7 stycznia 2018

Rozdział XXX - część III


„Ostatni raz”
– rozdział XXX 


Filch wiedział, co robi, wlepiając mu ten szlaban.
Pierwsza sobota kwietnia okazała się zarazem dniem, w którym uczniowie od trzeciej klasy wzwyż mogli odwiedzić Hogsmeade. Hogwartczycy krążyli w tę i z powrotem, wymykając się z zamku na wycieczkę, a potem wracając radośnie, z kieszeniami pełnymi gryzących kubków i karaluchowych bloków, ale także z błotem przylepionym do podeszew butów. Syriusz natomiast patrolował salę wejściową z wiadrem wody, mopem i szczotką ryżową, która wyglądała, jakby sam Salazar Slytherin polerował nią swoje lochy. Nie mógł uwierzyć w to, że mugole naprawdę żyli w ten sposób.
Zdążył już nawrzeszczeć na grupkę zawstydzonych Puchonek, które łaziły w tę i z powrotem, przyglądając mu się czule i chichocząc zapamiętale, oraz na parę drugorocznych Gryfonów, którzy mimo braku zezwolenia na odwiedzanie Hogsmeade przynieśli do zamku tonę zielonkawego szlamu na podeszwach.
— Nie chodźcie nad jezioro — ostrzegł ich ponuro, po czym zauważył, że wymieniają się znaczącymi spojrzeniami i błyskawicznie zmienił linię ataku. — Wiecie jak nazywa się dyrektor?
— Albus Dumbledore? — zapytał z wymuszoną kpiną ciemnooki chłopiec, którego włosy nastroszone były w bardzo jamesowaty sposób, tyle że za pomocą żelu.
— Mam na myśli, jak nazywa się naprawdę. — Rzucił im złowrogie spojrzenie.
Chłopcy popatrzyli po sobie, a cały ich animusz gdzieś wyparował.
Syriusz pokiwał głową z politowaniem, nonszalancko wspierając się na mopie.
— Powiem wam w tajemnicy, jako Gryfonom — powiedział konspiracyjnym tonem, pochylając się nieznacznie. Chłopcy przypadli do niego nastawiając uważnie uszy. — To Merlin. Merlin, dzieci. Kapujecie?
Młodzi Gryfoni patrzyli na niego ze zgrozą, a on pokiwał ponuro głową.
— Zmienił nazwisko po kraksie z królem Arturem. Nieprzyjemna sprawa. Ale nie błąkajcie się nad jeziorem, jasne?
Chłopcy pokiwali głowami i popędzili przed siebie marmurowymi schodami, gorączkowo wymieniając uwagi. Syriusz patrzył za nimi z uśmiechem, choć w jego czarnych oczach czaił się niepokój. W głębi duszy nie mógł uwierzyć, że to on, Syriusz Black, Huncwot z krwi i kości, moralizuje dzieciaki, które nabrały ochoty na niewinne nagięcie szkolnego regulaminu. Jakaś część jego osobowości wciąż wyrywała się na wolność, jakby pragnęła objąć dowództwo nad tą parą Gryfonów, jakby nie mogła okiełznać ochoty na nocne wędrówki i uciekanie przed szkolnym woźnym, jakby znów miał jedenaście lat i świat stał przed nim otworem... Cudowna fala adrenaliny pachnąca ryzykiem i przygodą porywała go w swe objęcia, by potem cofnąć się zupełnie jak podczas odpływu, zostawiając jedynie niejasne poczucie niepokoju i nieznośne wrażenie, że wcale nie jest już młody, że nigdy już nie będzie miał jedenastu lat i ten ciężar, który wbrew jego woli spoczywa mu na barkach, nie zniknie już nigdy, bo poza murami szkoły przyjdzie mu stawić czoło znacznie większym zagrożeniom niż szlaban czy dodatkowa praca domowa...
Wrócił do żmudnego czyszczenia posadzki. Czuł jednocześnie zniechęcenie i ulgę, bo fizyczna praca sprawnie neutralizowała wszystkie jego ponure myśli. Nigdy by nie przypuszczał, że pomiędzy marmurowymi płytami może nagromadzić się tyle brudu. Wprawdzie wiedział, że James i pozostali Huncwoci zjawią się tu w porze obiadowej, kiedy nikt nie będzie węszył, i pomogą mu wydostać się z tego bagna, ale ta wspaniała chwila wydawała się aż nazbyt odległa.
Zapamiętale szorował szczotką po gładkich płytach, nie bacząc na cenny materiał i nie podnosząc wzroku, aż usłyszał, że czyjeś kroki ustają nieopodal. Automatycznie podniósł głowę w celu uświadomienia jakiejś młodej uczennicy, że natychmiast musi dokonać ostatecznej decyzji, czy idzie do na błonia lub do Hogsmeade, czy może woli zostać w zamku, ale postać stojąca w odległości kilku stóp od niego okazała się zupełnie znajoma.
— Evans? — zapytał niepewnie, podnosząc się na kolana.
Dziewczyna spojrzała ku niemu bystro i ciaśniej oplotła się granatową kurtką.
— Przepraszam — powiedział, odrzucając ryżową szczotkę i mimo protestu mięśni podnosząc się do pozycji stojącej. — Nie chciałem cię tak potraktować, po prostu mam ostatnio za dużo na głowie…
— Wiem — odezwała się ruda i obejrzała się w kierunku marmurowych schodów, jakby na kogoś czekała.
— Jedziesz…? — Ściskające gardło emocje niemal odebrały mu głos, gdy usiłował wypatrzyć w jej zielonym spojrzeniu jakąkolwiek wskazówkę. Nie dbał już o to, że niemal na pewno czuć od niego było wybielacz pani Skower.
— Tak. — Dziewczyna oderwała wzrok od schodów i spojrzała na niego niemal współczująco. Przez moment stali bez ruchu i patrzyli sobie w oczy, jakby tocząc niemą walkę. Syriusz pierwszy opuścił wzrok i zanurzył szczotkę w stojącym nieopodal wiadrze.
— Uważajcie — mruknął, obserwując z uwagą jak twarde włókna szczotki otaczają wielobarwne mydliny. –— Wybierasz się z…?
Zanim mógł dokończyć pytanie, odpowiedź zgrabnie zbiegła po marmurowych schodach. Syriusz ponownie bez żalu odzrzucił szczotkę i z galanterią szurnął nogami, nie patrząc w oczy opiekunce domu.
— Za mną. — Usłyszał głos Minerwy McGonagall, a Evans podreptała za nią posłusznie. Syriusz patrzył za nimi w milczeniu, marszcząc czoło. Ostatnio, gdy próbowali otrzymać odpowiedzi na pytania, ich wątpliwości tylko się pogłębiły. Nocą wciąż powracały do niego myśli o dziwnym, niemal nieludzkim postępowaniu Dumbledore’a albo o roli Ślizgonów w tej całej sytuacji. Teraz jednak ucisk w jego piersi zelżał nieznacznie – Moon nie poddała się, podjęła walkę i z chwilą, kiedy ponownie przekroczy próg zamku, wszystko stanie się znacznie łatwiejsze – tego Syriusz był zupełnie pewien.

* * * * *

Podróż w towarzystwie profesor McGonagall okazała się dokładnie tak niekomfortowa, jak sobie wyobrażała. Przez całą drogę czarownica nie odezwała się do niej ani słowem, najwyraźniej pochłonięta własnymi myślami. Lily także nie siliła się na rozmowę – nie miała pojęcia, co właściwie mogłaby powiedzieć po pamiętnej rozmowie w gabinecie dyrektora. Żywiła głęboki szacunek zarówno do Minerwy McGonagall jaki Albusa Dumbledore’a i nie ośmieliłaby się podejrzewać ich o złe intencje, jednak instynktownie wyczuwała, że jej najlepsza przyjaciółka znajduje się w wielkim zagrożeniu. Ostatnia przestroga dyrektora tylko upewniła ją w tym przekonaniu.
Gdy dotarły na oddział Janusa Thickey’a, serce niespokojnie tłukło się w jej piersi. Nauczycielka także wyglądała na poruszoną – jej usta zacisnęły się w wąską kreskę na widok samotnego aurora, który zmierzył je przeciągłym spojrzeniem. Lily rozpoznała w nim szczupłego mężczyznę, którego widziała poprzednim razem. McGonagall dobyła z szat wąski rulonik pergaminu i skierowała się prosto do mężczyzny. Traktując to jako nieme przyzwolenie, Evans zajrzała do pobliskiej sali.
Moon siedziała po turecku na jedynym łóżku. Zamiast szpitalnej piżamy w ananasy miała na sobie koszulkę Beatlesów, prezent od niej, oraz dresowe spodnie, które Lily przywiozła ostatnim razem. Serce załomotało jej w piersi.
— Kareta! — zawołała Moon do siedzącego naprzeciwko niej mężczyzny w skórzanej kurtce. — Słowo daję, Gary, wyprztykasz się ze wszystkich czeko…
Nagle jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia, kiedy spojrzała w kierunku drzwi.
— Lily! — zsunęła nogi z łóżka i wyciągnęła do niej ręce, ale zanim zdążyła wstać, Evans porwała ją w ramiona. Kiedy wreszcie się odsunęła, jej uśmiech zbladł gwałtownie, gdy zerknęła na lewe przedramię Moon, owinięte grubą warstwą bandaży.
— To nic — zapewniła ze śmiechem blondynka i podała ponuremu aurorowi kilka wyświechtanych kart. — Poważnie, Gary, lepiej poćwicz czy coś.
Opadła na łóżko, patrząc z uśmiechem na Lily, i zachęcającym gestem wskazała miejsce, które do tej pory zajmował mężczyzna. Auror zebrał karty i łypnął na nią ponuro, po czym opuścił salę.
— Jesteś taka kochana, że przyjechałaś! I te rzeczy… — Nieuważnym gestem wskazała swoją piżamę. — Mam chyba z tysiąc pytań!
— Ja też. — Evans przysiadła ostrożnie na łóżku i schwyciła ją mocno za dłonie. — Okropnie się martwiłam! Bardzo boli?
Moon rzuciła krótkie i wyraźnie niechętne spojrzenie na swoją lewą rękę.
— Coś ty — rzuciła lekko, ale widząc niedowierzanie w jej oczach, dodała nieco ciszej. — Ciągnie. Pewnie dlatego, że się goi.
— Naprawdę?
— Tak myślę. — Moon oparła się o poduszkę i spojrzała na nią z lekkim grymasem. — Nic mi nie mówią, wiesz. Ale sam fakt, że mnie wybudzili…
Pamięć Evans rozdarło wspomnienie śmiertelnie bladej, nieprzytomnej przyjaciółki, które błyskawicznie odegnała ze strachem.
— Na pewno — powiedziała gorąco. — Musieli znaleźć jakiś sposób.
Zamilkła, myśląc o podejrzeniach Syriusza dotyczących przemilczenia przez Dumbledore’a faktu, że Dominika włada Białą Magią i w efekcie ma bardzo niską krzepliwość krwi. Nie chciała martwić przyjaciółki. Z roztargnieniem spojrzała na bukiecik goździków, które prężyły się tęsknie w kierunku słońca wyglądającego zza szyby.
— Chodzisz z Jamesem? — zapytała nagle Moon konwersacyjnym tonem, sięgając po jedną z wielu czekoladowych żab, które spoczywały na jej szafce nocnej.
— C-co? — Była tak zszokowana, że nie zdołała wydukać nic rozsądniejszego. — Nie! Skąd ten pomysł?!
— No wiesz. — Blondynka z ciekawością przyjrzała się dołączonej karcie, po czym odrzuciła ją niedbale do szuflady. — Mówiłam ci, że coś jest na rzeczy. Na balu nic się nie wyklarowało?
— Rozmawialiśmy — wymamrotała Lily, czując, że płoną jej policzki. — I tańczyliśmy. Był naprawdę miły, uprzejmy i w ogóle, ale bez przesady…
— Dobrze — oceniła Moon, patrząc na nią z uśmiechem. — Ale by było, gdyby mnie to ominęło! Musielibyście się zejść od nowa czy coś.
— Posłuchaj… — Evans rozpaczliwie usiłowała pokierować rozmowę na inne tory. — Co właściwie stało się podczas balu?
Dominika przestała się uśmiechać. Zerknęła szybko w stronę drzwi, ale nikt nie wszedł do sali. Wyprostowała się nieznacznie, ale Lily wiedziała, że każde jej słowo będzie prawdziwe – w końcu były przyjaciółkami, czy nie tak?
— Spotkałam się z Regulusem — powiedziała tak cicho, że ruda musiała się pochylić, aby nie uronić żadnego słowa. — W Zakazanym Lesie. Byli tam też inni. I… I jakiś Puchon. Chcieli go ukarać. Ja… Miałam wziąć w tym udział. Złapali Petera, chyba jak podsłuchiwał. Zaklęcia latały dookoła. — Wzruszyła ramionami, krzywiąc się nieznacznie. — Jedno mnie trafiło.
Lily poczuła jak drętwieją jej wargi. Wiedziała, że nie zdoła zadać pytania, które huczało jej w głowie od chwili, gdy Peter w dormitorium Huncwotów opowiedział im, kogo dokładnie spotkał wtedy w Zakazanym Lesie. Zamiast tego zmierzyła przyjaciółkę intensywnym spojrzeniem.
— Musisz powiedzieć to McGonagall! Ktoś powinien zostać za to ukarany!
— Eee… Wolałabym nie. — Moon podciągnęła kolana pod brodę i zaczęła skubać brzeg bandaża. — Nie zrozum mnie źle, Lil. Ale sama rozumiesz, szemrane spotkania w szemranym miejscu, kiedy wszyscy bawią się na balu… Sama byłam sobie winna. Wolałabym tego nie rozdmuchiwać.
Rozdmuchiwać? — Evans nie mogła uwierzyć własnym uszom. — Mogłaś umrzeć!
— Ale żyję. — Blondynka spróbowała uśmiechnąć się kpiąco. — I wolałabym dożyć końca roku szkolnego.
Ruda już otworzyła usta, by zaprotestować, ale Moon ją ubiegła.
— Poźniej powiem ci więcej. — Ruchem głowy wskazała drzwi, zza których dochodziły głosy McGonagall i dwóch aurorów. — A propos… — Jej twarz nagle stała się bledsza, kiedy intensywnie wbiła w nią spojrzenie ciemnozielonych oczu. — Była do mnie jakaś poczta?
Lily potrząsnęła głową, a Dominika ponownie opadła na poduszki wyraźnie zawiedziona.
— Twój nauczyciel? — zgadła Evansówna.
— Nie odezwał się ani razu — mruknęła Moon, przenosząc wzrok z opatrunku na uchylone drzwi sali. — Może zrobiłam coś nie tak?
— Coś ty. — Evansówna niecierpliwie machnęła ręką. — Pewnie po prostu nie wie, że trafiłaś do szpitala.
— Wydawał się dość dobrze poinformowany — westchnęła Moon, spuszczając wzrok. Lily nie potrafiła nic odczytać z jej twarzy. Zapadła chwila ciężkiego milczenia, wypełnionego echem rozmowy toczącej się na korytarzu.
Nie wiedząc co ze sobą zrobić, Lily podeszła do szafki nocnej. Wzięła do ręki jedną z kilku ozdobnych kartek, zwierających życzenia powrotu do zdrowia. Wydawało jej się, że myśli o bliskich poprawią humor przyjaciółce, ale pomyliła się.
— Kto powiadomił moich rodziców? — zapytała ostro Moon, ponownie siadając prosto na łóżku.
— Nie wiem — bąknęła ruda, odkładając kartkę na miejsce. — Pewnie Dumbledore albo McGonagall… Chyba powinni o tym wiedzieć, prawda?
Blonydnka nerwowym gestem odgarnęła włosy z twarzy i odwróciła wzrok. Lily zastygła w zdumieniu, widząc ją taką zdenerowowaną. Nie przypuszczała, że wiadomość o rodzicach mogła w jakikolwiek sposób wyprowadzić ją z równowagi.
— Moi rodzice… są w niebezpieczeństwie — powiedziała w końcu z wyraźnym trudem, cedząc słowa. — Wszyscy mugole są. Na pewno czytasz Proroka. Po co Dumbledore ich tu ściągał? Czy on w ogóle myśli?
Gwałtownie zasłoniła twarz rękami, a Lily podbiegła do niej i schwyciła ją za ramiona.
— Zastanów się — zaczęła kojącym tonem. — Jak by się czuli, nie wiedząc o twoim stanie? Musiał im powiedzieć, co się stało. Po prostu musiał, kochanie.
— Czasem myślę, że go nienawidzę — wyszeptała Moon niewyraźnie spod splecionych palców. Lily zamarła, słysząc te słowa. Niosły ze sobą jakąś grozę, która na moment pozwoliła jej zapomnieć, że znajdują się w jasnym, czystym, oświetlonym promieniami słońca pomieszczeniu. Pogratulowała sobie w duchu, że nie powiedziała jej jeszcze o swoich i Huncwotów podejrzeniach.
— Nic się nie stało. — Monotonnie głaskała ją po nieznacznie drżących ramionach, starając się uwierzyć we własne słowa. — Niedługo wrócisz do Hogwartu i wszystko będzie jak zawsze. Nie wyobrażasz sobie, ile mamy pracy! Przyniosłam ci notatki, będziesz miała co robić.
Moon odsunęła dłonie od twarzy i spojrzała na nią z lekkim, wciąż jeszcze niepewnym uśmiechem. Lily odwzajemniła go z całą szerością, upewniwszy się, że jej oczy wciąż są jak zawsze – ciemnozielone, roziskrzone, pozbawione szkarłatnych błysków.

* * * * *

Wiatr szarpał jej rude włosy. Przygarbiła się nieznacznie, kryjąc szyję w wysokim kołnierzu szaty. Z roztargnieniem spojrzała w kierunku Wieży Zegarowej. Wszystkie dzwony kryły się jednak przed jej wzrokiem i słuchem, więc mogła tylko domyślać się, która może być godzina. Severus, mimo wszystko, nigdy się nie spóźniał.
Kiedy zobaczyła go idącego od strony zamku, odruchowo oplotła się ramionami. Pomyślała, że to zadziwiające – w przeszłości żywiła do niego tak ciepłe, tak oczywiste uczucia – dziś pozostał chyba tylko strach i cień prostestu, które ożyły w jej sercu na jego widok.
Jego czarne oczy rozszerzyły się nieznacznie i podbiegł ku niej lekkim truchtem. Lily odwróciła głowę, udając, że przygląda się pobliskiej, niczym niewyróżniającej się kępce mchu.
— Lily! — wysapał, pochylając się lekko i patrząc na nią pałającym wzrokiem, którego nie  mogła przecież zobaczyć.
— Cieszę się, że przyszedłeś. — Mocno zacisnęła usta, jakby nie widząc jego pełnej nadziei twarzy. — O ile tym razem wyjaśnisz mi to i owo.
Severus zatrzymał się w połowie drogi do niej. Jego uniesione ręce opadły nieco, ukazując całą bezradność, której tak nienawidziła.
— Niewiele mogę powiedzieć — powiedział w końcu zagadkowo, odwracając wzrok.
— Ale przecież byłeś tam. — Evans błysnęła zielonymi oczami. — W Zakazanym Lesie.
— Lily — powiedział tak cicho, że ledwie go usłyszała pośród szumu liści. — Nie powinnaś się w to mieszać. Naprawdę.
— Byłoby znacznie lepiej, gdybyśmy mieli tych samych przyjaciół, Severusie. — Widziała wyraźnie, że uderzyła w słaby punkt – nie wiedziała jedynie czy swój, czy jego – doskonale zdawała sobie sprawę z fali przemyśleń i rozczarowań, które przyjdą później. Ze strumienia wspomnień i na zawsze powiązanego z nimi żalu, że ich historia potoczyła się właśnie w ten, a nie inny sposób... Huncwoci ostrzegali ją przed tą rozmową, wiedziała jednak, że musi dać mu jeszcze tę jedną, ostatnią szansę. Severus był jedynym łącznikiem pomiędzy nią a Ślizgonami i tylko on mógł pomóc ocalić Moon. Przed czym? Przed tajemniczym wrogiem, Dumbledorem, a może przed nią samą?
— Niczego nie mogę dla niej zrobić. — Snape potrząsnął głową, jakby czytając w jej myślach i bez namysłu odtrącając niechciane myśli. — I ty też nie, Lily.
— Ja nie porzucam przyjaciół — odezwała się władczym tonem, patrząc na niego z potępieniem. Ich poprzednie rozmowy odżyły w niej na nowo, a gdy tak patrzył na nią z tą posępną rezygnacją wiedziała, że nie ma już odwrotu.
— Lily — zaczął powoli, siląc się na spokój. — Poprosiłaś mnie o spotkanie… Przyszedłem… Proszę, wysłuchaj mnie…
— Kto ją zaatakował? — zapytała Evans ostrym tonem, cofając się o krok. — Kto rzucił zaklęcie?
Ślizgon stał przed nią, z ramionami zwieszonymi wzdłuż szat. Nie odezwał się ani słowem, patrząc na nią ponurym i jednocześnie błagalnym wzrokiem, nie czyniąc jakiegokolwiek gestu. Zalała ją fala gniewu i rozczarowania. Wiedziała dobrze, że Snape, którego w dawnych, bardzo dawnych czasach pieszczotliwie nazywała Sevem, nie kiwnie palcem, by pomóc Dominice, że nie zdradzi żadnej ze swoich paskudnych tajemnic, że przeszłość już nigdy nie wróci, a dawne winy nigdy nie zostaną zmazane. Gdy cofnęła się o kolejny krok, nieznacznie podniósł głowę  i prawe ramię, jakby w niemym wysiłku powstrzymania jej.
Lily odeszła szybkim krokiem wzdłuż krawędzi Zakazanego Lasu. Złość pomieszana ze łzami podchodziła jej do gardła, gdy uparcie patrzyła przed siebie. Obejrzała się tylko raz – Severus wciąż stał w tym samym miejscu, patrząc na nią z niedowierzaniem i unosząc prawą dłoń – tak zapamiętała go po raz ostatni.

* * * * *

Od chwili, gdy Lily wyszła na spotkanie ze Snapem, James niemal odchodził od zmysłów. Przemierzał dormitorium w tę i z powrotem, odprowadzany niespokojnymi spojrzeniami przyjaciół. Raz po raz zerkał w łukowato zwieńczone okno, jakby chciał ich zobaczyć, po czym ze złością odwracał wzrok.
Remus kilka razy otwierał i zamykał usta, nie wiedząc właściwie, co powinien powiedzieć. Słowa pocieszenia wydawały się zbyt błahe i zbyt mało osobiste, aby mógł je wypowiedzieć prosto w jego zmartwioną twarz, która w tym momencie sprawiała wrażenie znacznie starszej i poważniejszej niż zwykle. Nie wiedział jak wyrazić to, że rozumie niepokój Jamesa, ale jednocześnie jest przekonany, że Evans wykorzystała ostatnie możliwe źródło informacji w sprawie Moon.
— Nic jej nie będzie, Jim. — Lupin wzdrygnął się mimowolnie, gdy po jego lewej stronie rozległ się głuchy, dziwnie niski głos Syriusza. — To mądra dziewczyna.
Rogacz parsknął, wzruszył ramionami, a potem spojrzał z rozpaczą na przyjaciela.
— On obrzydliwie nią manipuluje — powiedział, a usta wykrzywiły mu się w niepowstrzymanym grymasie.
Remus otworzył usta, by zaprzeczyć, ale Black ponownie go ubiegł.
— To prawda — odezwał się spokojnie, ku ogólnemu zaskoczeniu. — Ale Evans już się na nim poznała. Nie da się podejść po raz kolejny.
Potter znowu zerknął tęsknie w kierunku okna i odwrócił się do nich plecami, z rękami wciśniętymi w kieszenie szaty.
— To było jedyne wyjście. — Remus uważnie przyglądał się Syriuszowi, który niedbale oparł się o stos poduszek na swoim łóżku i uparcie przemawiał do własnych kolan. Zaledwie kilka razy w ciągu ich znajomości słyszał, żeby przyjaciel tak otwarcie wyrażał własne myśli i instynktownie wyczuwał, że to ważny moment. — Jeśli nam się nie uda, on pociągnie ich wszystkich na dno. Nikę. Regulusa. Wszystkich.
Spojrzeli na niego z ledwie skrywanym zdumieniem, ale on uparcie patrzył w dół, na swoje zaciśnięte dłonie. Syriusz od dawna nie wspominał o swoim bracie, a jeśli już to robił, zawsze towarzyszyły mu negatywne emocje takie jak gniew czy bezradność. Tym razem w jego głosie zabrzmiała jakaś nowa, miękka nuta, która sparaliżowała ich wszystkich.
Zapadła chwila nieznośnego milczenia. James wyjął ręce z kieszeni i jak pozostali wpatrzył się w nadzwyczajnie poważną twarz Łapy. Czujność łagodnie zastąpiła niepokój na jego twarzy, gdy cierpliwie czekał na kolejne słowa.
— To jest właściwe, Jim — odezwał się Syriusz tonem tak zdecydowanym, że jego odwaga zdawała się spływać na resztę Huncwotów i niemal magicznie pozbawiać ich wszelkich wątpliwości. Remus prawie czuł, jak rozluźniają mu się mięśnie karku i przedramion. — I bez względu na wszystko, co teraz się stanie… Obiecaj mi, że Huncwoci nigdy się nie rozpadną.
Jego słowa, choć ciężkie jak ołów, zdawały się wisieć w powietrzu, jakby nie można było ich zignorować albo zbagatelizować. Sygnalizowało to też spojrzenie Syriusza, które było nienaturalnie czarne i intensywne.
— Oczywiście. — Rogacz nieznacznie uniósł podbródek, bez cienia wahania odwzajemniając spojrzenie. Zafascynowany Remus patrzył, jak jego orzechowe oczy błyszczą pod szkłami okularów. To nie była zwykła obietnica, czuł to wyraźnie – wszyscy to czuli, gdy ich ramiona pokryła gęsia skórka, jak gdyby niewidzialna fala przepłynęła przez dormitorium.
Syriusz porozumiał się uśmiechem z Jamesem, po czym spojrzał na pozostałych.
Remus obawiał się tej chwili. Obawiał się swojej niepewności i braku wiary we własne siły, które tak doskwierały mu w codziennym życiu. Gdy jednak napotkał czarne spojrzenie przyjaciela, od razu zrozumiał, że zna odpowiedź, że przecież zawsze to wiedział…
— Obiecuję — powiedział nieco ochryple, ale dumnie uniósł głowę. Kiedy wypowiedział te słowa, uśmiech sam wypłynął na jego usta.
Trzy spojrzenia zogniskowały się na milczącym dotąd Peterze. Lupin widział drobne kropelki potu zraszające jego czoło i pulchne dłonie nerwowo zaciśnięte na skraju szaty. Zalała go fala współczucia. Wszyscy wiedzieli, ze Glizdogon był nieśmiały i rzadko ktoś pytał go zdanie. Teraz cała uwaga skupiła się na nim i z pewnością niełatwo było się z tym zmierzyć.
— Glizdek? — Głos Syriusza napłynął do niego jakby z innej rzeczywistości. — Jesteś z nami? Na dobre i na złe?
Długi promień zachodzącego słońca wpadł przez szybę, uwydatniając pionową zmarszczkę na czole Petera i jego rozmyte, niepewne spojrzenie, które przenosił kolejno na ich twarze. Remus, jakby niezależnie od siebie, zauważył jego drżące usta i pulchne palce zapamiętale mnące brzeg szaty.
— Tak — odezwał się nagle, jakby wyrwany z głębokiego snu. Zdobył się nawet na niepewny, natychmiast odwzajemniony uśmiech. — Tak, oczywiście!

6 grudnia 2017

Rozdział XXIX - część III

Aż nie wiem, co napisać! Przepraszam za to nagłe zniknięcie. Właśnie testuję na sobie teorię, że szczęście w życiu prywatnym rujnuje nasz twórcze ambicje... Nie porzucajcie jednak nadziei, jeszcze nie wiem czy to prawda :D :D A poza tym marzę o doprowadzeniu tej historii do końca. Myślę, że ona sama w sobie na to zasługuje, a przy tym mam wobec Was ogromny dług wdzięczności, który ciąży nad moją głową jak topór. Jestem nieco zagubiona, muszę wdrożyć się na nowo, Wy pewnie też, ale mam nadzieję, że uda nam się razem wrócić. Potraktujcie to jako bożonarodzeniową niespodziankę, a ja jako noworoczne postanowienie :D Uwielbiam Was i szykuję się do nadrobienia Waszych historii!

Pamiętacie Dominikę Moon? Naiwną dziewczynę, która włada Białą Magią i szuka swego miejsca w świecie? Która uległa wypadkowi, który utrzymuje ją w stanie nieprzytomności, a jednocześnie zmusza do współpracy jej najbliższych? No cóż, prawdziwi przyjaciele nie siedzą na miejscu, to na pewno. Biorą sprawy w swoje ręce, niezależnie od decydentów. Sytuacja staje się dynamiczna, niebezpieczna i nieoczywista. Chcesz do nas dołączyć? Śledź nasze kolejne posunięcia. Mamy przed sobą mnóstwo pracy...


„W konspiracji”
– rozdział XXIX 

Gdy powiedzieli jej, że chcą z nią porozmawiać w dormitorium, poczuła niespodziewany dreszczyk emocji.
Wszyscy wiedzieli, że sypialnia Huncwotów była czymś w rodzaju mitycznej krainy cudów, o której opowiadano bzdurne plotki i jeszcze głupsze opowieści „z pierwszej ręki”. Lily była tam tylko raz, cztery lata temu, kiedy w imieniu profesor McGonagall nawrzeszczała na nich za spowodowanie groszopryszczki wśród uczniów. Była wtedy okropnie wściekła, w końcu sama miała kilka fioletowych bąbli na twarzy i ramionach, więc niewiele udało się jej zarejestrować. Teraz nadarzyła się ku temu znacznie lepsza okazja, a przy tym Huncwoci sprawiali wrażenie wyjątkowo zaaferowanych.
Kiedy niespiesznym krokiem ruszyli przez Pokój Wspólny, Potter niespodziewanie wysforował się naprzód. Reszta Huncwotów popatrzyła po sobie ze zdziwieniem, ale nie skomentowali tego ani słowem. Lily nieznacznie przyspieszyła, ciekawa, co też Potter mógł znaleźć w starej, niepozornej książce, której płócienna okładka i zdobiąca ją nieporadna ilustracja przypominały nieco zbiór baśni, które babcia czytywała w dzieciństwie jej i Petunii.
Szybko przeszli po krętych schodkach prowadzących do dormitorium siódmorocznych Gryfonów. Remus przepuścił ją w drzwiach, a ona skwapliwie zajrzała do środka.
Potter stał na środku pomieszczenia, wymachując różdżką. Przez dłuższą chwilę nie mogła zrozumieć, co on właściwie wyprawia. Dopiero w momencie, kiedy szczególnie zamaszyste machnięcie różdżką sprawiło, że pojedyncza skarpetka w czerwono-żółte paski podskoczyła na jednym z łóżek, zatrzepotała bezradnie i opadła z powrotem, nabrała niepokojącego podejrzenia, że chłopak próbuje sprzątać. Podejrzenie zamieniło się w pewność, gdy Potter, najwyraźniej doszedłszy do wniosku, że jego gospodarskie zaklęcia nie zdadzą się na nic, zgarnął z jednego z łóżek stosik ubrań i upchnął je w stojącym nieopodal kociołku.
Evans z trudem powstrzymała chichot. Black popatrzył na nią dziwnie, mijając ją w drzwiach, gdy z uporem wpatrywała się w sufit, mając wrażenie, że lada chwila popękają jej żebra.
Sprzątający Potter. Biegnący przodem, aby usunąć z pola widzenia brudne skarpetki, podczas gdy reszta Huncwotów po prostu opadła na swoje łóżka, nie kiwnąwszy palcem. Dla niej!
To było…
słodkie
… całkiem zabawne.
Nie chcąc, aby jego wysiłek poszedł na marne, przysiadła na brzegu jego łóżka i obdarzyła go lekkim, zachęcającym uśmiechem. Mina Pottera zdradzała niepokój, a nawet lekką panikę, więc Lily wspaniałomyślnie postanowiła nie komentować wpływu obecnej zawartości kociołka na jakość przygotowywanych w nim eliksirów.
Kiedy James w końcu opadł na materac obok niej (przedtem wykonał niezgrabny gest, jakby chciał wygładzić pościel, a Lily udała, że niczego nie zauważyła), z ciekawością rozejrzała się po dormitorium. Wbrew temu, co kiedyś uważała o umysłowych możliwościach Huncwotów, pomieszczenie wypełnione było książkami. I nie były to zwykłe, szkolne podręczniki – część z pewnością stanowiła zbiory hogwarckiej biblioteki, ale było też całe mnóstwo książek o Quidditchu i poradników dotyczących zaawansowanej transmutacji, a nawet kilka powieści Aleksandra Dumasa zaplątanych gdzieś pomiędzy stosem Proroków Codziennych. Zanim Lily zdążyła policzyć kociołki, których było niepokojąco dużo jak na czterech chłopców, z których tylko trzech uczęszczało do OWUTEMowej klasy profesora Heckmanna, Syriusz odezwał się ze swojego łóżka, na którym leżał nonszalancko rozparty, nie przejawiając żadnej potrzeby uprzątnięcia panującego na nim bałaganu.
— Co tam masz, Rogaczu?
Helga Hufflepuff – historia prawdziwa. — Chłopak podniósł książkę, aby każdy mógł się dokładniej przyjrzeć. — Znalazłem ją w bibliotece. Dziś, kiedy byliście w świętym Mungu, a my umieraliśmy tu z nudów.
Lupin najwyraźniej zauważył jej minę, wyrażającą mieszaninę zdziwienia i urazy, bo odezwał się z uśmiechem:
— James ma obsesję na punkcie historii Hogwartu.
— Nie obsesję, tylko interesujące hobby — poprawił go Potter, z godnością poprawiając okulary, a Peter zaniósł się niezbyt przekonującym kaszlem.
— Ale co to ma wspólnego z Dominiką? — zapytała Evans, kompletnie zbita z tropu.
— Właśnie – zawtórował jej Black, zakładając dłonie za głowę.
Potter milczał przez chwilę, przygryzając lekko wargę.
— Wiedzieliście, że Helga miała syna?
Lily widziała wyraźnie jak Syriusz przewraca oczami, ale zaaferowanie w oczach Jamesa, gdy powiedział im, że udało mu się coś znaleźć, a także cichy, poważny głos, jakim wymówił ostatnie zdanie, sprawiały, że z napięciem czekała na każde kolejne słowo.
Kiedy w milczeniu pokręcili głowami, Potter pieszczotliwie przesunął palcami po chropowatej okładce.
— Mało kto wie, bo to bardzo nieprzyjemna historia. Helga miała syna o imieniu Kastor. I, co dla nas ważne, już w dzieciństwie zdradzał wyjątkowe umiejętności. Według tej książki miał dar rozumienia ptasiej mowy, a kiedy szedł boso, w śladach jego stóp wyrastały kwiaty…
— Czekaj. — Serce mocno biło w jej piersi, kiedy z niedowierzaniem patrzyła na Pottera. — Czy ty chcesz powiedzieć, że ten Kastor…
— Był białomagiczny? Niewykluczone. W każdym razie z cudownego dziecka wyrósł na cudownego młodzieńca i gdy wszyscy podejrzewali, że być może kiedyś przewyższy umiejętnościami swoją matkę, Kastor spotkał Morganę.
Remus uniósł brwi, a Peter pochylił się i wysunął spod swojego łóżka wielkie, tekturowe pudło, które zaczął energicznie przeszukiwać.
— Morganę, siostrę króla Artura? — zapytał Black sceptycznym tonem.
— Dokładnie — odparł okularnik i ze zdziwieniem spojrzał w kierunku Petera, który triumfalnie wydobył z pudła jedną z kart, które można było znaleźć w opakowaniu czekoladowych żab.
— Współczuję. — Pettigrew wzdrygnął się, patrząc na obrazek.
— Mogę? — zapytała Lily, która nigdy szczególnie nie zaangażowała się w kolekcjonowanie kart.
— Jasne. — Chłopak wychylił się i podał jej kartonik. — Weź sobie, mam ich z dziesięć.
— Raczej z pięćdziesiąt — parsknął Black, ale Lily już tego nie dosłyszała. Wpatrywała się w ilustrację przedstawiającą piękną kobietę o ponurej twarzy i długich, kruczoczarnych włosach. Odwróciła kartę i przeczytała krótką informację: „Znana także jako Morgana le Fay, Morgana była wiedźmą, przyrodnią siostrą króla Artura i wrogiem Merlina”. Nieco rozczarowana zwięzłością opisu, podniosła oczy na Jamesa.
— Morgana była już wtedy zdeterminowana do zniszczenia króla Artura i przejęcia władzy, więc gdy dowiedziała się o zdolnościach Kastora, postanowiła go uwieść.
— Czegoś tu nie rozumiem. — Remus zmarszczył brwi i wsparł podbródek na splecionych dłoniach. — Biała magia służy do uzdrawiania, obrony i tak dalej, więc jak Morgana zamierzała to wykorzystać do pokonania Artura i Merlina?
— Trafiłeś w sedno, Luniaczku. Kiedy Morgana opętała Kastora, nastąpiło połączenie Czarnej i Białej Magii. To było nienaturalne, złe z założenia i w efekcie magia Kastora została skażona. Ciemna moc Morgany stała się potężna jak nigdy wcześniej.
— Ale Morgana przegrała, prawda? — zapytała cicho Lily, nie mając pojęcia, do czego Potter może zmierzać, ale odczuwając jednocześnie niejasny niepokój.
— Tak. — Chłopak odłożył książkę na szafkę nocną i poprawiwszy zsuwające się z nosa okulary, spojrzał na nią poważnie. — Merlin przeszył ją Ekskaliburem.
— A Kastor? — Coś w cichym głosie Syriusza sprawiło, że wzdłuż kręgosłupa przebiegł jej chłodny dreszcz. Splotła nerwowo dłonie, zerkając na Jamesa, jakby chciała wyczytać z jego twarzy odpowiedź.
— Uciekł, ale nie na długo. Helga go znalazła. No, a później Godryk przeszył go swoim mieczem.
— Co?! — wyrwało się z czterech gardeł.
— Jasne, brutalne, krwawe i w ogóle, ale pamiętajcie, że to było średniowiecze. Jak mówiłem, to było złamanie fundamentalnych praw rządzących magią, a Kastor udowodnił, że może być wielkim zagrożeniem.
Nastąpiła chwila wypełniona ciężkim milczeniem. Lily siedziała nieruchomo na brzegu materaca, z krwią dudniącą w uszach i sercem w gardle.
— Co ty sugerujesz?
James, nieco zbity z tropu jej natarczywym tonem, zerknął na nią niepewnie i ponownie poprawił okulary.
— Niczego nie sugeruję. Po prostu te całe środki bezpieczeństwa… Kogo one mają chronić?
— Jak to kogo? — zdumiała się. — To chyba oczywiste, że ją.
— To wcale nie jest oczywiste, Lily — odezwał się wolno Remus, marszcząc brwi w zamyśleniu. — W kontekście historii Kastora, może mają chronić ją, a może przed nią… A jeśli jednak to dla jej bezpieczeństwa… To kto jej zagraża?
— Przy jej drzwiach stoją goryle — wypalił nagle Syriusz, wodząc wokół spojrzeniem, w którym czaił się płomień. Nagle jego oczy zaczęły przypominać czarne od żaru węgle. — Nie zaprzeczaj, Evans.
Pozostali chłopcy popatrzyli na nich pytająco, a gdy ruda spuściła głowę, Black odezwał się ponuro:
— Przy jej drzwiach waruje dwóch aurorów. Widziałem odznaki.
Peter gwałtownie nabrał powietrza, natomiast Remus bezłogłośnie pokręcił głową, wichrząc jasne włosy. Tylko James patrzył mu w oczy, jakby odbierając wszystkie emocje, których nie był w stanie wyrazić słowami.
— Zbierzmy informacje — powiedział Black, podnosząc się do pozycji siedzącej i przeczesując palcami swe przydługie włosy. — Ona jest białomagiczna. Wiemy o tym na pewno my i Dumbledore. Ma straż w szpitalu.
— Nikt nie powiedział jej rodzicom. — Evans również wyprostowała się na swoim miejscu i, chociaż jej gardło było boleśnie ściśnięte, zdecydowanie odwzajemniła spojrzenie jego czarnych oczu.
Zapadła dłuższa chwila ciszy. Gdy w końcu została przerwana, większość z nich nie potrafiła ukryć zdumienia.
— Ś-ślizgoni — wyjąkał Peter. Siedział na swoim łóżku, na wpół skryty za aksamitną kotarą, z pudłem kart wciąż spoczywającym tuż obok. Spojrzenie jego niebieskawych oczu przesuwało się szybko po ich twarzach, gdy kropelki potu kolejno występowały mu na czoło.
— Tak — powiedział wolno Potter, odwracając wzrok i w zamyśleniu pocierając podbródek. — Tak, Ślizgoni na pewno mają z tym coś wspólnego.
— To nic osobistego, Lily. — Lupin pospieszył w wyjaśnieniem, bezbłędnie odczytując jej minę. — Widzisz… Mieliśmy kiedyś pewną przygodę już po ogłoszeniu ciszy nocnej, a Moon była w stanie wymusić na ślizgońskich prefektach przerwanie obchodu. Podczas balu spotkali się natomiast w Zakazanym Lesie…
— I tu kończą się nasze informacje — warknął Black, rzucając groźne spojrzenie w kierunku Pettigrew, który pobladł jeszcze bardziej.
— To nie była moja wina — wyjęczał chłopak. Kolejno patrzył im w oczy z rozpaczą tak szczerą, że w ułamku sekundy zaskarbił sobie współczucie Evansówny. — Złapali mnie, przecież wiecie!
— Kto tam był, Peter? — zapytała Lily łagodnie, kompletnie ignorując pogardliwe prychnięcie Blacka. Wbrew spokojnemu brzmieniu, jakie nadała własnemu głosowi, jej serce głośno tłukło się w piersi, a dziesiątki myśli walczyły o pierwszeństwo. Wiedziała, że jej pytanie było tylko próbą zachowania pozorów. W głębi duszy dobrze wiedziała, jaka będzie odpowiedź.
— Mulciber, Avery… — Chłopak wzdrygnął się zauważalnie, po czym ze strachem spojrzał na Syriusza. — Regulus… No i Snape. Severus Snape.
Ruda spuściła wzrok na własne dłonie zaciśnięte kurczowo na wytartych kolanach dżinsów. Nie była w stanie odwzajemnić żadnego ze spojrzeń rzuconych w jej kierunku – dość wysiłku zabrało jej ujarzmienie emocji, które rozszalały się w niej po wyznaniu Petera.
— Powinniśmy iść do Dumbeldore’a — odezwał się nagle Black z nowym entuzjazmem, wodząc po nich rozpalonym spojrzeniem.
— I co mu powiemy? — zapytał kwaśno Remus. — Że naczytaliśmy się legend arturiańskich?
— Nie. — Black poderwał się z miejsca i zaczął nerwowo przemierzać dormitorium. — Powiemy mu, co wiemy i podejrzewamy. Będzie musiał się do tego jakoś ustosunkować.
Potter spojrzał niepewnie na przyjaciela, a Lupin już otworzył usta, aby coś powiedzieć, gdy Lily odezwała się cichym głosem, nareszcie pewna, że nie zabrzmią w nim łzy.
— Syriusz ma rację. Naprawdę powinniśmy to zrobić.

* * * * *
Szybko pożałowała swojej pochopnej decyzji. Wprawdzie tuż przed chwilą, kiedy siedzieli zamknięci w dormitorium Huncwotów i wciąż pozostawali pod wrażeniem opowieści Pottera, ten pomysł wydawał się całkiem sensowny, jednak teraz, gdy maszerowali zawiłymi korytarzami, nie była tego taka pewna.
Ogarnęło ją silne uczucie odrealnienia. Niemal z niedowierzaniem zaglądała w twarze mijających ich uczniów, którzy cieszyli się weekendem i wybierali się na błonia, do biblioteki albo po prostu wałęsali się po korytarzach. Nie rozumiała jak życie może toczyć się swoim torem, podczas gdy tuż obok, na drugim planie, pod tą fasadą spokoju i błogiego rozleniwienia być może działo się coś strasznego, czego nie wyobrażała sobie w najgorszych koszmarach.
Droga do gabinetu dyrektora, choć odbyta w kompletnym milczeniu, minęła im błyskawicznie. Zanim się obejrzała, już znajdowali się przed kamienną chimerą, strzegącą wejścia do gabinetu. Jako prefekt naczelna znała wszystkie hasła w zamku, ale kiedy otworzyła usta, dobył się z nich tylko słaby jęk.
— Ropusze racuszki — odezwał się Lupin zdecydowanym tonem i posłał jej zachęcający uśmiech, gdy gargulec odsunął się przy akompaniamencie zgrzytu kamiennych bloków. Evans spróbowała odpowiedzieć mu tym samym i wzięła głęboki oddech. Musiała wziąć się w garść.
Wspięli się po spiralnych schodach, a ich kroki wyciszał puszysty granatowy dywan. Gdy ich oczom ukazały się potężne, dębowe drzwi, Syriusz wyprzedził wszystkich i dwukrotnie zastukał.
— Proszę.
Kiedy stanęli w charakterystycznym, okrągłym gabinecie, serce podeszło jej do gardła. Dumbledore siedział przy biurku i przyglądał im się ciekawie znad okularów-połówek, ale nie był sam. W rzeźbionym fotelu naprzeciwko niego siedziała Minerwa McGonagall.
— Czym zasłużyłem sobie na odwiedziny takiej imponującej delegacji? — zapytał dyrektor spokojnym tonem, chociaż kąciki jego ust zadrgały zauważalnie.
— Eee… — Patrząc na miny Huncwotów, Lily wiedziała, że obecność opiekunki domu ich także zbiła z tropu. Uważne spojrzenie McGonagall sprawiało, że ich misja wydawała się jeszcze bardziej bezsensowna.
— Panie profesorze, przyszliśmy w sprawie Dominiki Moon. — Evans była pełna podziwu dla Remusa, którego kojący, chociaż nieznacznie drżący głos od razu dodał jej odwagi.
— Oczywiście. — Dumbledore złączył końce swych długich palców, wciąż przyglądając im się z uwagą. Machnął krótko różdżką, a gabinecie pojawiło się pięć dodatkowych, misternie rzeźbionych foteli. Gestem zachęcił ich, aby usiedli. — W jakiej konkretnie?
Lily zawahała się. Czy to nie było oczywiste?
— Chcielibyśmy się dowiedzieć, po co jej ochrona w szpitalu i dlaczego ani jej rodzice, ani magomedycy o niczym nie wiedzą — odezwał się nagle Syriusz ostrym tonem.
Profesor McGonagall wyglądała, jakby przestała oddychać. Twarz Dumbledore’a natomiast pozostała spokojna, choć próżno było szukać na niej dobrotliwego uśmiechu, którym ich powitał.
— Przykro mi, ale to nie są informacje, których mogę wam udzielić. — Jego głos był równie opanowany jak wyraz twarzy, chociaż Lily mogłaby przysiąc, że zabrzmiała w nim delikatna ostrzegawcza nuta.
— Panie profesorze — powiedziała, siląc się na spokój i zdrowy rozsądek. — Przecież to nie ma sensu. Jak magomedycy mogą jej pomóc, jeśli nie wiedzą o… o jej przypadłości?
— Zapewniam panią, panno Evans, że jej bezpieczeństwo jest naszym priorytetem. — Profesor Mcgonagall otworzyła usta, aby mu przerwać, ale dyrektor powstrzymał ją krótkim gestem. — Panna Moon została zaatakowana, nie uległa zwykłemu wypadkowi. Stąd też dodatkowe środki, które mają ją chronić przed działaniem osób, które mogłyby jej zaszkodzić.
— Co to za osoby? — zapytał szybko Black. — Nie chodzi tylko o Ślizgonów, prawda? Jest w tym coś więcej. Może ten cały Lord Vol…
— Nie bądź śmieszny, Black — syknęła McGonagall, zaciskając dłonie na poręczach swojego fotela.
— To jest sprawa pomiędzy mną a panną Moon — powiedział cicho Dumbledore, a spojrzenie jego błękitnych oczu wydało się nagle chłodne i odległe.
— Jesteśmy jej przyjaciółmi! — zaprotestowała gwałtownie Lily, patrząc zapalczywie na dyrektora. — Mamy prawo wiedzieć!
— I nie jesteśmy głupi, wiemy co się dzieje — mruknął ponuro Black.
— Nie mają państwo pojęcia… — zaczęła McGonagall zrezygnowanym tonem, odwracając się nieznacznie w kierunku biurka dyrektora, jakby uważała temat za wyczerpany.
— Wiemy o Zakonie Feniksa — wypalił Potter. Wszystkie spojrzenia pomknęły w jego stronę. Dumbledore po raz pierwszy wyglądał na poruszonego, profesor McGonagall wzięła gwałtowny wdech, a Huncwoci w milczeniu porozumieli się spojrzeniami. James postawił wszystko na jedną kartę – w rzeczywistości jedyne, co wiedzieli o Zakonie Feniksa to to, że była to jakaś tajna organizacja, do której nie mogli wstąpić, ponieważ byli za młodzi. Reakcja profesorów była jednak na tyle wyraźna, że Gryfoni od razu zorientowali się, że trafił celnie.
Zapadła ciężka cisza, którą przerwał feniks, siedzący na metalowej żerdzi nieopodal biurka. Wydał z siebie łagodny, przeciągły dźwięk, a Lily poczuła, że znowu może normalnie oddychać.
— Czy zdają sobie państwo sprawę… — Głos Dumbledore’a był tak cichy, że musieli wytężyć słuch, aby nie uronić żadnego słowa. — … jakie zagrożenia powiązane są ze zdolnościami panny Moon?
Niepewnie pokiwali głowami, wymieniając ukradkowe, spłoszone spojrzenia.
— Wobec tego strzeżcie jej na własną rękę, ja natomiast będę robił to, co uważam za słuszne. Przyjaciele będą jej teraz bardzo potrzebni.
Z tymi słowy wstał, wspierając się dłońmi o blat biurka, po czym podszedł do feniksa i pogładził go po łabędziej szyi, szepcząc jakieś niezrozumiałe słowa.
Profesor McGonagall siedziała w swoim fotelu nienaturalnie wyprostowana, nieuważnie śledząc powolne ruchy dyrektora. Wciąż była bardzo blada.
Gryfoni wstali ze swoich miejsc, mrucząc słowa pożegnania. Rozumieli, że rozmowa dobiegła końca.

* * * * *

Deszcz lał się z nieba strumieniami.
Przez cały ranek spoglądał buntowniczo na chmury, rzucając im nieme wzywanie, ale gdy tylko wyszedł na boisko, ściskając pod pachą zeszłorocznego Zmiatacza numer pięć, deszcz dał mu do zrozumienia, kto tu rządzi.
Siódemka Gryfonów dosłownie tonęła w ulewie – bezskutecznie wciskali głowy między ramiona, gdy krople deszczu wciskały się im za kołnierze szat, a nawet pod solidne, wykonane ze smoczej skóry ochraniacze.
Dobrze chociaż, że nie ma wiatru — pomyślał ponuro, dosiadając miotły i mrużąc oczy w ulewnym deszczu.
Los, jak Syriusz powinien już wiedzieć, działał jednak niezależnie do życzeń zwykłych śmiertelników i po dziesięciu minutach treningów ostre, zacinające podmuchy wiatru zaczęły chłostać ich po twarzach.
Zacisnął zęby i gwałtownym ruchem głowy odgarnął włosy z czoła. Lewym ramieniem osłaniał oczy od ulewy, jednocześnie poprawiając uścisk palców prawej ręki na krótkiej, drewnianej pałce. Wypatrywał tłuczków, chociaż jego myśli błądziły daleko poza granicami boiska.
Dumbledore nie zaprzeczył, że uzdrowiciele ze szpitala świętego Munga nie mieli pojęcia o związanych z Białą Magią zaburzeniach krzepliwości krwi. Moon mogła się tam wykrwawiać, a on nawet nie kiwnął palcem, Merlin wie czemu. Choć był wychowywany w pogardzie dla Albusa Dumbledore’a, obrońcy szlam i zdrajcy krwi, już podczas swojego pierwszego roku pobytu w Hogwarcie wyrobił sobie u nim własne zdanie. Zawsze miał do niego szacunek, zawsze ufał jego osądom. Teraz jego wiara załamała się gwałtownie. Jak mógł tak szastać jej życiem? Co mogło być aż tak wartościowe, żeby tracić kolejne godziny?
Gęsto spadające krople deszczu zalały mu oczy i niemal w ostatniej chwili zauważył przed sobą duży, szary kształt. Wykonał gwałtowny zwrot w lewo, a miotła zahamowała gwałtownie, niemal go zrzucając.
— Zwariowałaś?! — ryknął w kierunku nowej ścigającej, trzecioklasistki, o której wszyscy wiedzieli, że nie ma szans, aby dobić do poziomu Hazel Kaolin, która w zeszłym roku ukończyła Hogwart. — Zacznij myśleć, dziewczyno!
Nie oglądając się na nią, ostro skierował miotłę w dół. Z furią, na oślep odbijał tłuczki, gdy tylko pojawiły się w jego polu wiedzenia. Nawet nie słyszał charakterystycznego szumu, który im towarzyszył – ulewa zagłuszała wszystko, poza jego ciężkimi myślami.
Nie wierzył jednak, by dwóch autorów pilnowało jej, jak więźnia w Azkabanie. Dumbledore i McGonagall wyraźnie obawiali się czegoś z zewnątrz, czegoś znacznie wykraczającego poza możliwości grupki Ślizgonów. Co to mogło być? Czy ktoś, zgodnie z ich obawami, podjął jakąś próbę zaatakowania lub wpłynięcia na Moon w szpitalu?
Obawiał się, że jeszcze długo nie pozna odpowiedzi na te pytania. Moon była nieprzytomna i nic nie zapowiadało, że zmieni się to w najbliższym czasie.
Kafel uderzył go w bark. Sylwetka obrońcy, zastępcy Malcolma Middledona, którego imienia Syriusz nawet nie pamiętał zamajaczyła kilkanaście stóp przed nim, oddzielona kotarą deszczu. Chłopak zdawał się wykonywać jakieś gesty w jego kierunku, ale złość Blacka gładko spłynęła z umysłu do ramienia i gdy tuż obok przeleciał tłuczek, Gryfon wycelował i z całej siły odbił go drewnianą pałką. Piłka poszybowała niemal idealnie prosto i trafiła w żołądek obrońcę, który zgiął się w pół.
— ŁAPO! — Ryk Jamesa przedarł się przez zasłonę deszczu. Syriusz zacisnął lewą dłoń na rączce miotły, usiłując utrzymać utrzymać ją w stabilnej pozycji i obejrzał się przez ramię. Potter leciał w jego stronę, celując wyprostowaną ręką w płytę boiska. Patrzył na niego, nie rozumiejąc tyrady, którą kapitan wywrzaskiwał prosto w deszcz.
— NA DÓŁ! — Dopiero, gdy chłopak znalazł się jakieś sześć stóp od niego, do Syriusza dotarł sens jego krzyków. — W tej chwili!
Black odetchnął głęboko, razem z powietrzem wdychając zimne kropelki deszczu. W milczeniu skierował miotłę w dół i po kilku minutach jego stopy dotknęły grząskiej, bardziej przypominającej błoto niż murawę, ziemi.
— Zwariowałeś?! — Potter mocno chwycił go za ramię i potrząsnął. — Po której stronie jesteś?! Doprowadziłeś Lindę do płaczu, a Gordona niemal do kontuzji!
Black cofnął się o krok i wyzwolił się z jego uścisku.
— To banda partaczy! — odkrzyknął, ściskając miotłę w obronnym geście. — Prędzej się pozabijają niż pozwolą nam wygrać!
— Twój stosunek do gry też nie pomaga. — James rzucił mu ostatnie, pełne wyrzutu spojrzenie i machnął w kierunku reszty drużyny, sygnalizując koniec treningu.
Nie patrząc na nich, Syriusz zarzucił miotłę na ramię i ruszył w stronę zamku. Przemierzając kamienne korytarze, czuł jedynie pulsowanie krwi w uszach i obezwładniające poczucie niesprawiedliwości. Nie słyszał za sobą kroków Jamesa i reszty – z pewnością ruszyli inną drogą albo zwolnili kroku, aby wymienić kilka dotyczących go, uszczypliwych komentarzy.
— Black! — Znajomy, skrzekliwy głos wwiercił się pomiędzy jego myśli, zatrzymując go w połowie korytarza na piątym piętrze. Odwrócił się, aby spojrzeć w wypełnioną dziwną mieszaniną satysfakcji i złości twarz hogwarckiego woźnego, Argusa Filcha. – Odpowiesz mi za to!
Chłopak obejrzał się przez ramię – cały korytarz wypełniały błotniste dowody jego winy. Jak on, jeden ze słynnych Huncwotów, mógł dać podejść się w taki idiotyczny sposób?
— Będziesz sprzątał po takich jak ty przez cały dzień! — zapowiedział woźny, wyciągając zza pazuchy zawilgotniały notatnik i coś w nim skrobiąc. — Zaczynasz jutro, w sam poniedziałek, zaraz po śniadaniu. I żadnych wymówek!
Black ostatkiem sił powstrzymał falę słów, które cisnęły mu się na usta. Dobrze wiedział, że wszelkie dyskusje mogły zaskutkować co najwyżej przedłużeniem szlabanu. Wzruszył pogardliwie ramionami, jakby cała sytuacja obeszła go tyle co nic, i odwróciwszy się na pięcie, ruszył dalej przed siebie, demonstracyjnie tupiąc zabłoconymi butami.
Stanąwszy przed portretem Grubej Damy, kątem ust burknął hasło i przekroczył ukryte przejście. W tym momencie nie marzył o niczym poza długim, gorącym prysznicem. Żal, wyrzuty sumienia, złość, poczucie niesprawiedliwości, rozczarowanie – te wszystkie uczucia zlepiły się w jedno i nawet, gdyby chciał, nie potrafiłby ich rozdzielić, a potem rozsądnie przeanalizować, jak to zawsze mądrze radził Remus. Miał po prostu dość. Miał cholerne święte prawo, żeby pójść do dormitorium i nie myśleć o niczym, tak dla odmiany.
— Hej, Black!
Z dłońmi zaciśniętymi w pięści spojrzał na Lily Evans, która przepychała się w jego kierunku przez wypchany Gryfonami Pokój Wspólny.
— O co znowu chodzi? — warknął, zanim zdążyła powiedzieć choć słowo. — Nie oddałem książki do biblioteki? Pojedynkowałem się na korytarzu? Zabłociłem dywan? Wybacz, ale za to ostatnie ukarał mnie już Filch, więc możesz sobie darować.
Dziewczyna zrobiła najpierw zdumioną, a później urażoną minę. Jej usta zacisnęły się w wąską kreskę, gdy założyła ręce na piersiach i popatrzyła na niego z ponurą determinacją.

— Nic z tych rzeczy — powiedziała chłodno. — Chciałam ci tylko powiedzieć, że… Że Dominika się obudziła. Dziś rano odzyskała przytomność.