stonowaną tapetą w drobne romby. Zarówno w lewej jak i prawej odnodze znajdowały się rzędy prostych, białych drzwi, prowadzących do poszczególnych sal. Zanim zdążyli zadecydować, w którą stronę pójść, trzecie drzwi po lewej otworzyły się i wyszła z nich para w średnim wieku.
Syriusz niemal natychmiast zrozumiał, że nie są czarodziejami. Nie wiedział, co właściwie wpłynęło na to przekonanie – ich niepewne ruchy, pewne zakłopotanie, z jakim rozglądali się wokół, czy emanujący z nich strach – mimo to, nie miał żadnych wątpliwości, co do tego, że byli mugolami. Rodowy instynkt  zdążył kpiąco pomyśleć, zanim spojrzał w znajome, zielone oczy.
Nerwowo zerknął na Evans, która porozumiała się z nim zdumionym spojrzeniem, najwyraźniej myśląc dokładnie o tym samym, co on. Niewysoki mężczyzna po czterdziestce spojrzał na nich z roztargnieniem spod siwiejącej grzywy jasnych włosów, obejmując szlochającą w chusteczkę ciemnowłosą kobietę.
Poczuł jak jego mięśnie kolejno sztywnieją, jakby zmrożone tym widokiem. W najśmielszych wyobrażeniach nie spodziewał się, że tak właśnie pozna jej rodziców.
 Jesteśmy przyjaciółmi Dominiki  wykrztusiła Evans, a jego zalała fala wdzięczności. Sam nie potrafił wydobyć z siebie żadnego dźwięku, więc skinął jedynie głową i wierzchem dłoni nerwowo otarł wargi. Jej rodzice popatrzyli na nich z nowym zainteresowaniem. Kobieta oderwała chusteczkę od ciemnobrązowych oczu, ale Syriusz nie był w stanie znieść jej wzroku. Wpatrzył się we własne buty, czując jak pożera go poczucie winy.
 Co się stało?  zapytał ojciec Dominiki, a Black natychmiast pożałował, że na niego zerknął – mieli identyczne oczy, zielone, ze złotymi plamkami wokół źrenic.  Oni nie chcą nam nic powiedzieć.
Zdumiał się, słysząc te słowa, ale i tym razem nie wydobył z siebie głosu, bo odpowiedź pojawiła się niemal samoistnie. Z pokoju, który przed chwilą opuścili rodzice Moon, wyszło dwóch mężczyzn. Jeden z nich, ubrany w czarną, skórzaną kurtkę, poklepał się demonstracyjnie po kieszeniach, zatrzymując rękę na wysokości wątroby. Drugi, znacznie mniej postawny, za to wyposażony w parę przenikliwych oczu, rzucił im ostrzegawcze spojrzenie.
 Dominika miała…  Syriusz wstrzymał oddech, zanim Evans dokończyła zdanie. Wyobrażał sobie, że niemal widzi jak małe trybiki poruszają się w jej głowie, wyszukując odpowiedniej odpowiedzi.  Wypadek. Głupia sprawa, naprawdę.
Black popatrzył na nią z podziwem. Nigdy by nie przypuszczał, że pani prefekt potrafi tak znakomicie łgać. Był jej wdzięczny za każde słowo.
 Dlaczego w takim razie moja córeczka jest nieprzytomna?  Matka Dominiki oderwała chusteczkę od ust i wyzywająco spojrzała na Lily, jakby to ona była winna temu, że obcy, magiczny świat nie wiedzieć czemu skrzywdził ich dziecko. Ruda otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
 Chcą wiedzieć, że nic jej nie jest  powiedział głucho, zwracając na siebie ich palące spojrzenia.
 Czyli to coś podobnego do śpiączki farmakologicznej?  zapytał niepewnie pan Moon, patrząc na niego tymi znajomymi, szmaragdowozielonymi oczami.
Przytaknął, choć kompletnie nie miał pojęcia, o czym mowa.
 Dlaczego nie pozwolą nam jej zabrać do świętego Tomasza?  zapytała kobieta, mnąc chusteczkę w szczupłych palcach. Patrzyła to na Evans, to na niego, jakby ich obowiązkiem było udzielnie poprawnej odpowiedzi.
 Tutaj lepiej się nią zajmą.  Lily zbliżyła się o krok do kurczowo obejmującej się pary i pochyliła lekko głowę, kolejno patrząc im w oczy.  To czarodziejski szpital, lepszy niż nasz, no wie pani, zwykły.
 Och.  Pani Moon westchnęła, opierając się ciężko na ramieniu męża. Najwyraźniej słowo „nasz” uspokoiło ją, odbierając jednocześnie wszelkie siły.
 Dziękujemy  powiedział mężczyzna i krótko ścisnął go za ramię. Syriusz poczuł się, jakby ołowiana kula spłynęła mu wprost do żołądka. Evans była bardzo blada, miał wielką nadzieję, że nie zemdleje, bo sam był kompletnie rozbity.
 Do widzenia  powiedziała matka Moon i ponownie przycisnęła chusteczkę do oczu, po czym szybko opuścili oddział.
Minęła dłuższa chwila zanim na siebie spojrzeli.
 Śmierdząca sprawa  mruknął, łupiąc ponurym wzrokiem na czarodziejów, stojących po obu stronach drzwi i przyglądających się im podejrzliwie.
— Wiem  powiedziała Evans, odwzajemniając prowokacyjne spojrzenie i pogmerała w małej sportowej torbie, która spoczywała na jej ramieniu. Po chwili wyciągnęła z niej niewielki zwitek pergaminu i podeszła do mężczyzn, podtykając im go pod nos.
 Pozwolenie od zastępcy dyrektora  poinformowała ich ostrzegawczym tonem, a mężczyzna w skórzanej kurtce skinął niechętnie głową. Evans obejrzała się na niego ze zmartwioną miną.
 Chcesz wejść pierwszy?

* * * * *

W wyłożonej jasnym, poprzecinanym ciemniejszymi nitkami marmurem Sali Wejściowej panowało istne piekło.
Wszystko zaczęło się od wspaniałej pogody. Od samego rana sklepienie w Wielkiej Sali zwiastowało wybuch wiosny, rozciągając nad głowami uczniów idealnie czysty błękit nieba. Hogwartczycy zerkali na nie z nadzieją, a później między lekcjami tęsknie spoglądali przez niewielkie, zwieńczone ostrymi łukami okienka, na zalane słońcem, soczyście zielone błonia. Nic więc dziwnego, że wielu uczniów chętnie wykorzystało pierwszą nadarzającą się okazję, aby wybiec przed zamek i odetchnąć świeżym, pachnącym wiosną powietrzem. Słońce przygrzewało mocno, niebo porażało swym błękitem, a wokół unosił się słodki zapach pierwszych, delikatnych kwiatków, które można było znaleźć zarówno w trawie jak i w koronach drzew.
To właśnie przesądziło smutny los Hogwartczyków.
Punktualnie o godzinie czwartej po południu, powietrze wypełnił dźwięczny, metaliczny brzęk dzwonu, oznajmiający obiad. Ci uczniowie, którzy nie mieli przedtem żadnych lekcji, leniwie unieśli powieki, mrużąc w słońcu oczy, przeciągnęli się i niespiesznie ruszyli do zamku. Kiedy większa ich część znalazła się w Sali Wejściowej, zaczął się chaos.
Uszy Hogwartczyków najpierw wypełnił ostry, nieprzyjemny śmiech, który zdawał się dobiegać gdzieś z wysoka, a kiedy podnieśli wzrok, aby ze zgrozą spojrzeć na unoszącego się w powietrzu poltergeista, było już zdecydowanie za późno.
Uczniowie wrzeszczeli, piszczeli, daremnie osłaniali się ramionami i próbowali uciekać przed cuchnącymi kulami, które po spotkaniu podłogą rozbryzgiwały się w wielkie, brunatne kałuże. Irytek poltergeist szybował nad ich głowami, przygryzając końcówkę widmowego języka i celując uważnie w miejsca, w których mógł dokonać największego spustoszenia.
Gdyby któryś z uczniów zdołał zachować na tyle zdrowego rozsądku, aby nie biegać w panice, i gdyby nie żywił szczególnej obawy przed staniem się celem łajnobomby, mógłby zadać sobie pytanie, skąd też poltergeist mógł wytrzasnąć taki arsenał? Następnie mógłby potrzeć podbródek albo podrapać się w głowę i zauważyć, że na ramieniu zjawy zawieszona była całkiem niewidmowa torba z logiem popularnego wśród uczniów sklepu Zonka. Odkrycie to łatwo mogłoby doprowadzić do kolejnych, takich jak zauważenie Jamesa Pottera, Remusa Lupina i Petera Pettigrew stojących w cieniu marmurowych schodów i zaśmiewających się do rozpuku. Każdy z trzech Huncwotów wyposażony był w parę jaskrawopomarańczowych stoperów do nosa o przyjemnej, piankowej konsystencji. Gdyby nasz obserwator był dodatkowo szkolnym dowcipnisiem, wiedziałby z pewnością, że takie stopery były gratisowo dołączane do każdego większego zamówienia na łajnobomby w sklepie Zonka.
Niestety, w Sali Wejściowej, która stała się cuchnącym pandemonium i łajnobombowym pobojowiskiem, nie znalazł się ani jeden na tyle rozsądny lub, być może, na tyle głupi uczeń, aby dokonać tych wszystkich spostrzeżeń.
 Że też nie wpadliśmy na to wcześniej  westchnął Potter, z rozmarzeniem lustrując widmową sylwetkę Irytka, która miotała się tu i tam, wzbudzając wśród uczniów prawdziwy popłoch.  Ominęłaby nas cała masa szlabanów!
 Nie dalibyśmy rady  przypomniał mu Lupin, nie odrywając wzroku od poltergeista, który w niesamowity sposób wykazywał się całkiem samodzielnym, naturalnym wręcz pragnieniem destrukcji. Dziwnie było obserwować swój wytwór, który nagle zaczął żyć własnym, nieco demonicznym życiem.
 Jest wspaniały.  Pettigrew odetchnął pełną piersią i ze wzruszeniem pokręcił głową, gdy wyjątkowo kształtna łajnobomba rozbryzgnęła się na wielkiej klepsydrze wypełnionej szmaragdami.  Myślicie, że go stąd wyrzucą?
 E, nie.  Rogacz wykazał się refleksem ścigającego, gdy niemal odruchowo wykonał zgrabny skłon, unikając tym samym szybującej w jego kierunku łajnobomby. Obejrzał się, gdy usłyszał za sobą piskliwy wrzask – cuchnąca maź spływała właśnie z jednego z portretów, trudno było jednak stwierdzić, kto konkretnie stał się jej ofiarą, bo łajno pokryło całą jego powierzchnię, nie wyłączając złotych ram ani kamiennej ściany.  Dumbel na pewno uważa, że to doskonały pokaz magii.
 Ulatniamy się?  zapytał Lunatyk, spośród kakofonii wrzasków i pisków bezbłędnie wyławiając coraz donośniejsze pokrzykiwanie szkolnego woźnego.
 Niestety.  Potter niemal od niechcenia popchnął niewielką wazę z błękitnej porcelany, która wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu nie spadła z kamiennego postumentu, tylko przesunęła się leniwie do tyłu przy akompaniamencie szurania ściany, w której ukazało się tajemne przejście.
 Pa, Irytku!  Glizdogon obejrzał się przez ramię i pomachał poltergeistowi, który właśnie po raz pierwszy w życiu spotkał się oko w oko z Argusem Filchem, z którym miała go połączyć wieloletnia i pełna pasji znajomość… Wówczas jednak jeszcze nikt się tego nie spodziewał.

* * * * *

Zanim postąpił choćby krok naprzód, podniósł wysoko głowę i rzucił wyzywające spojrzenia obu gorylom strzegącym przejścia. Zerknęli na niego lekceważąco, ale nie poruszyli się choćby o cal, gdy otwierał proste, drewniane drzwi. Najwyraźniej pozwolenie, które miała ze sobą Evans, było dla nich wystarczająco wiarygodne.
Pociągnął za klamkę, zamierzając zamknąć za sobą drzwi, ale mężczyzna w skórze położył mu rękę na ramieniu. Był to niegroźny, może nawet przyjacielski gest, ale jego dłoń ciążyła Syriuszowi nieznośnie, dowodząc, że jej właściciel ostrzega tylko ten jeden raz.
 Zostaw je uchylone, chłopcze  powiedział jedynie, po czym wrócił do poprzedniej pozycji, przesunąwszy lekko ręką wzdłuż prawego boku.
Black z ledwością zdusił w sobie falę złości, która minęła niepostrzeżenie, gdy tylko zajrzał do środka.
Moon leżała tuż naprzeciwko. Mimo, że było to jedyne łóżko w pokoju, zupełnie nie przypominało tego, w którym po raz ostatni widział babkę Melanię – u wezgłowia znajdowało się duże okno, zza którego pobłyskiwały promienie słońca, czyniąc niewielkie pomieszczenie dość przytulnym i przyjemnym.
Patrzył na nią od progu, nie śmiejąc podejść choć o krok. Leżała tuż naprzeciw, kompletnie nieprzytomna. Jej lewa ręka była owinięta bandażami tak obficie, że wyglądała zupełnie nienaturalnie, jakby należała do kogoś innego. Prawa ręka połączona była wąską rurką z lewitującą w powietrzu plastikową torebką zawierającą resztkę purpurowej cieczy.
Kiedy zmusił się, aby podejść bliżej, jego nogi zdawały się ważyć cetnary. Z każdym krokiem dostrzegał coraz więcej szczegółów, które raz po raz godziły prosto w jego pierś. Moon miała na sobie wesołą, szpitalną piżamę w ananasy, której rękawy ledwie sięgały jej pokaleczonego przedramienia. Skóra jej twarzy była tak blada, że aż przejrzysta; wyraźnie dostrzegał bladoniebieskie żyłki na jej skroniach, szyi i powiekach. Drobne wargi zdawały się być kompletnie pozbawione krwi. Wpatrzył się w nie jak zahipnotyzowany. Wyobrażał sobie, że Moon będzie wyglądała, jakby spała, ale nie było tak. Ona wyglądała, jakby…
— Dzień dobry  rozległ się dziarski głos za jego plecami. Black odwrócił się w wysiłkiem, a jego mięśnie wciąż słuchały go z pewnym oporem. Do pokoju wszedł młody uzdrowiciel, na oko dwudziestoletni. Popatrzył z uśmiechem na jego niepewną minę i z kieszeni szaty wyjął różdżkę, którą wycelował w lewe przedramię dziewczyny.
 Zaczarowane pocałunki ponoć działają tylko w bajkach  zauważył konwersacyjnym tonem, a Syriusz być może zawstydziłby się na tę wyraźną aluzję, ale akurat w tym momencie obserwował jak dziesiątki warstw bandaży odwijają się z ręki Moon, na ułamek sekundy ukazując długie na stopę, głębokie rozcięcie.
Uzdrowiciel spojrzał na niego bystro, uchwyciwszy jego wzrok.
Niemal od niechcenia kiwnął różdżką, przywołując nową plastikową torebkę, tym razem pełną gęstego, purpurowego płynu, który następnie połączył z raną przy pomocy rurki i ponownie zasklepił solidną wersją bandaży. Wszystko trwało nie dłużej niż trzy sekundy, ale Syriusz dostrzegał wszystko z ponurą dokładnością, jakby jego mózg zachowywał każdy szczegół na późniejsze niekończące się godziny tortur.
 Dlaczego…?  wychrypiał, patrząc na jej twarz, która nie drgnęła choćby o ułamek cala.  Dlaczego ona nadal śpi?
 Utrzymujemy ją w śpiączce  poinformował uzdrowiciel zdawkowym tonem, pozbywając się zakrwawionych bandaży, choć wyostrzone zmysły Syriusza bezbłędnie zarejestrowały drobną zmarszczkę między jego brwiami.  Rozumie pan, dopóki nie znajdziemy sposobu na utratę krwi.
 Czy to znaczy, że ona…?  Wysuszone do granic możliwości gardło odmawiało mu posłuszeństwa, jakby niezdolne do wymówienia słów, które pojawiały się w jego myślach. Z wysiłkiem skupił wzrok na podeschniętych goździkach, znajdujących się w wazonie na szafce nocnej.  Jak to możliwe?
 Nie wiemy dokładnie.  Chłopak skrzywił się lekko, pod światło egzaminując torebkę, jakby chciał sprawdzić jej szczelność.  Nie jesteśmy w stanie powstrzymać krwotoku. To zupełnie wyjątkowy przypadek. Ale wkrótce coś wymyślimy, niech się pan nie martwi.
Wątpię  pomyślał buntowniczo Syriusz, ale nie powiedział tego na głos i skierował się do wyjścia. Nagle nawiedziło go zupełnie nowe pytanie: czy Dumbledore powiedział uzdrowicielom o Białej Magii i powiązanej z nią przyczynie, przez którą Dominika traciła tak wiele krwi? Czy mógł być tak egoistyczny, by zataić tę informację? Poczuł jak coś chłodnego osuwa się do jego żołądka. Wychodząc, porozumiał się ponurym spojrzeniem z Evans, która na jego miejsce wsunęła się do sali. Przez chwilę stał w milczeniu, mierząc się wzrokiem z mężczyznami, którzy nadal stali po obu stronach drzwi, przyglądając mu się z umiarkowanym zainteresowaniem.
— Jesteście aurorami?  zapytał w końcu.
Czarodzieje porozumieli się wzrokiem, po czym ten w skórze odchylił nieznacznie połę kurtki, ukazując błyszczącą odznakę i zawieszoną poniżej różdżkę. Posłał mu ledwo zauważalny uśmiech. Syriusz skinął głową z uznaniem. On i James od zawsze marzyli, że po Hogwarcie dorobią się podobnych.
 Każdy w szpitalu ma taką obstawę?  Aurorzy posłali mu tylko zagadkowe uśmieszki, opierając się wygodniej o ścianę. Cóż, nie, żeby się tego nie spodziewał. Desperacko próbował dowiedzieć się czegokolwiek, a właściwie czegoś, co uspokoiłoby jego rozszalałe w niepokoju myśli.
 Dlaczego ona potrzebuje takiej ochrony?  zapytał, ale mężczyźni spoważnieli wyraźnie i zignorowali go kompletnie, nasłuchując odgłosów z wnętrza sali.  Kto was przysłał?
Drzwi uchyliły się i wyszła zza nich Lily Evans. Oczy miała pełne łez i rzuciła się w jego ramiona tak spontanicznie, że język uwiązł mu w gardle. Mógł tylko gładzić ją po lśniących, rdzawych włosach i wdychać obcy mu delikatny zapach lawendy, podczas gdy dziewczyna moczyła mu kołnierz kurtki.
 Dzięki  mruknął do aurorów i ostrożnie pokierował Evans w kierunku schodów. W milczeniu opuścili oddział, a dziewczyna uspokajała się powoli, choć na jej policzkach wciąż błyszczały lśniące strużki łez.
 Powiedzieli, że niedługo ją wybudzą  odezwał się bez przekonania, kiedy ponownie znaleźli się na londyńskiej ulicy, a mżawka zraszała ich drobniutkimi kropelkami, pogrążając we mgle resztę świata.
Rudowłosa skinęła w milczeniu głową, łykając łzy. Skręcili w wąską uliczkę. Z obu stron ciągnęły się wysokie, pozbawione okien ceglaste ściany, a kilka stóp od nich stały dwa blaszane pojemniki na śmieci. Syriusz przyglądał się jej przez chwilę, niepewny tego, co dziewczyna myślała na ten temat. W końcu podał jej ramię, a ona uchwyciła je drobnymi dłońmi, tym razem znacznie pewniej, gotowa do deportacji.
 Evans?
Podniosła na niego promieniście zielone oczy, przysłonięte wilgotną mgiełką.
 Dziękuję. Naprawdę ci dziękuję.
Zanim przeminęło nieprzyjemne uczucie bycia wsysanym przez niewidzialną rurę, oboje zdążyli doprowadzić się do porządku. Jego głos nie był już tak ochrypły, a jej oczy znacząco wilgotne. Podczas drogi do wieży Gryffindoru nie odezwali się do siebie ani słowem. Tym razem nie było to jednak wrogie milczenie, przeciwnie – czuli się blisko, nawet przyjaźnie, jak jeszcze nigdy w życiu. Mieli wspólny cel, wspólne nadzieje i obawy. Przez te kilkanaście minut mogli porozumieć się bez słów.
Gdy przekroczyli portret Grubej Damy, to uczucie wyraźnie przygasło. Ożywione rozmowy, znajome twarze i widoki sprawiły, że z ich niesamowitej wyprawy został zaledwie cień, a oni myśleli o niej z niedowierzaniem, jakby była tylko snem, ledwie kołyszącym się na skraju świadomości.
Nie minęła nawet minuta, gdy w ich polu widzenia pojawiła się uśmiechnięta twarz Jamesa.
 Cześć, Łapo.  Syriusz poczuł ukłucie urazy, widząc zadowoloną minę przyjaciela, podczas gdy jego samego trawiły niezbyt przyjemne myśli. Co będzie z Moon? Czy zdołają przywrócić ją do zdrowia? I dlaczego strzegła jej para aurorów?
Potter jednak nie poświęcił mu więcej uwagi i zwrócił się bezpośrednio do Evans.
 Lily  powiedział, wyraźnie podekscytowany. Dziewczyna przyjrzała się mu niepewnie, a on w odpowiedzi podsunął jej pod nos niewielką książkę w płóciennej oprawie.  Znalazłem coś!
— Helga Hufflepuff?  zapytała ruda, a w jej głosie wyraźnie zabrzmiała nuta rozczarowania.  A co ona ma z tym wszystkim wspólnego?




Witaj, dziatwo! Tak, wieeem, rozdział nie jest specjalnie ciekawy i rozbudowany, a od poprzedniego minęło sporo czasu (przepraszam, Shano, Dramo&Furio!), ale za to jest to jeden z tych rozdziałów, które stanowią bazę dla kolejnych, a przy tym znajduje się w nim sporo drobiazgów, które okażą się nie bez znaczenia w przyszłości :) No i przy okazji pozbyliśmy się Moon, dzięki czemu możemy przyglądać się relacjom na linii Lily - Huncwoci. Wracając do pisania, trochę reanimowałam swoją wyobraźnię, więc spodziewam się, że na następny rozdział nie trzeba będzie czekać bardzo długo, ale dajmy sobie bezpieczny termin :D Dziękuję bardzo za Wasze komentarze, które ciągle trzymają mnie w ryzach i dodają cudownej motywacji!

11 września 2017

Rozdział XXVII - część III


„Za karę”
– rozdział XXVII 

Stał nieopodal wejścia do Skrzydła Szpitalnego, czując się, jakby został ogłuszony. Dźwięki były nienaturalnie przytłumione, a jego myśli jednocześnie chaotyczne i dziwnie rzeczywiste, kiedy patrzył na swoje ubroczone krwią dłonie. Zapach był ostry i metaliczny, a on wciąż jak zahipnotyzowany wpatrywał się w krzepnące z wolna smugi, z nową ostrością dostrzegając linie papilarne i drobne zgrubienia na skórze. Wiedział, że gdzieś już to widział. Nagle zrozumiał gdzie i zaczął drżeć, potem chichotać, a na koniec zaniósł się donośnym śmiechem, który odbił się echem od kamiennych ścian.
W takim stanie zastali go Lily i James, którzy nadbiegli od strony Sali Wejściowej. Wciąż mieli na sobie szaty wyjściowe, ale na ich zaniepokojonych twarzach nie było już ani śladu po niedawnej beztrosce.
— Łapa! — Ostry okrzyk Pottera i lekki, jakby odległy ból w ramieniu, za które ścisnął go przyjaciel, na moment sprowadziły go na ziemię. — Co się stało? Co to jest?
Evans zakryła dłonią usta, nie potrzebując odpowiedzi, ale Syriusz kompletnie nie zwracał na nią uwagi.
— Przewidziałem to. — Potrząsnął głową z niedowierzaniem i ponownie zaśmiał się krótko, ale tym razem cicho i nerwowo. — Widziałem to we śnie, rozumiesz? To dlatego ją… To dlatego postanowiłem…
Nagle szok opadł, a uśmiech błyskawicznie spełzł z jego twarzy. Napotkał skupione spojrzenie Jamesa, a tuż ponad jego ramieniem śmiertelnie bladą twarz Lily.
— Skąd wiedziałeś? — zapytał ochryple.
— Mapa — mruknął okularnik w odpowiedzi i ponownie potrząsnął jego ramieniem. — Co tu się stało?
— Moon… — Wzdrygnął się, kiedy Evans pisnęła cicho. — Ona jest ranna… Znalazłem ją… Wszędzie krew, zupełnie jak we śnie… A przecież Imnifay powiedział, że większość zaklęć nie jest w stanie jej skrzywdzić! — Wybuchnął nagle, wściekły wobec niesprawiedliwości świata, który tak okrutnie zakpił z niego tego feralnego wieczora. Dwukrotnie życzył sobie czegoś z całego serca i dwukrotnie jego życzenie się spełniło, chociaż kompletnie nie tak, jak to sobie wymarzył. Zupełnie jak w czarodziejskiej baśni, której morał ma przestrzec czytelnika przed popełnianiem głupstw. Dlaczego jednak teraz, właśnie teraz, kiedy zrozumiał swój błąd? W dodatku teraz czekały go niekończące się serie bezsensownych pytań, na które sam chciałby poznać odpowiedź, ale przecież nie ma na to czasu! Dobrze wiedział, że jego słowa były zupełnie tak chaotycznie jak myśli, ale nie dbał o to, czy ktoś go zrozumie. Odwrócił się na pięcie i spojrzał w zamyśleniu na drzwi Skrzydła, zastanawiając się czy może teraz pielęgniarka go wpuści.
— Ach tak? — zawołała Evans, wyłaniając się zza ramienia Pottera, i celując palcem w jego pierś. Na jej pobladłe policzki wystąpiły jaskrawe rumieńce. — Teraz o niej pomyślałeś? Po tym jak obściskiwałeś się z tamtą?
— Lily — zaczął James niepewnie, ale Syriusz uciszył go gestem.
— Rzuciła na mnie urok. — Z trudem zignorował prychnięcie rudowłosej Gryfonki. — Nigdy bym tego nie zrobił. Nigdy bym jej nie zdradził.
— O czym ty mówisz? — Stanowczy zazwyczaj i pewny głos Evansówny był w tym momencie nienaturalnie wysoki i rozedrgany.
James porozumiał się spojrzeniem z przyjacielem zanim odezwał się, ostrożnie ważąc słowa.
— Syriusz, eee, zerwał z Moon z troski o nią. Widzisz, miał pewne przeczucia i…
— Ja w to po prostu nie wierzę — prychnęła dziewczyna i odtrąciwszy go ramieniem, podbiegła do drzwi Skrzydła i szarpnęła za klamkę. Bezskutecznie. — Co za bzdura! — załkała bezradnie, napierając na drzwi. — Co z nią? Co jej zrobiłeś?
— Nic jej nie zrobiłem — warknął Black i złapał się za skronie, czując, że lada chwila pęknie mu głowa. Zapach jej krwi wciąż wypełniał mu nozdrza i doprowadzał niemal do szaleństwa. Potter minął go bez słowa i uspokajającym gestem złapał Evans za ramiona. — To Snape! Widziałem Snape’a…
— Jesteś obrzydliwy. — W zielonym spojrzeniu Lily widać było najwyższą pogardę. — Nawet w takiej sytuacji się nim zasłaniasz?
W tym momencie proste sosnowe drzwi prowadzące do Skrzydła Szpitalnego uchyliły się. Panna Pomfrey przystanęła w nich, zasłaniając wąski przesmyk i popatrzyła na nich surowo. Początkowo przygarbili się pod wpływem tego stanowczego spojrzenia, jednak już po chwili cała trójka otoczyła ją, zadając serie naglących pytań. Kobieta uciszyła ich gestem dłoni.
— Zróbcie z siebie jakiś pożytek i sprowadźcie dyrektora. — Szeroko otwarte oczy Lily jak we śnie zarejestrowały ciemne sprężynki włosów, które wymknęły się pielęgniarce spod schludnego czepka, a także pionową zmarszczkę między brwiami, która pojawiała się zawsze, kiedy czarownica patrzyła na Remusa Lupina. — Potrzebujemy transportu do świętego Munga.

* * * * *

To wszystko wydarzyło się zaledwie wczoraj, a zdawało się, jakby od feralnego dnia minęły całe tygodnie, jeśli nie miesiące. Szczegóły z wolna zatapiały się w jego pamięci, a on wcale nie był pewien czy chce je zatrzymać. Domyślał się, że widok jej krwi na jego dłoniach nie opuści go aż do końca jego dni, ale czy rzeczywiście chciał rozpamiętywać wszystko pozostałe? Wtedy odzywał się jednak rozsądek, podpowiadając z cicha, że każdy szczegół może ją teraz uratować. Wprawdzie wczoraj opowiedział wszystko dyrektorowi, ale może umknął mu jakiś drobiazg, jakaś mała rzecz, która mogła ich naprowadzić na właściwy trop…
Tymczasem w Hogwarcie nastał nowy poranek. Pierwszy po zakończeniu obchodów Tysiąclecia, ale wciąż wolny dzień, sobota, na którą zwykle oczekiwał z utęsknieniem. Wszystko wydawało się niewiarygodnie nienaturalne. Przyjrzał się srebrnemu widelcowi, który leżał obok jego talerza. Czy zawsze były takie błyszczące? Czy zawsze miały po cztery zęby i wąską, ozdobioną herbem Hogwartu rękojeść? Nie był pewien. Niczego już nie był pewien, zupełnie jak w surrealistycznym śnie.
Jego przyjaciele siedzieli nieopodal z ponurymi minami. Nie było jedynie Petera, który wrócił nad ranem i nakrył głowę poduszką, oświadczając stanowczo, że nie chce z nikim rozmawiać. Syriusz chciał zmusić go do zeznania wszystkiego, co widział, ale Remus stanowczo zaprotestował. Nie rozumiał, że Glizdogon mógł być kluczem do ocalenia Moon, w końcu widział, kto i jakie rzucił zaklęcie... Pettigrew milczał jednak jak zaklęty, nie przyszedł nawet na śniadanie. Black nie zamierzał tak tego zostawić, za zgodą Remusa czy bez niej.
Evans co jakiś czas rzucała mu pełne pogrady spojrzenia, ale nie dbał o to. Nie obchodziło go jej zdanie, więc nie miał zamiaru ponownie się jej tłumaczyć, ale dręczyło go uczucie, że idealna pani prefekt miała tym razem rację. To on był winien. Gdyby nie porzucił Moon, nic złego by się nie stało. Tańczyliby razem na balu, rozmawiając i żartując, a Moon nie uległaby wypadkowi, który mógł okazać się śmiertelny. Nie miałaby przed nim sekretów, nie spotykała się potajemnie ze Ślizgonami…
Na myśl o mieszkańcach domu Salazara Slytherina, jego wzrok powędrował do zajmowanego przez nich stołu. Obojętna twarz Snape’a wywołała w nim nową falę złości, ale to wymowna nieobecność Regulusa sprawiła, że jego dłonie zaczęły drżeć od z trudem skrywanego gniewu.
Jego ponure rozmyślania przerwała cisza, która gwałtownie rozlała się po sali, wytwarzając wyraźnie wyczuwalną pełną napięcia atmosferę. Syriusz rozejrzał się z roztargnieniem. Dyrektor powstał ze swego miejsca przy stole prezydialnym i nie musiał nawet stukać w stojący przed nim złoty kielich, aby uciszyć uczniowskie rozmowy. Zazwyczaj dobrotliwie uśmiechnięta twarz starca sprawiała teraz poważne, surowe wrażenie i nikt nie odważył się mu przeszkodzić.
— Moi drodzy. Wczorajszego wieczora na terenie szkoły użyto Czarnej Magii. — Black rozejrzał się ze złością, gdy zewsząd wybuchły podniecone szepty uczniów. Niezależnie od domu, Hogwartczycy pochylali się ku sobie i zezując w stronę profesorów, wymieniali pełne podekscytowania uwagi. Serce biło mu mocno, kiedy wpatrywał się w twarz dyrektora, na której nie drgnął nawet jeden mięsień. Po chwili mężczyzna podjął wypowiedź, nie podnosząc jednak głosu nawet o ton, przez co uczniowie mimowolnie stłumili szepty i uważnie nastawili uszy. — Jak wiecie, ten rodzaj magii jest stanowczo potępiany w Hogwarcie. Jeśli któreś z was ma na ten temat jakiekolwiek informacje, proszę natychmiast zgłosić to opiekunowi domu.
Syriusz zgarbił się mimowolnie, czując się niemal winnym, że nie jest w stanie udzielić więcej wyjaśnień. Zmusił się do wrócenia myślami do poprzedniego wieczora, ganiąc się jednocześnie za egoizm, który kierował nim zaledwie chwilę temu. Musiał przypomnieć sobie wszystko. Musiał ją ratować. Wiedział, że gdzieś tam, pomiędzy jego chaotycznymi myślami zatopione były jakieś szczegóły, które mogą jej pomóc. Przeczesał włosy palcami, ze wszystkich sił wytężając mózg, kiedy tuż pod pochmurnym sklepieniem rozległ się ostry świst. Syriusz gwałtownie poderwał głowę i rozchylił usta, nie wierząc własnym oczom.
Irytek poltergeist szybował nonszalancko przez Wielką Salę, ściskając pod pachą torbę wypchaną do granic możliwości. Wyszczerzył zęby w imponującym uśmiechu, z przesadną kurtuazją ukłonił się oniemiałym zgromadzonym i wrzasnął:
— Niespodzianka!
W ślad za jego nieprzyjemnym, skrzeczącym głosem pofrunęły napełnione wodą kolorowe baloniki. Black w ostatniej chwili osłonił się ramieniem, podczas gdy jeden z nich trafił w sam środek misy waniliowego budyniu.
Irytek hasał po sali, miotając balonikami w całkowicie przypadkowy i pozbawiony logiki sposób, od czasu do czasu dorzucając jakieś obraźliwe uwagi, wzbudzając ogólny chaos wśród uczniów i profesorów, którzy w panice umykali przed pociskami. Jedynie czterej Gryfoni nie wstali ze swoich miejsc przy stole, nie będąc w stanie oderwać pełnych zachwytu spojrzeń od ucieleśnienia ich hogwarckiej nieśmiertelności.

* * * * *

Kiedy tylko Lily otrząsnęła się z pierwszego szoku wywołanego nietypową dla Hogwartu obecnością poltergeista, z nową energią przystąpiła do realizacji planu, który obmyśliła podczas ostatniej, bezsennej nocy.
Wczorajszy wypadek przeraził ją nie na żarty, ale niewiele było rzeczy, które były w stanie na dłużej wyprowadzić ją z równowagi. Straciła już jedną przyjaciółkę i tym razem zamierzała od razu przystąpić do działania, użyć wszystkich swoich wpływów, aby nie stracić drugiej.
Wciąż niezupełnie wiedziała, co właściwie stało się z Dominiką. Owszem, Black bredził coś w amoku, kiedy stali pod Skrzydłem Szpitalnym, ale jego wersja wydarzeń nie była dla niej warta funta chorbotków. Była przekonana, że cokolwiek się stało, to była jego wina – to, co zrobił na balu świadczyło samo za siebie.
Kiedy nauczyciele zaczęli podnosić się od stołu prezydialnego, mniej lub bardziej poszkodowani przez napaść poltergeista, Lily szybkim krokiem podeszła do profesor McGonagall, która właśnie skończyła usuwać resztki omleta ze swojej tiary.
— Pani profesor… — Odruchowo wyprostowała się i splotła ręce za plecami. — Chciałabym prosić o pozwolenie na odwiedzenie Dominiki Moon w szpitalu.
Czarownica spojrzała na nią uważnie znad wąskich szkieł okularów w prostej, drucianej oprawce.
— Odmawiam — powiedziała sucho po chwili, odwracając od niej wzrok i pieczołowicie umieszczając tiarę na swoich gładko upiętych włosach.
— Ale… — Lily szeroko otworzyła oczy, patrząc na opiekunkę z niedowierzaniem. Spodziewała się, że to będzie ta najłatwiejsza część. — Ale dlaczego, pani profesor? Zawiozłabym jej najpotrzebniejsze rzeczy, przecież ona nie ma nic ze sobą i jest tam całkiem… Całkiem sama.
Zacisnęła usta, tłumiąc szloch, który niespodziewanie ścisnął ją za gardło. Wszystko było takie niesprawiedliwe. Patricia nigdy nie powinna zginąć, Dominika nigdy nie powinna zostać zaatakowana i potajemnie zabrana w środku nocy, a profesor McGonagall nie powinna jej odmawiać czegoś takiego…
Kiedy nauczycielka ponownie podniosła na nią wzrok, Lily mimo wszystko odniosła wrażenie, że tym razem jej spojrzenie było nieco cieplejsze.
— Przykro mi, ale w tej chwili jest to niemożliwe, panno Evans. Ta sytuacja jest wyjątkowo zagmatwana i to, co dzieje się teraz z panną Moon, jest całkowicie ode mnie niezależne. Poinformuję panią, kiedy środki bezpieczeństwa umożliwią jakiekolwiek wizyty.
— Środki bezpieczeństwa? — Lily poczuła się nagle, jakby razem ze słowami z jej płuc uciekło całe powietrze. — Co to znaczy?
— To znaczy, panno Evans, że pani przyjaciółka ma zapewnioną odpowiednią opiekę. — Ton, którym profesor McGonagall wymówiła te słowa, sugerował stanowczo koniec rozmowy. Wstała od stołu i strzepnęła lekko swą ciemną szatę. — A teraz wybaczy pani.
Rudowłosa Gryfonka nie ruszyła się z miejsca, patrząc z niedowierzaniem na plecy oddalającej się czarownicy. Zagmatwana sytuacja? Środki bezpieczeństwa? Kiedy dyrektor wspomniał o użyciu Czarnej Magii, opadł na nią ciężar przeczucia, że tuż pod jej nosem dzieje się coś bardzo złego, ale teraz… Teraz przeczucie zamieniło się w pewność.

* * * * *

Peter Pettigrew, w przeciwieństwie do pozostałych Huncwotów, z ulgą powitał niewielki zwitek pergaminu, przewiązany znajomą wstążką w kolorze purpury. Nigdy wcześniej nie sądził, że taka myśl przyjdzie mu do głowy, ale cieszył się ze szlabanu u Minerwy McGonagall.
Wprawdzie była to kara, ale wciąż wydawała mu się bardziej atrakcyjna niż spędzanie popołudnia na jałowych wyjaśnieniach. Owszem, widział na własne oczy, że Ślizgoni knują coś złego, że Moon brała w tym udział i że próbowała go uratować, ale nie mógł powiedzieć niczego więcej. Wszystko działo się niewiarygodnie szybko, a oślepiająco jasne promienie zaklęć tak błyskały w nocnym powietrzu, że nie potrafił powiedzieć, czyje zaklęcie w nią trafiło i co stało się z tym Puchonem. Wiedział jedynie, że jego samego uratowała transmutacja w szczura, pozwoliła mu bowiem niezauważonym zbiec do zamku.
Oni pewnie by tego nie pochwalili. Zapewne siedzieliby z mądrymi minami i opowiadaliby, jak to oni, utalentowani i odważni, stanęliby oko w oku z bandą niebezpiecznych Ślizgonów i ze wszystkiego wyszli obronną ręką.
Czuł, że brak mu sił, by się z tym zmierzyć. Dzisiaj, jutro i najprawdopodobniej też do końca życia. Doskonale zdawał sobie sprawę, że Huncwoci tak tego nie zostawią, ale oto los niespodziewanie podarował mu pierwszą okazję do wykrętu. A w czym jak w czym, ale w unikaniu kłopotów Peter Pettigrew był naprawdę dobry.

* * * * *

Łypnął ponuro na proste drzwi gabinetu Mistrza Eliskirów. Resztką woli zlekceważył chłodny dreszcz, który mimowolnie przebiegł mu wzdłuż kręgosłupa, jakby nagie mury lochów wyssały z niego ostatnią iskierkę życia. Nerwowo oblizał wargi, po czym nacisnął klamkę.
Heckmann rzucił mu nieprzyjemne spojrzenie spod uniesionych brwi.
— Zasady dobrego wychowania nakazywałyby pukanie, panie Black.
Chłopak nie odpowiedział, skupiwszy uprzednio wzrok na pozbawionej jakichkolwiek ozdób kamiennej posadzce. Nie mógł dać się sprowokować. Nie dziś.
— No nic. — Czarodziej westchnął z teatralnie wyolbrzymionym rozczarowaniem i krótkim ruchem różdżki sprawił, że stos pergaminów wyleciał z jednej szuflad biurka i grzecznie spoczął na blacie. — Najwyraźniej dobra krew to nie wszystko, czyż nie?
Nie doczekawszy się żadnej reakcji, poza ukradkowo zaciśniętymi pięściami w kieszeniach szaty Gryfona, Heckmann lekceważąco skinął dłonią w kierunku pękatej beczki stojącej między kredensem a obładowaną książkami półką.
— Będzie pan patroszył rogate żaby. Tylko dokładnie, jeśli łaska, w przeciwnym razie poproszę pana o to jeszcze raz. Odrobina żabiej wątroby w nieodpowiednim eliksirze i wszyscy wylądujemy na Księżycu.
W normalnych warunkach Black może i zaśmiałby się, słysząc te słowa, ale tym razem nie mógł wykrzesać z siebie nic poza ponurym skinięciem głową. Ociężałym krokiem, zupełnie jak gdyby każda z jego nóg ważyła cetnara, podszedł do beczki i z obrzydzeniem zajrzał do środka.
Heckmann teoretycznie powinien być zajęty sprawdzaniem prac domowych, ale Syriusz czuł na sobie jego kpiący, pełen satysfakcji wzrok. Przywołując na ratunek resztki cierpliwości i opanowania sięgnął po leżący nieopodal kozik i przysunął bliżej wielką, cynową misę.
Kiedy wziął do ręki pierwszą żabę, poczuł jak ogarnia go fala mdłości. Znowu to samo. Świeże, usilnie tłumione wspomnienia wróciły do niego potężną falą, aż nóż zadrgał konwulsyjnie w jego dłoni. Łapczywie chwytał ustami powietrze, mrugając powiekami. Krew na jego rękach. Zupełnie jak we śnie, z którego nie może się obudzić.
Lepka, w kolorze purpury, o metalicznym, oszałamiającym zapachu.
Słodko-cierpka krew.
Jej krew.

* * * * *

James przemierzał wąskie alejki biblioteki leniwym krokiem, od czasu do czasu machnąwszy tu i ówdzie miotełką ze strusich piór. Najwyraźniej sześcioletnie doświadczenie współegzystencji z Huncwotami nauczyło Minerwę McGonagall, iż najskuteczniejsze szlabany to szlabany w odosobnieniu. Właściwie jednak nie mógł narzekać – praca w bibliotece nie była tak obrzydliwa ani nużąca jak inne kary. Żałował, oczywiście, że nie ma przy jego boku Łapy, z którym mógłby podzielić swoimi wątpliwościami. W jego kieszeni spoczywało wprawdzie dwukierunkowe lusterko, ale powiązane z nim świeże skojarzenia oraz ostatnie wydarzenia sprawiały, że jakaś jego wstydliwa i ukryta część cieszyła się, że tym razem jest sam.
Kaszlnął kilka razy, kiedy strzepnął wyjątkowo solidną kupkę kurzu w dziale mugoloznawstwa. Niemal odruchowo pomyślał, ile podobnego paskudztwa znajdować się musiało w Dziale Ksiąg Zakazanych, z braku zaufania do uczniów sprzątanego raz na jakieś milion lat, ale zaraz potem uśmiechnął się półgębkiem do siebie – Huncwoci przecież nie potrzebowali żadnego pretekstu, aby odwiedzić ów dział. Profesor McGonagall mogła mieć w tej kwestii jakieś podejrzenia, ale prawda była taka, że nigdy nie złapała ich na gorącym uczynku, ani też dobrowolnie nie pozwoliła przestąpić mistycznej barierki, nawet kiedy Remus brał udział w międzyszkolnej olimpiadzie z zaklęć.
Minął kolejny regał i znalazł się na progu obszaru zajmowanego przez książki dotyczące obrony przed ciemnymi mocami, sąsiadującego bezpośrednio z Działem Ksiąg Zakazanych, który zaprzątał jego myśli. Jednak to nie na pozór skromna barierka, na którą składały się cztery złocone słupki oraz dwa grube powrozy, przyspieszyła bicie jego serca. Sprawił to widok boleśnie znajomej fali rudych włosów, w które wpleciona była drobna, jakby porcelanowa dłoń.
Potter zawahał się, nerwowo ściskając miotełkę w dłoni. Przestąpił z nogi na nogę i cofnął się o pół kroku, aby upewnić się, że dziewczyna go nie zobaczyła. Lily Evans była jednak tak zaaferowana stosem ksiąg, który spoczywał przed nią na stoliku, że nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi.
Sam nie wiedział, czy fakt ten wzbudzał w nim ulgę, czy raczej rozczarowanie…
W końcu podjął decyzję.
Dobra, Rogaczu — przekonywał się w myślach, zagryzając przy tym wargi zupełnie jak w momencie, kiedy już, już chwytał palcami znicza. — Skup się. Nie panikuj i nie wariuj. Tylko spokojnie. Parę głębokich oddechów i…
— Cześć, Lily.
Wysiłek, jaki kosztowały go te dwa słowa, zdziwił nawet jego. Nawiedziło go zupełnie nieznane dotychczas uczucie, jakby właśnie zwyciężył, ale jednocześnie cała gra była wciąż przed nim.
Gryfonka podniosła na niego swe promieniście zielone oczy i ukradkowo zakryła dłonią tekst księgi, którą właśnie przeglądała. Znowu to jednocześnie miłe i niemiłe odczucie. Ruda wyglądała właśnie, jakby przyłapano ją na gorącym uczynku i zarumieniła się wyraźnie, co sprawiło mu niewiarygodną satysfakcję, ale jednocześnie próbowała coś przed nim ukryć.
James rozejrzał się ukradkiem i, nie dostrzegając potencjalnych szpiegów, zapytał z nieudawaną troską:
— Czy to coś na jej temat?
Evans odetchnęła z wyraźną ulgą i wygodniej rozparła się na krześle, cofając rękę. Okularnik dzielnie zwalczył falę wzruszenia, która schwyciła go za gardło. Próbował wykrztusić coś błyskotliwego, ale dziewczyna przywołała go gestem, co też skwapliwie uczynił.
— McGonagall powiedziała, że są jakieś środki bezpieczeństwa, które muszą zostać zapewnione, zanim można będzie ją odwiedzić. — James koncentrował się na każdym wyszeptanym przez nią słowie, resztką sił ignorując cudowny zapach jej perfum. — Próbuję znaleźć cokolwiek, żeby pomóc. No wiesz, Imnifay powiedział, że większość zaklęć nie jest w stanie jej zaszkodzić, a tu coś takiego…
— Pomogę ci — powiedział stanowczo, przysiadając na brzegu krzesła. Złożył miotełkę na kolanach, nie zważając na falę kar, które mogły go spotkać, ani na zbliżający się sezon Quidditcha. — Może ci w Świętym Mungu nie wiedzą o… o tym wszystkim? Zajmę się tym. — Schwycił pierwszą opasłą księgę z wierzchu nie mniej obfitych objętościowo woluminów.
Wpatrując się w zawiły, łaciński tytuł, nie zauważył załzawionego, znacznie bardziej intensywnego niż zwykle spojrzenia Lily. — Masz rację, kto to zrobi, jeśli nie my?
— Hej, Potter!
Gryfon odruchowo obejrzał się na grupkę Ślizgonów, którzy zajmowali mały stolik wciśnięty między dwa regały i okno. Nie zdążył jednak poświęcić ani chwili zastanowienia temu nadzwyczaj nietypowemu zjawisku, bo jeden z nich, Mulciber, kontynuował z szerokim uśmiechem, rozparłszy się wygodnie na krześle.
— Widzę, że znalazłeś wreszcie miotłę, którą potrafisz się posługiwać! Ale gdzie podział się twój fartuszek?
Złość schwyciła go za gardło i niemal bez udziału jego woli pokierowała prawą dłoń w kierunku wewnętrznej kieszeni szaty, w której ukrył przed panną Pince swoją prawdziwą różdżkę. W najgorszych koszmarach nie spodziewałby się, że taki tępy chłystek jak Mulciber ośmieszy go przed Evans i bardzo chciałby sprawiać wrażenie, że nic go to nie obeszło, ale nagle mała, pierzasta miotełka niemal zaczęła go parzyć w dłonie, więc ukradkiem wsunął ją głębiej pod blat stolika, czerwieniąc się idiotycznie, zupełnie jak żabert w obliczu śmiertelnego zagrożenia. W momencie, kiedy dokonywał tego manewru, w myślach robiąc solidny przegląd wszystkich znanych mu klątw, jego spojrzenie napotkało zielone oczy Lily. Zarumienił się jeszcze bardziej i odwrócił wzrok. Końcówki palców zbielały mu od ściskania różdżki, kiedy ponownie spojrzał na głupkowato uśmiechniętego Ślizgona.
— Hej, Mulciber!
Dreszcz przebiegł mu wzdłuż kręgosłupa, kiedy usłyszał za plecami głos Evansówny. Zamarł wpół gestu, nie mając odwagi obejrzeć się na nią, jakby w obawie, że dziewczyna okaże się zwykłym snem i równie zwyczajnie rozpłynie się w powietrzu, gdy tylko na nią spojrzy.
— Wciąż boli cię przegrana w ostatnim meczu? Człowieku, to był listopad, wypadałoby się otrząsnąć! Następnym razem radzę ci grać zamiast młócić bez sensu łapami, może wtedy się uda.
James gwałtownie zapragnął się rozdwoić, tak, aby móc jednocześnie patrzeć z zachwytem na rudowłosą panią prefekt, która uśmiechała się z jadowitą słodyczą, i rejestrować w pamięci miny Ślizgonów, na które składała się ich naturalna tępota i wściekłość. Potter prawie westchnął z rozkoszą, widząc jak na obmierzłych policzkach Mulcibera wykwita niezdrowy rumieniec.
Między regałami pojawiła się wychudła sylwetka bibliotekarki.
— Słyszałam głosy — oznajmiła ostrzegawczym tonem, mierząc ich kolejno swoim najgroźniejszym spojrzeniem znad haczykowatego nosa. Ślizgon już otworzył usta, ale Lily znowu go ubiegła.
— Zakłócali ciszę biblioteki, więc próbowałam ich uspokoić, proszę pani. Niech pani tylko spojrzy, co oni wyrabiają z tą biedną książką…
Pełne furii spojrzenie panny Pince błyskawicznie zogniskowało się na obiekcie wskazywanym przez palec Lily, którym okazał się Avery, ściskający w dłoniach coś, co nieprzyjemnie przypominało samolocik wykonany z jednej ze stronnic spoczywającej przed nim książki.
— Zmywajmy się stąd — mruknęła do niego Evans i szybkim ruchem zgarnęła opasłe księgi z blatu swojego stolika. Rzuciła mu przy tym najwspanialszy, najbardziej huncwocki uśmiech, jaki kiedykolwiek widział. Cóż mógł począć?
Wziął pozostałe książki i posłusznie powędrował jej śladem, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie mu się przytrafiło.

* * * * *

Nienawidził cieplarni.
Co prawda, uczucie to było dość zaskakujące. Przez okres poprzedzający pójście do Hogwartu i kilka pierwszych tygodni szkoły cieplarnia wzbudzała w nim zupełnie inne emocje, takie jak ciekawość, pasja i przede wszystkim nadzieja. W pierwszej klasie rzeczywiście wyobrażał sobie, że lada dzień wynajdzie jakiś genialny eliksir, który wyleczy go z likantropii.
Dziś Remus Lupin miał już siedemnaście lat, a jego marzenie pozostawało poza jego zasięgiem zupełnie tak samo, jak wtedy, kiedy był jeszcze pełen nadziei i zapału, zaledwie sześć lat temu. Nie zmieniło się nic. Może tylko to, że ówczesne pytania zamieniły się na teraźniejsze, niezbyt przyjemne odpowiedzi.
Ostrożnie ujął sadzonkę kłaposkrzeczki w swe okryte smoczymi rękawicami dłonie i przełożył ją do większej doniczki. Otrząsnął się lekko i sięgnął po torbę z nawozem.
Dziś cieplarnia była dla niego dusznym, nieprzyjemnym, pełnym rozczarowań miejscem. Wąskie i ostre promyczki słońca wystrzeliwały tu i ówdzie, nieznośnie nagrzewając powietrze wewnątrz długiego pawilonu okrytego półprzezroczystymi, matowymi szybami.
— Eee… Remus?
Mięśnie w jego ciele zesztywniały tak nagle, że aż zabolało. Mocniej ścisnął kłaposkrzeczkę, która zgodnie z nazwą wrzasnęła przenikliwie i ukąsiła go w wąski pasek skóry między rękawicą i rękawem szaty. Remus syknął, ale była to reakcja niemal bezwarunkowa, bo prawie wszystkie jego chaotyczne myśli koncentrowały się wokół tego, czy najpierw usłyszał jej głos, czy może chwilę wcześniej poczuł rozkoszny aromat cytrusów, który ciągnął się za nią jak drugi cień?
Szarpnął rękę do tyłu i kątem oka zerknął za siebie, nie odważył się jednak na pełen obrót. Mimo to, zupełnie jakby jego stopy niepostrzeżenie wrosły w glebę, która zestępowała posadzkę w cieplarni, czuł każdy jej krok, każde niepewne stąpnięcie za jego plecami.
— Szlaban? — zapytała, a on nie mógł się powstrzymać i cofnął się nieznacznie, tak, aby objąć ją wzrokiem. Była dokładnie taka, jak ją zapamiętał. Śniada, zdrowa cera, krągłe, lekko pulchne kształty i ciemne włosy sięgające pasa. Jakby widzieli się zaledwie wczoraj, a jednak tym razem było w niej coś odpychającego, coś, co zmieniło uśmiech na jego twarzy w nieprzyjemny grymas, który ukradkiem ukrył za kołnierzem szaty.
— Jak widać — odparł, niczym akrobata balansując na linii chłodu i obojętności, niezupełnie wiedząc, na którą stronę powinien przejść. Jej zapach paraliżował jego zmysły, ale nie ogłuszał umysłu, który krzyczał do niego, że Lisa ośmieszyła go i zostawiła. Nawet nie próbowała, po prostu – porzuciła go, ze strachu.
Zgarbił się nad doniczką i nasypał do niej porządną porcję nawozu. Przesadnie skupiając się na odpowiednim ułożeniu drobnych korzonków, ostrożnie manewrował palcami, modląc się w duchu, aby Krukonka zostawiła go w spokoju.
Lisa nie ruszyła się jednak z miejsca, przyglądając się uważnie jego poczynaniom. Remus coraz gwałtowniej zastanawiał się, skąd w niej tyle sadyzmu po tym wszystkim, dlaczego sterczy nad nim, świadomie go torturując, kiedy decyzja o rozstaniu była wyłącznie jej decyzją, gdy dziewczyna odezwała się niewyraźnie zza jego pleców:
— Przyjaźnisz się z Dominiką Moon, prawda?
Jego boleśnie wyostrzone zmysły natychmiast wychwyciły ponury ton jej głosu oraz nieznaną mu wcześniej, ostrożną nutę. Zmusił się, by spojrzeć w jej czekoladowe oczy i odrzucając wszelkie złośliwości, które bombardowały jego myśli, odparł, nieco zbyt ofensywnie:
— Tak, i co?
Elisabetta stała przed nim, z lekko pochyloną głową i pochmurnym spojrzeniem swych ciemnych oczu. Na ten widok jego serce zmiękło w ciągu sekundy, ale pozostała swego rodzaju niepewność. Czy jej pytanie mogło mieć jakiś związek z atakiem na Moon? Czy Lisa coś wiedziała? Usilnie skoncentrował się na tych pytaniach, zmuszając się do ignorowania jej spojrzenia oraz sposobu, w jaki wiosenne, przytłumione światło ślizgało się po jej ciemnych lokach.
— To zła osoba — powiedziała powoli Lisa, uważnie dobierając słowa. Gdyby sytuacja nie wydawała mu się tak poważna, pochwaliłby jej akcent. Kto ją teraz uczył? Całe szczęście, potrafił ugryźć się z język zanim to głupie pytanie opuściło usta, i teraz stał nad nią, wciąż dumnie, choć niezbyt pewnie.
— Co masz na myśli? — zapytał szybko, marszcząc brwi. Mimo ciepłych promieni słońca, które niewzruszenie przebijały się przez mleczne ściany cieplarni, dziwny chłód przesunął mu się wzdłuż kręgosłupa, aż umiejscowił się wokół gardła, niby wąż niewinnie układając się wzdłuż obojczyków i karku.
Dziewczyna zawahała się wyraźnie. Gdzieś z oddali dobiegł go dźwięk tłuczonej gliny i inkantacja profesor Sprout.
— Ona jest zła — wyrzuciła z siebie na wydechu i mocno schwyciła go za rękę, patrząc mu usilnie w oczy, zupełnie jakby tym spojrzeniem zamierzała powiedzieć mu coś więcej. Po chwili, jak gdyby ten dotyk sprawił jej ból, gwałtownie cofnęła się u wybiegła bocznymi drzwiami.
Remus jeszcze przez chwilę stał ogłupiały nad donicą kłaposkrzeczek. Roślinka wierciła się i zawodziła żałośnie, ale nawet ona nie była w stanie przebić się przez jego zagmatwane i niezbyt przyjemne myśli.

* * * * *

Głośno wypuścił powietrze przez nos, odkładając kolejną księgę na blat stolika. Twarda okładka uderzyła głucho o drewno, a w powietrze uniosły się drobne wężyki kurzu, doskonale widoczne na tle trzaskającego w kominku ognia.
Pochylając się po kolejny wolumin, zerknął ukradkiem w jej stronę. Siedziała w fotelu, lekko przygarbiona nad książką i niewyobrażalnie piękna. Nie pierwszy raz poczuł jak coś kłuje go mściwie prosto w serce, gdy zachłannie przyglądał się, jak rude kosmyki wysuwają się jej zza śmiesznie małych uszu, a kciuk raz po raz uderza niecierpliwie o wąskie usta, gdy w skupieniu marszczy brwi nad kolejnym wyzwaniem. Tyle że tym razem nie była to zwykła praca domowa, a prawdziwe, zaskakująco prawdziwe życie.
Rozparł się wygodniej kanapie, a szelest wyświechtanego materiału zagłuszył jego westchnienie. Mało kto wiedział, że ten rozrywkowy, wiecznie roześmiany James Potter całkiem sporo wiedział o tym „prawdziwym życiu”. Teoretycznie wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że jego rodzice są znanymi czarodziejami, ale najczęściej wywoływało to wniosek, że zwyczajnie, James Potter jest bogaty, zawsze ma wszystko, czego zapragnie. Nikomu, prócz jego przyjaciół, jakoś nie przyszło do głowy, co dzieje się z tym rozpieszczonym przez mamusię i tatusia Potterem, gdy codziennie rano odbiera od sowy egzemplarz Proroka Codziennego. Gdy błyskawicznie przebiega wzrokiem pierwszą stronę, a dopiero potem pozwala sobie na głębszy oddech. W obliczu rosnącego zagrożenia, które mierzalne było przy pomocy kolejnych zaginięć relacjonowanych w Proroku.
Był prawie pewien, że Lily będzie to wszystko wiedziała, i że zrozumie. Wprawdzie od balu nie mieli okazji porozmawiać tak naprawdę, ale miał nadzieję, że z czasem to się uda.
Tymczasem musieli zająć się czymś bardziej naglącym. Mógł się jedynie domyślać, co czuła Lily po stracie jednej przyjaciółki, a teraz w obliczu zagrożenia drugiej, ale wiedział, że gdyby chodziło o Huncwotów, on sam zrobiłby wszystko, co w jego mocy, aby im pomóc. Przeglądał więc niekończące się księgi w poszukiwaniu jakiejkolwiek wzmianki, która mogłaby pomóc Moon. W głębi duszy przeczuwał, że nie znajdą tu żadnej odpowiedzi, ale nie zamierzał odbierać jej nadziei. Czasem nadzieja to ostatnie i najważniejsze, co pozostaje.
Automatycznie odwrócił głowę w kierunku dziury pod portretem, gdy usłyszał znajomy trzask. Po chwili do Pokoju Wspólnego wkroczył Łapa.
James na pierwszy rzut oka wiedział, że nie jest dobrze. Syriusz nigdy nie był zbyt wylewny, ale też nie miał talentu do ukrywania emocji, więc po kilku latach znajomości nietrudno było go rozgryźć. Chłopak wszedł do środka, krótkim ruchem strząsnął resztki deszczu z grzywy kruczoczarnych włosów i potoczył wokół ponurym wzrokiem. Gdy ich spojrzenia skrzyżowały się, Potter zrobił do niego minę, a Syriusz bez słowa ruszył w jego kierunku. Ku zdumieniu okularnika, Lily podniosła głowę znad książki i wpatrzyła się uważnie w nadchodzącego Huncwota. Po chwili, gdy owionął ich charakterystyczny zapach papierosowego dymu, Evans zmarszczyła nos i nagle jej soczyście zielone tęczówki sprawiały wrażenie znacznie chodniejszych niż zwykle.
— Naprawdę nie masz zamiaru zrobić nic pożytecznego? — warknęła, i nawet w jego uszach zabrzmiało to bardzo nieprzyjemnie.
— O co ci chodzi? — Syriusz bez większego wysiłku odwzajemnił twarde spojrzenie. — Znowu wpychasz nos w nie swoje sprawy?
Evans z hukiem zatrzasnęła księgę, która spoczywała na jej kolanach. Potter przygryzł wargę, patrząc to na jedno, to na drugie. Na twarzy dziewczyny widać było czystą nienawiść.
— Nie zamierzasz kiwnąć palcem, żeby jej pomóc, no nie? — Oparła się na podłokietniku fotela, choć James nieświadomie, zupełnie jak we śnie, zauważył nagle, jak zesztywniały jej mięśnie. — Najpierw doprowadzasz do tego wszystkiego, a teraz nic, zupełnie nic…
— Co ty wygadujesz? — Zanim Black skończył wymawiać ostatnie słowo, James wiedział już, że nie ma odwrotu. Mimo to, zdobył się na bohaterską próbę.
— Słuchajcie… — zaczął ostrożnie, odchrząknąwszy. — To naprawdę nie jest odpowiedni moment, żeby…
— Teraz nie wiesz, o co mi chodzi? — Oboje kompletnie zignorowali jego wysiłek. — A mimo to przez całe tygodnie pogrążałeś ją coraz bardziej?
— Rzeczywiście. — Łapa gwałtownie pobladł na twarzy, co w drgającym świetle kominka sprawiało szczególnie niepokojące wrażenie. — Rzeczywiście, zostawiłem ją samą, pod twoją wątpliwą opieką. A pomyślałaś kiedyś, dlaczego?
Lily milczała, groźnie patrząc na niego spod oka.
— Ano dlatego, że szlachetny i starożytny ród Blacków nie pozostawiłby po niej nawet skrawka spalonej ziemi. — Syriusz odwrócił się na pięcie i pomaszerował w kierunku dormitoriów. Wlepiały się w niego dziesiątki spojrzeń, w tym jego własne. James nie mógł uwierzyć własnym uszom. Oczywiście, od pewnego czasu wiedział o wszystkim, ale nigdy nie spodziewałby się, że Łapa powie to wszystko w obliczu przysłuchujących się im Gryfonów.
— Wielka mi szlachetność! — krzyknęła za nim Lily. — Zostawiłeś ją dla kaprysu!
Chłopak zniknął już jednak na schodach. W Pokoju Wspólnym zapadła ciężka cisza. Trudno było udawać, że każdy był zajęty własnymi sprawami, ale mimo wszystko nikt nie odważył się zabrać głosu.
— Wspaniale — powiedziała Lily, z hukiem odkładając książkę na blat. James zerknął w jej stronę i ku swojemu zdumieniu zauważył, że dziewczyna patrzy na niego wyczekująco.
Spuścił nisko głowę i odchrząknął, nagle pochłonięty układaniem leżących na stoliku ksiąg w idealny stos. Nie był w stanie poprzeć żadnej ze stron  niby jak miałby wybierać pomiędzy swoim najlepszym przyjacielem a ukochaną, kiedy oboje mieli rację i mylili się jednocześnie? Zagryzał wargi do krwi, nie odezwał się jednak ani słowem, dopóki nie upewnił się, sądząc po stukaniu jej obcasów i trzasku drzwi, że Lily znalazła się w dziewczęcym dormitorium.
— Świetnie — mruknął do siebie, opierając skrzyżowane ramiona na stosie woluminów i ponuro patrząc w płomienie, które tańczyły w prostym, kamiennym kominku. — A miało być tak pięknie…

* * * * *

Peter leniwym krokiem przemierzał wąskie alejki w Izbie Pamięci.
Nieustannie zastanawiał się, czy profesor McGonagall z rozmysłem wyznaczyła mu taki szlaban. Wiedział, oczywiście, że szlaban miał być słuszną karą za popełnione złe uczynki, ale żeby coś takiego?
James, Syriusz albo Remus z pewnością wzruszyliby jedynie ramionami, gdyby to w ich liściku pojawiła się podobna informacja. Polerowanie orderów? Czyszczenie pucharów? Pucowanie niekończących się odznaczeń? Co to dla sprytnego Huncwota. Można było spróbować lipnej różdżki, albo, w najgorszym wypadku, przecierpieć nudną, mechaniczną i niezbyt odrażającą robotę.
Dla Petera była to jednak istna tortura.
Chodził długimi, wąskimi alejkami. W rękach ściskał wysłużoną szmatę i mugolski spryskiwacz, nie pierwszy zresztą raz. Machinalnie przyglądał się nazwiskom wytłoczonym na brązowych, srebrnych i złoconych powierzchniach.
Jak zwykle jego uwagę przyciągnęła olbrzymia odznaka z przypiętą błekitną wstęgą dla Albusa Dumbledore’a, ale jego wzrok mimowolnie prześlizgiwał się po kolejnych nazwiskach.
Gemma Falrey, Robert Hilliard, Tom Riddle, Felix Brunt…
Niezbyt znane, przykryte kurzem napisy. Wzbudzały w nim zazdrość, trudno byłoby mu zaprzeczyć, bo ich nazwiska, wykute w cienkim metalu, zdawały się być wieczne, niezniszczalne i na zawsze obecne w murach Hogwartu. Tak bardzo pragnął tego dla siebie. Kilkunastu liter zagłębionych na wieki w kawałku metalu, czy to tak wiele?
Stopniowo przesuwał się do przodu, a nazwiska stawały się bardziej znajome. Spojrzenie jego niebieskich jak zachmurzone niebo oczu przesuwało się po nich niespokojnie, w oczekiwaniu na to ostatnie odznaczenie, które zdawało się wryć swym metalem w powierzchnię jego mózgu. Niezauważony przez nikogo, podziwiał kolejne figurki i wstążki, a szmata luźno kołysała się przy jego boku.
Szukał tej jednej, wyjątkowej.
W końcu jego wzrok spoczął na średniej wielkości, złotawej odznace, przyozdobionej herbem Hogwartu. Pettigrew przystanął, nic nie robiąc sobie z woźnego, który mógł go właśnie obserwować i wlepić mu kolejny szlaban za nieuwagę.
Znajome, tak wiele razy podziwiane, litery układające się w słowa „Za specjalne zasługi dla szkoły” wyjątkowo raziły go w oczy. Od niechcenia przecierał puchary tu i ówdzie, ale wciąż wpatrywał się w te niewielką, lekką zakrzywioną odznakę. Specjalne zasługi. Dla Hogwartu. Doskonale pamiętał jak to było, całkiem niedawno.
Zalała go dziwnie obca fala gniewu. Słowa wyryte na odznace wywoływały w nim przyjemne, ciepłe uczucia, ale sama ta dedykacja i Izba Pamięci sprawiały, że wszystko zanikało pod czerwonawą, półprzejrzystą mgiełką złości.
Mocno ścisnął wilgotną ścierkę i obejrzał się na plastkiwy kubeł, pełen zimnej wody. Kilka kropel ukradkiem pociekło na prostą, kamienną posadzkę.
Zasługi. Dla szkoły.
Peter odwrócił się gwałtownie i pochylił się nad wiadrem, z całej siły wyżymając skrawek materiału, którym miał pięknie wypolerować każdy cal metalu w sali. Mocno zacisnął zęby, ale kiedy ponownie stanął wyprostowany przed niewielką tabliczką z napisem „James Potter”, jego twarz była zupełnie spokojna i opanowana.