11 września 2017

Rozdział XXVII - część III


„Za karę”
– rozdział XXVII 

Stał nieopodal wejścia do Skrzydła Szpitalnego, czując się, jakby został ogłuszony. Dźwięki były nienaturalnie przytłumione, a jego myśli jednocześnie chaotyczne i dziwnie rzeczywiste, kiedy patrzył na swoje ubroczone krwią dłonie. Zapach był ostry i metaliczny, a on wciąż jak zahipnotyzowany wpatrywał się w krzepnące z wolna smugi, z nową ostrością dostrzegając linie papilarne i drobne zgrubienia na skórze. Wiedział, że gdzieś już to widział. Nagle zrozumiał gdzie i zaczął drżeć, potem chichotać, a na koniec zaniósł się donośnym śmiechem, który odbił się echem od kamiennych ścian.
W takim stanie zastali go Lily i James, którzy nadbiegli od strony Sali Wejściowej. Wciąż mieli na sobie szaty wyjściowe, ale na ich zaniepokojonych twarzach nie było już ani śladu po niedawnej beztrosce.
— Łapa! — Ostry okrzyk Pottera i lekki, jakby odległy ból w ramieniu, za które ścisnął go przyjaciel, na moment sprowadziły go na ziemię. — Co się stało? Co to jest?
Evans zakryła dłonią usta, nie potrzebując odpowiedzi, ale Syriusz kompletnie nie zwracał na nią uwagi.
— Przewidziałem to. — Potrząsnął głową z niedowierzaniem i ponownie zaśmiał się krótko, ale tym razem cicho i nerwowo. — Widziałem to we śnie, rozumiesz? To dlatego ją… To dlatego postanowiłem…
Nagle szok opadł, a uśmiech błyskawicznie spełzł z jego twarzy. Napotkał skupione spojrzenie Jamesa, a tuż ponad jego ramieniem śmiertelnie bladą twarz Lily.
— Skąd wiedziałeś? — zapytał ochryple.
— Mapa — mruknął okularnik w odpowiedzi i ponownie potrząsnął jego ramieniem. — Co tu się stało?
— Moon… — Wzdrygnął się, kiedy Evans pisnęła cicho. — Ona jest ranna… Znalazłem ją… Wszędzie krew, zupełnie jak we śnie… A przecież Imnifay powiedział, że większość zaklęć nie jest w stanie jej skrzywdzić! — Wybuchnął nagle, wściekły wobec niesprawiedliwości świata, który tak okrutnie zakpił z niego tego feralnego wieczora. Dwukrotnie życzył sobie czegoś z całego serca i dwukrotnie jego życzenie się spełniło, chociaż kompletnie nie tak, jak to sobie wymarzył. Zupełnie jak w czarodziejskiej baśni, której morał ma przestrzec czytelnika przed popełnianiem głupstw. Dlaczego jednak teraz, właśnie teraz, kiedy zrozumiał swój błąd? W dodatku teraz czekały go niekończące się serie bezsensownych pytań, na które sam chciałby poznać odpowiedź, ale przecież nie ma na to czasu! Dobrze wiedział, że jego słowa były zupełnie tak chaotycznie jak myśli, ale nie dbał o to, czy ktoś go zrozumie. Odwrócił się na pięcie i spojrzał w zamyśleniu na drzwi Skrzydła, zastanawiając się czy może teraz pielęgniarka go wpuści.
— Ach tak? — zawołała Evans, wyłaniając się zza ramienia Pottera, i celując palcem w jego pierś. Na jej pobladłe policzki wystąpiły jaskrawe rumieńce. — Teraz o niej pomyślałeś? Po tym jak obściskiwałeś się z tamtą?
— Lily — zaczął James niepewnie, ale Syriusz uciszył go gestem.
— Rzuciła na mnie urok. — Z trudem zignorował prychnięcie rudowłosej Gryfonki. — Nigdy bym tego nie zrobił. Nigdy bym jej nie zdradził.
— O czym ty mówisz? — Stanowczy zazwyczaj i pewny głos Evansówny był w tym momencie nienaturalnie wysoki i rozedrgany.
James porozumiał się spojrzeniem z przyjacielem zanim odezwał się, ostrożnie ważąc słowa.
— Syriusz, eee, zerwał z Moon z troski o nią. Widzisz, miał pewne przeczucia i…
— Ja w to po prostu nie wierzę — prychnęła dziewczyna i odtrąciwszy go ramieniem, podbiegła do drzwi Skrzydła i szarpnęła za klamkę. Bezskutecznie. — Co za bzdura! — załkała bezradnie, napierając na drzwi. — Co z nią? Co jej zrobiłeś?
— Nic jej nie zrobiłem — warknął Black i złapał się za skronie, czując, że lada chwila pęknie mu głowa. Zapach jej krwi wciąż wypełniał mu nozdrza i doprowadzał niemal do szaleństwa. Potter minął go bez słowa i uspokajającym gestem złapał Evans za ramiona. — To Snape! Widziałem Snape’a…
— Jesteś obrzydliwy. — W zielonym spojrzeniu Lily widać było najwyższą pogardę. — Nawet w takiej sytuacji się nim zasłaniasz?
W tym momencie proste sosnowe drzwi prowadzące do Skrzydła Szpitalnego uchyliły się. Panna Pomfrey przystanęła w nich, zasłaniając wąski przesmyk i popatrzyła na nich surowo. Początkowo przygarbili się pod wpływem tego stanowczego spojrzenia, jednak już po chwili cała trójka otoczyła ją, zadając serie naglących pytań. Kobieta uciszyła ich gestem dłoni.
— Zróbcie z siebie jakiś pożytek i sprowadźcie dyrektora. — Szeroko otwarte oczy Lily jak we śnie zarejestrowały ciemne sprężynki włosów, które wymknęły się pielęgniarce spod schludnego czepka, a także pionową zmarszczkę między brwiami, która pojawiała się zawsze, kiedy czarownica patrzyła na Remusa Lupina. — Potrzebujemy transportu do świętego Munga.

* * * * *

To wszystko wydarzyło się zaledwie wczoraj, a zdawało się, jakby od feralnego dnia minęły całe tygodnie, jeśli nie miesiące. Szczegóły z wolna zatapiały się w jego pamięci, a on wcale nie był pewien czy chce je zatrzymać. Domyślał się, że widok jej krwi na jego dłoniach nie opuści go aż do końca jego dni, ale czy rzeczywiście chciał rozpamiętywać wszystko pozostałe? Wtedy odzywał się jednak rozsądek, podpowiadając z cicha, że każdy szczegół może ją teraz uratować. Wprawdzie wczoraj opowiedział wszystko dyrektorowi, ale może umknął mu jakiś drobiazg, jakaś mała rzecz, która mogła ich naprowadzić na właściwy trop…
Tymczasem w Hogwarcie nastał nowy poranek. Pierwszy po zakończeniu obchodów Tysiąclecia, ale wciąż wolny dzień, sobota, na którą zwykle oczekiwał z utęsknieniem. Wszystko wydawało się niewiarygodnie nienaturalne. Przyjrzał się srebrnemu widelcowi, który leżał obok jego talerza. Czy zawsze były takie błyszczące? Czy zawsze miały po cztery zęby i wąską, ozdobioną herbem Hogwartu rękojeść? Nie był pewien. Niczego już nie był pewien, zupełnie jak w surrealistycznym śnie.
Jego przyjaciele siedzieli nieopodal z ponurymi minami. Nie było jedynie Petera, który wrócił nad ranem i nakrył głowę poduszką, oświadczając stanowczo, że nie chce z nikim rozmawiać. Syriusz chciał zmusić go do zeznania wszystkiego, co widział, ale Remus stanowczo zaprotestował. Nie rozumiał, że Glizdogon mógł być kluczem do ocalenia Moon, w końcu widział, kto i jakie rzucił zaklęcie... Pettigrew milczał jednak jak zaklęty, nie przyszedł nawet na śniadanie. Black nie zamierzał tak tego zostawić, za zgodą Remusa czy bez niej.
Evans co jakiś czas rzucała mu pełne pogrady spojrzenia, ale nie dbał o to. Nie obchodziło go jej zdanie, więc nie miał zamiaru ponownie się jej tłumaczyć, ale dręczyło go uczucie, że idealna pani prefekt miała tym razem rację. To on był winien. Gdyby nie porzucił Moon, nic złego by się nie stało. Tańczyliby razem na balu, rozmawiając i żartując, a Moon nie uległaby wypadkowi, który mógł okazać się śmiertelny. Nie miałaby przed nim sekretów, nie spotykała się potajemnie ze Ślizgonami…
Na myśl o mieszkańcach domu Salazara Slytherina, jego wzrok powędrował do zajmowanego przez nich stołu. Obojętna twarz Snape’a wywołała w nim nową falę złości, ale to wymowna nieobecność Regulusa sprawiła, że jego dłonie zaczęły drżeć od z trudem skrywanego gniewu.
Jego ponure rozmyślania przerwała cisza, która gwałtownie rozlała się po sali, wytwarzając wyraźnie wyczuwalną pełną napięcia atmosferę. Syriusz rozejrzał się z roztargnieniem. Dyrektor powstał ze swego miejsca przy stole prezydialnym i nie musiał nawet stukać w stojący przed nim złoty kielich, aby uciszyć uczniowskie rozmowy. Zazwyczaj dobrotliwie uśmiechnięta twarz starca sprawiała teraz poważne, surowe wrażenie i nikt nie odważył się mu przeszkodzić.
— Moi drodzy. Wczorajszego wieczora na terenie szkoły użyto Czarnej Magii. — Black rozejrzał się ze złością, gdy zewsząd wybuchły podniecone szepty uczniów. Niezależnie od domu, Hogwartczycy pochylali się ku sobie i zezując w stronę profesorów, wymieniali pełne podekscytowania uwagi. Serce biło mu mocno, kiedy wpatrywał się w twarz dyrektora, na której nie drgnął nawet jeden mięsień. Po chwili mężczyzna podjął wypowiedź, nie podnosząc jednak głosu nawet o ton, przez co uczniowie mimowolnie stłumili szepty i uważnie nastawili uszy. — Jak wiecie, ten rodzaj magii jest stanowczo potępiany w Hogwarcie. Jeśli któreś z was ma na ten temat jakiekolwiek informacje, proszę natychmiast zgłosić to opiekunowi domu.
Syriusz zgarbił się mimowolnie, czując się niemal winnym, że nie jest w stanie udzielić więcej wyjaśnień. Zmusił się do wrócenia myślami do poprzedniego wieczora, ganiąc się jednocześnie za egoizm, który kierował nim zaledwie chwilę temu. Musiał przypomnieć sobie wszystko. Musiał ją ratować. Wiedział, że gdzieś tam, pomiędzy jego chaotycznymi myślami zatopione były jakieś szczegóły, które mogą jej pomóc. Przeczesał włosy palcami, ze wszystkich sił wytężając mózg, kiedy tuż pod pochmurnym sklepieniem rozległ się ostry świst. Syriusz gwałtownie poderwał głowę i rozchylił usta, nie wierząc własnym oczom.
Irytek poltergeist szybował nonszalancko przez Wielką Salę, ściskając pod pachą torbę wypchaną do granic możliwości. Wyszczerzył zęby w imponującym uśmiechu, z przesadną kurtuazją ukłonił się oniemiałym zgromadzonym i wrzasnął:
— Niespodzianka!
W ślad za jego nieprzyjemnym, skrzeczącym głosem pofrunęły napełnione wodą kolorowe baloniki. Black w ostatniej chwili osłonił się ramieniem, podczas gdy jeden z nich trafił w sam środek misy waniliowego budyniu.
Irytek hasał po sali, miotając balonikami w całkowicie przypadkowy i pozbawiony logiki sposób, od czasu do czasu dorzucając jakieś obraźliwe uwagi, wzbudzając ogólny chaos wśród uczniów i profesorów, którzy w panice umykali przed pociskami. Jedynie czterej Gryfoni nie wstali ze swoich miejsc przy stole, nie będąc w stanie oderwać pełnych zachwytu spojrzeń od ucieleśnienia ich hogwarckiej nieśmiertelności.

* * * * *

Kiedy tylko Lily otrząsnęła się z pierwszego szoku wywołanego nietypową dla Hogwartu obecnością poltergeista, z nową energią przystąpiła do realizacji planu, który obmyśliła podczas ostatniej, bezsennej nocy.
Wczorajszy wypadek przeraził ją nie na żarty, ale niewiele było rzeczy, które były w stanie na dłużej wyprowadzić ją z równowagi. Straciła już jedną przyjaciółkę i tym razem zamierzała od razu przystąpić do działania, użyć wszystkich swoich wpływów, aby nie stracić drugiej.
Wciąż niezupełnie wiedziała, co właściwie stało się z Dominiką. Owszem, Black bredził coś w amoku, kiedy stali pod Skrzydłem Szpitalnym, ale jego wersja wydarzeń nie była dla niej warta funta chorbotków. Była przekonana, że cokolwiek się stało, to była jego wina – to, co zrobił na balu świadczyło samo za siebie.
Kiedy nauczyciele zaczęli podnosić się od stołu prezydialnego, mniej lub bardziej poszkodowani przez napaść poltergeista, Lily szybkim krokiem podeszła do profesor McGonagall, która właśnie skończyła usuwać resztki omleta ze swojej tiary.
— Pani profesor… — Odruchowo wyprostowała się i splotła ręce za plecami. — Chciałabym prosić o pozwolenie na odwiedzenie Dominiki Moon w szpitalu.
Czarownica spojrzała na nią uważnie znad wąskich szkieł okularów w prostej, drucianej oprawce.
— Odmawiam — powiedziała sucho po chwili, odwracając od niej wzrok i pieczołowicie umieszczając tiarę na swoich gładko upiętych włosach.
— Ale… — Lily szeroko otworzyła oczy, patrząc na opiekunkę z niedowierzaniem. Spodziewała się, że to będzie ta najłatwiejsza część. — Ale dlaczego, pani profesor? Zawiozłabym jej najpotrzebniejsze rzeczy, przecież ona nie ma nic ze sobą i jest tam całkiem… Całkiem sama.
Zacisnęła usta, tłumiąc szloch, który niespodziewanie ścisnął ją za gardło. Wszystko było takie niesprawiedliwe. Patricia nigdy nie powinna zginąć, Dominika nigdy nie powinna zostać zaatakowana i potajemnie zabrana w środku nocy, a profesor McGonagall nie powinna jej odmawiać czegoś takiego…
Kiedy nauczycielka ponownie podniosła na nią wzrok, Lily mimo wszystko odniosła wrażenie, że tym razem jej spojrzenie było nieco cieplejsze.
— Przykro mi, ale w tej chwili jest to niemożliwe, panno Evans. Ta sytuacja jest wyjątkowo zagmatwana i to, co dzieje się teraz z panną Moon, jest całkowicie ode mnie niezależne. Poinformuję panią, kiedy środki bezpieczeństwa umożliwią jakiekolwiek wizyty.
— Środki bezpieczeństwa? — Lily poczuła się nagle, jakby razem ze słowami z jej płuc uciekło całe powietrze. — Co to znaczy?
— To znaczy, panno Evans, że pani przyjaciółka ma zapewnioną odpowiednią opiekę. — Ton, którym profesor McGonagall wymówiła te słowa, sugerował stanowczo koniec rozmowy. Wstała od stołu i strzepnęła lekko swą ciemną szatę. — A teraz wybaczy pani.
Rudowłosa Gryfonka nie ruszyła się z miejsca, patrząc z niedowierzaniem na plecy oddalającej się czarownicy. Zagmatwana sytuacja? Środki bezpieczeństwa? Kiedy dyrektor wspomniał o użyciu Czarnej Magii, opadł na nią ciężar przeczucia, że tuż pod jej nosem dzieje się coś bardzo złego, ale teraz… Teraz przeczucie zamieniło się w pewność.

* * * * *

Peter Pettigrew, w przeciwieństwie do pozostałych Huncwotów, z ulgą powitał niewielki zwitek pergaminu, przewiązany znajomą wstążką w kolorze purpury. Nigdy wcześniej nie sądził, że taka myśl przyjdzie mu do głowy, ale cieszył się ze szlabanu u Minerwy McGonagall.
Wprawdzie była to kara, ale wciąż wydawała mu się bardziej atrakcyjna niż spędzanie popołudnia na jałowych wyjaśnieniach. Owszem, widział na własne oczy, że Ślizgoni knują coś złego, że Moon brała w tym udział i że próbowała go uratować, ale nie mógł powiedzieć niczego więcej. Wszystko działo się niewiarygodnie szybko, a oślepiająco jasne promienie zaklęć tak błyskały w nocnym powietrzu, że nie potrafił powiedzieć, czyje zaklęcie w nią trafiło i co stało się z tym Puchonem. Wiedział jedynie, że jego samego uratowała transmutacja w szczura, pozwoliła mu bowiem niezauważonym zbiec do zamku.
Oni pewnie by tego nie pochwalili. Zapewne siedzieliby z mądrymi minami i opowiadaliby, jak to oni, utalentowani i odważni, stanęliby oko w oku z bandą niebezpiecznych Ślizgonów i ze wszystkiego wyszli obronną ręką.
Czuł, że brak mu sił, by się z tym zmierzyć. Dzisiaj, jutro i najprawdopodobniej też do końca życia. Doskonale zdawał sobie sprawę, że Huncwoci tak tego nie zostawią, ale oto los niespodziewanie podarował mu pierwszą okazję do wykrętu. A w czym jak w czym, ale w unikaniu kłopotów Peter Pettigrew był naprawdę dobry.

* * * * *

Łypnął ponuro na proste drzwi gabinetu Mistrza Eliskirów. Resztką woli zlekceważył chłodny dreszcz, który mimowolnie przebiegł mu wzdłuż kręgosłupa, jakby nagie mury lochów wyssały z niego ostatnią iskierkę życia. Nerwowo oblizał wargi, po czym nacisnął klamkę.
Heckmann rzucił mu nieprzyjemne spojrzenie spod uniesionych brwi.
— Zasady dobrego wychowania nakazywałyby pukanie, panie Black.
Chłopak nie odpowiedział, skupiwszy uprzednio wzrok na pozbawionej jakichkolwiek ozdób kamiennej posadzce. Nie mógł dać się sprowokować. Nie dziś.
— No nic. — Czarodziej westchnął z teatralnie wyolbrzymionym rozczarowaniem i krótkim ruchem różdżki sprawił, że stos pergaminów wyleciał z jednej szuflad biurka i grzecznie spoczął na blacie. — Najwyraźniej dobra krew to nie wszystko, czyż nie?
Nie doczekawszy się żadnej reakcji, poza ukradkowo zaciśniętymi pięściami w kieszeniach szaty Gryfona, Heckmann lekceważąco skinął dłonią w kierunku pękatej beczki stojącej między kredensem a obładowaną książkami półką.
— Będzie pan patroszył rogate żaby. Tylko dokładnie, jeśli łaska, w przeciwnym razie poproszę pana o to jeszcze raz. Odrobina żabiej wątroby w nieodpowiednim eliksirze i wszyscy wylądujemy na Księżycu.
W normalnych warunkach Black może i zaśmiałby się, słysząc te słowa, ale tym razem nie mógł wykrzesać z siebie nic poza ponurym skinięciem głową. Ociężałym krokiem, zupełnie jak gdyby każda z jego nóg ważyła cetnara, podszedł do beczki i z obrzydzeniem zajrzał do środka.
Heckmann teoretycznie powinien być zajęty sprawdzaniem prac domowych, ale Syriusz czuł na sobie jego kpiący, pełen satysfakcji wzrok. Przywołując na ratunek resztki cierpliwości i opanowania sięgnął po leżący nieopodal kozik i przysunął bliżej wielką, cynową misę.
Kiedy wziął do ręki pierwszą żabę, poczuł jak ogarnia go fala mdłości. Znowu to samo. Świeże, usilnie tłumione wspomnienia wróciły do niego potężną falą, aż nóż zadrgał konwulsyjnie w jego dłoni. Łapczywie chwytał ustami powietrze, mrugając powiekami. Krew na jego rękach. Zupełnie jak we śnie, z którego nie może się obudzić.
Lepka, w kolorze purpury, o metalicznym, oszałamiającym zapachu.
Słodko-cierpka krew.
Jej krew.

* * * * *

James przemierzał wąskie alejki biblioteki leniwym krokiem, od czasu do czasu machnąwszy tu i ówdzie miotełką ze strusich piór. Najwyraźniej sześcioletnie doświadczenie współegzystencji z Huncwotami nauczyło Minerwę McGonagall, iż najskuteczniejsze szlabany to szlabany w odosobnieniu. Właściwie jednak nie mógł narzekać – praca w bibliotece nie była tak obrzydliwa ani nużąca jak inne kary. Żałował, oczywiście, że nie ma przy jego boku Łapy, z którym mógłby podzielić swoimi wątpliwościami. W jego kieszeni spoczywało wprawdzie dwukierunkowe lusterko, ale powiązane z nim świeże skojarzenia oraz ostatnie wydarzenia sprawiały, że jakaś jego wstydliwa i ukryta część cieszyła się, że tym razem jest sam.
Kaszlnął kilka razy, kiedy strzepnął wyjątkowo solidną kupkę kurzu w dziale mugoloznawstwa. Niemal odruchowo pomyślał, ile podobnego paskudztwa znajdować się musiało w Dziale Ksiąg Zakazanych, z braku zaufania do uczniów sprzątanego raz na jakieś milion lat, ale zaraz potem uśmiechnął się półgębkiem do siebie – Huncwoci przecież nie potrzebowali żadnego pretekstu, aby odwiedzić ów dział. Profesor McGonagall mogła mieć w tej kwestii jakieś podejrzenia, ale prawda była taka, że nigdy nie złapała ich na gorącym uczynku, ani też dobrowolnie nie pozwoliła przestąpić mistycznej barierki, nawet kiedy Remus brał udział w międzyszkolnej olimpiadzie z zaklęć.
Minął kolejny regał i znalazł się na progu obszaru zajmowanego przez książki dotyczące obrony przed ciemnymi mocami, sąsiadującego bezpośrednio z Działem Ksiąg Zakazanych, który zaprzątał jego myśli. Jednak to nie na pozór skromna barierka, na którą składały się cztery złocone słupki oraz dwa grube powrozy, przyspieszyła bicie jego serca. Sprawił to widok boleśnie znajomej fali rudych włosów, w które wpleciona była drobna, jakby porcelanowa dłoń.
Potter zawahał się, nerwowo ściskając miotełkę w dłoni. Przestąpił z nogi na nogę i cofnął się o pół kroku, aby upewnić się, że dziewczyna go nie zobaczyła. Lily Evans była jednak tak zaaferowana stosem ksiąg, który spoczywał przed nią na stoliku, że nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi.
Sam nie wiedział, czy fakt ten wzbudzał w nim ulgę, czy raczej rozczarowanie…
W końcu podjął decyzję.
Dobra, Rogaczu — przekonywał się w myślach, zagryzając przy tym wargi zupełnie jak w momencie, kiedy już, już chwytał palcami znicza. — Skup się. Nie panikuj i nie wariuj. Tylko spokojnie. Parę głębokich oddechów i…
— Cześć, Lily.
Wysiłek, jaki kosztowały go te dwa słowa, zdziwił nawet jego. Nawiedziło go zupełnie nieznane dotychczas uczucie, jakby właśnie zwyciężył, ale jednocześnie cała gra była wciąż przed nim.
Gryfonka podniosła na niego swe promieniście zielone oczy i ukradkowo zakryła dłonią tekst księgi, którą właśnie przeglądała. Znowu to jednocześnie miłe i niemiłe odczucie. Ruda wyglądała właśnie, jakby przyłapano ją na gorącym uczynku i zarumieniła się wyraźnie, co sprawiło mu niewiarygodną satysfakcję, ale jednocześnie próbowała coś przed nim ukryć.
James rozejrzał się ukradkiem i, nie dostrzegając potencjalnych szpiegów, zapytał z nieudawaną troską:
— Czy to coś na jej temat?
Evans odetchnęła z wyraźną ulgą i wygodniej rozparła się na krześle, cofając rękę. Okularnik dzielnie zwalczył falę wzruszenia, która schwyciła go za gardło. Próbował wykrztusić coś błyskotliwego, ale dziewczyna przywołała go gestem, co też skwapliwie uczynił.
— McGonagall powiedziała, że są jakieś środki bezpieczeństwa, które muszą zostać zapewnione, zanim można będzie ją odwiedzić. — James koncentrował się na każdym wyszeptanym przez nią słowie, resztką sił ignorując cudowny zapach jej perfum. — Próbuję znaleźć cokolwiek, żeby pomóc. No wiesz, Imnifay powiedział, że większość zaklęć nie jest w stanie jej zaszkodzić, a tu coś takiego…
— Pomogę ci — powiedział stanowczo, przysiadając na brzegu krzesła. Złożył miotełkę na kolanach, nie zważając na falę kar, które mogły go spotkać, ani na zbliżający się sezon Quidditcha. — Może ci w Świętym Mungu nie wiedzą o… o tym wszystkim? Zajmę się tym. — Schwycił pierwszą opasłą księgę z wierzchu nie mniej obfitych objętościowo woluminów.
Wpatrując się w zawiły, łaciński tytuł, nie zauważył załzawionego, znacznie bardziej intensywnego niż zwykle spojrzenia Lily. — Masz rację, kto to zrobi, jeśli nie my?
— Hej, Potter!
Gryfon odruchowo obejrzał się na grupkę Ślizgonów, którzy zajmowali mały stolik wciśnięty między dwa regały i okno. Nie zdążył jednak poświęcić ani chwili zastanowienia temu nadzwyczaj nietypowemu zjawisku, bo jeden z nich, Mulciber, kontynuował z szerokim uśmiechem, rozparłszy się wygodnie na krześle.
— Widzę, że znalazłeś wreszcie miotłę, którą potrafisz się posługiwać! Ale gdzie podział się twój fartuszek?
Złość schwyciła go za gardło i niemal bez udziału jego woli pokierowała prawą dłoń w kierunku wewnętrznej kieszeni szaty, w której ukrył przed panną Pince swoją prawdziwą różdżkę. W najgorszych koszmarach nie spodziewałby się, że taki tępy chłystek jak Mulciber ośmieszy go przed Evans i bardzo chciałby sprawiać wrażenie, że nic go to nie obeszło, ale nagle mała, pierzasta miotełka niemal zaczęła go parzyć w dłonie, więc ukradkiem wsunął ją głębiej pod blat stolika, czerwieniąc się idiotycznie, zupełnie jak żabert w obliczu śmiertelnego zagrożenia. W momencie, kiedy dokonywał tego manewru, w myślach robiąc solidny przegląd wszystkich znanych mu klątw, jego spojrzenie napotkało zielone oczy Lily. Zarumienił się jeszcze bardziej i odwrócił wzrok. Końcówki palców zbielały mu od ściskania różdżki, kiedy ponownie spojrzał na głupkowato uśmiechniętego Ślizgona.
— Hej, Mulciber!
Dreszcz przebiegł mu wzdłuż kręgosłupa, kiedy usłyszał za plecami głos Evansówny. Zamarł wpół gestu, nie mając odwagi obejrzeć się na nią, jakby w obawie, że dziewczyna okaże się zwykłym snem i równie zwyczajnie rozpłynie się w powietrzu, gdy tylko na nią spojrzy.
— Wciąż boli cię przegrana w ostatnim meczu? Człowieku, to był listopad, wypadałoby się otrząsnąć! Następnym razem radzę ci grać zamiast młócić bez sensu łapami, może wtedy się uda.
James gwałtownie zapragnął się rozdwoić, tak, aby móc jednocześnie patrzeć z zachwytem na rudowłosą panią prefekt, która uśmiechała się z jadowitą słodyczą, i rejestrować w pamięci miny Ślizgonów, na które składała się ich naturalna tępota i wściekłość. Potter prawie westchnął z rozkoszą, widząc jak na obmierzłych policzkach Mulcibera wykwita niezdrowy rumieniec.
Między regałami pojawiła się wychudła sylwetka bibliotekarki.
— Słyszałam głosy — oznajmiła ostrzegawczym tonem, mierząc ich kolejno swoim najgroźniejszym spojrzeniem znad haczykowatego nosa. Ślizgon już otworzył usta, ale Lily znowu go ubiegła.
— Zakłócali ciszę biblioteki, więc próbowałam ich uspokoić, proszę pani. Niech pani tylko spojrzy, co oni wyrabiają z tą biedną książką…
Pełne furii spojrzenie panny Pince błyskawicznie zogniskowało się na obiekcie wskazywanym przez palec Lily, którym okazał się Avery, ściskający w dłoniach coś, co nieprzyjemnie przypominało samolocik wykonany z jednej ze stronnic spoczywającej przed nim książki.
— Zmywajmy się stąd — mruknęła do niego Evans i szybkim ruchem zgarnęła opasłe księgi z blatu swojego stolika. Rzuciła mu przy tym najwspanialszy, najbardziej huncwocki uśmiech, jaki kiedykolwiek widział. Cóż mógł począć?
Wziął pozostałe książki i posłusznie powędrował jej śladem, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie mu się przytrafiło.

* * * * *

Nienawidził cieplarni.
Co prawda, uczucie to było dość zaskakujące. Przez okres poprzedzający pójście do Hogwartu i kilka pierwszych tygodni szkoły cieplarnia wzbudzała w nim zupełnie inne emocje, takie jak ciekawość, pasja i przede wszystkim nadzieja. W pierwszej klasie rzeczywiście wyobrażał sobie, że lada dzień wynajdzie jakiś genialny eliksir, który wyleczy go z likantropii.
Dziś Remus Lupin miał już siedemnaście lat, a jego marzenie pozostawało poza jego zasięgiem zupełnie tak samo, jak wtedy, kiedy był jeszcze pełen nadziei i zapału, zaledwie sześć lat temu. Nie zmieniło się nic. Może tylko to, że ówczesne pytania zamieniły się na teraźniejsze, niezbyt przyjemne odpowiedzi.
Ostrożnie ujął sadzonkę kłaposkrzeczki w swe okryte smoczymi rękawicami dłonie i przełożył ją do większej doniczki. Otrząsnął się lekko i sięgnął po torbę z nawozem.
Dziś cieplarnia była dla niego dusznym, nieprzyjemnym, pełnym rozczarowań miejscem. Wąskie i ostre promyczki słońca wystrzeliwały tu i ówdzie, nieznośnie nagrzewając powietrze wewnątrz długiego pawilonu okrytego półprzezroczystymi, matowymi szybami.
— Eee… Remus?
Mięśnie w jego ciele zesztywniały tak nagle, że aż zabolało. Mocniej ścisnął kłaposkrzeczkę, która zgodnie z nazwą wrzasnęła przenikliwie i ukąsiła go w wąski pasek skóry między rękawicą i rękawem szaty. Remus syknął, ale była to reakcja niemal bezwarunkowa, bo prawie wszystkie jego chaotyczne myśli koncentrowały się wokół tego, czy najpierw usłyszał jej głos, czy może chwilę wcześniej poczuł rozkoszny aromat cytrusów, który ciągnął się za nią jak drugi cień?
Szarpnął rękę do tyłu i kątem oka zerknął za siebie, nie odważył się jednak na pełen obrót. Mimo to, zupełnie jakby jego stopy niepostrzeżenie wrosły w glebę, która zestępowała posadzkę w cieplarni, czuł każdy jej krok, każde niepewne stąpnięcie za jego plecami.
— Szlaban? — zapytała, a on nie mógł się powstrzymać i cofnął się nieznacznie, tak, aby objąć ją wzrokiem. Była dokładnie taka, jak ją zapamiętał. Śniada, zdrowa cera, krągłe, lekko pulchne kształty i ciemne włosy sięgające pasa. Jakby widzieli się zaledwie wczoraj, a jednak tym razem było w niej coś odpychającego, coś, co zmieniło uśmiech na jego twarzy w nieprzyjemny grymas, który ukradkiem ukrył za kołnierzem szaty.
— Jak widać — odparł, niczym akrobata balansując na linii chłodu i obojętności, niezupełnie wiedząc, na którą stronę powinien przejść. Jej zapach paraliżował jego zmysły, ale nie ogłuszał umysłu, który krzyczał do niego, że Lisa ośmieszyła go i zostawiła. Nawet nie próbowała, po prostu – porzuciła go, ze strachu.
Zgarbił się nad doniczką i nasypał do niej porządną porcję nawozu. Przesadnie skupiając się na odpowiednim ułożeniu drobnych korzonków, ostrożnie manewrował palcami, modląc się w duchu, aby Krukonka zostawiła go w spokoju.
Lisa nie ruszyła się jednak z miejsca, przyglądając się uważnie jego poczynaniom. Remus coraz gwałtowniej zastanawiał się, skąd w niej tyle sadyzmu po tym wszystkim, dlaczego sterczy nad nim, świadomie go torturując, kiedy decyzja o rozstaniu była wyłącznie jej decyzją, gdy dziewczyna odezwała się niewyraźnie zza jego pleców:
— Przyjaźnisz się z Dominiką Moon, prawda?
Jego boleśnie wyostrzone zmysły natychmiast wychwyciły ponury ton jej głosu oraz nieznaną mu wcześniej, ostrożną nutę. Zmusił się, by spojrzeć w jej czekoladowe oczy i odrzucając wszelkie złośliwości, które bombardowały jego myśli, odparł, nieco zbyt ofensywnie:
— Tak, i co?
Elisabetta stała przed nim, z lekko pochyloną głową i pochmurnym spojrzeniem swych ciemnych oczu. Na ten widok jego serce zmiękło w ciągu sekundy, ale pozostała swego rodzaju niepewność. Czy jej pytanie mogło mieć jakiś związek z atakiem na Moon? Czy Lisa coś wiedziała? Usilnie skoncentrował się na tych pytaniach, zmuszając się do ignorowania jej spojrzenia oraz sposobu, w jaki wiosenne, przytłumione światło ślizgało się po jej ciemnych lokach.
— To zła osoba — powiedziała powoli Lisa, uważnie dobierając słowa. Gdyby sytuacja nie wydawała mu się tak poważna, pochwaliłby jej akcent. Kto ją teraz uczył? Całe szczęście, potrafił ugryźć się z język zanim to głupie pytanie opuściło usta, i teraz stał nad nią, wciąż dumnie, choć niezbyt pewnie.
— Co masz na myśli? — zapytał szybko, marszcząc brwi. Mimo ciepłych promieni słońca, które niewzruszenie przebijały się przez mleczne ściany cieplarni, dziwny chłód przesunął mu się wzdłuż kręgosłupa, aż umiejscowił się wokół gardła, niby wąż niewinnie układając się wzdłuż obojczyków i karku.
Dziewczyna zawahała się wyraźnie. Gdzieś z oddali dobiegł go dźwięk tłuczonej gliny i inkantacja profesor Sprout.
— Ona jest zła — wyrzuciła z siebie na wydechu i mocno schwyciła go za rękę, patrząc mu usilnie w oczy, zupełnie jakby tym spojrzeniem zamierzała powiedzieć mu coś więcej. Po chwili, jak gdyby ten dotyk sprawił jej ból, gwałtownie cofnęła się u wybiegła bocznymi drzwiami.
Remus jeszcze przez chwilę stał ogłupiały nad donicą kłaposkrzeczek. Roślinka wierciła się i zawodziła żałośnie, ale nawet ona nie była w stanie przebić się przez jego zagmatwane i niezbyt przyjemne myśli.

* * * * *

Głośno wypuścił powietrze przez nos, odkładając kolejną księgę na blat stolika. Twarda okładka uderzyła głucho o drewno, a w powietrze uniosły się drobne wężyki kurzu, doskonale widoczne na tle trzaskającego w kominku ognia.
Pochylając się po kolejny wolumin, zerknął ukradkiem w jej stronę. Siedziała w fotelu, lekko przygarbiona nad książką i niewyobrażalnie piękna. Nie pierwszy raz poczuł jak coś kłuje go mściwie prosto w serce, gdy zachłannie przyglądał się, jak rude kosmyki wysuwają się jej zza śmiesznie małych uszu, a kciuk raz po raz uderza niecierpliwie o wąskie usta, gdy w skupieniu marszczy brwi nad kolejnym wyzwaniem. Tyle że tym razem nie była to zwykła praca domowa, a prawdziwe, zaskakująco prawdziwe życie.
Rozparł się wygodniej kanapie, a szelest wyświechtanego materiału zagłuszył jego westchnienie. Mało kto wiedział, że ten rozrywkowy, wiecznie roześmiany James Potter całkiem sporo wiedział o tym „prawdziwym życiu”. Teoretycznie wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że jego rodzice są znanymi czarodziejami, ale najczęściej wywoływało to wniosek, że zwyczajnie, James Potter jest bogaty, zawsze ma wszystko, czego zapragnie. Nikomu, prócz jego przyjaciół, jakoś nie przyszło do głowy, co dzieje się z tym rozpieszczonym przez mamusię i tatusia Potterem, gdy codziennie rano odbiera od sowy egzemplarz Proroka Codziennego. Gdy błyskawicznie przebiega wzrokiem pierwszą stronę, a dopiero potem pozwala sobie na głębszy oddech. W obliczu rosnącego zagrożenia, które mierzalne było przy pomocy kolejnych zaginięć relacjonowanych w Proroku.
Był prawie pewien, że Lily będzie to wszystko wiedziała, i że zrozumie. Wprawdzie od balu nie mieli okazji porozmawiać tak naprawdę, ale miał nadzieję, że z czasem to się uda.
Tymczasem musieli zająć się czymś bardziej naglącym. Mógł się jedynie domyślać, co czuła Lily po stracie jednej przyjaciółki, a teraz w obliczu zagrożenia drugiej, ale wiedział, że gdyby chodziło o Huncwotów, on sam zrobiłby wszystko, co w jego mocy, aby im pomóc. Przeglądał więc niekończące się księgi w poszukiwaniu jakiejkolwiek wzmianki, która mogłaby pomóc Moon. W głębi duszy przeczuwał, że nie znajdą tu żadnej odpowiedzi, ale nie zamierzał odbierać jej nadziei. Czasem nadzieja to ostatnie i najważniejsze, co pozostaje.
Automatycznie odwrócił głowę w kierunku dziury pod portretem, gdy usłyszał znajomy trzask. Po chwili do Pokoju Wspólnego wkroczył Łapa.
James na pierwszy rzut oka wiedział, że nie jest dobrze. Syriusz nigdy nie był zbyt wylewny, ale też nie miał talentu do ukrywania emocji, więc po kilku latach znajomości nietrudno było go rozgryźć. Chłopak wszedł do środka, krótkim ruchem strząsnął resztki deszczu z grzywy kruczoczarnych włosów i potoczył wokół ponurym wzrokiem. Gdy ich spojrzenia skrzyżowały się, Potter zrobił do niego minę, a Syriusz bez słowa ruszył w jego kierunku. Ku zdumieniu okularnika, Lily podniosła głowę znad książki i wpatrzyła się uważnie w nadchodzącego Huncwota. Po chwili, gdy owionął ich charakterystyczny zapach papierosowego dymu, Evans zmarszczyła nos i nagle jej soczyście zielone tęczówki sprawiały wrażenie znacznie chodniejszych niż zwykle.
— Naprawdę nie masz zamiaru zrobić nic pożytecznego? — warknęła, i nawet w jego uszach zabrzmiało to bardzo nieprzyjemnie.
— O co ci chodzi? — Syriusz bez większego wysiłku odwzajemnił twarde spojrzenie. — Znowu wpychasz nos w nie swoje sprawy?
Evans z hukiem zatrzasnęła księgę, która spoczywała na jej kolanach. Potter przygryzł wargę, patrząc to na jedno, to na drugie. Na twarzy dziewczyny widać było czystą nienawiść.
— Nie zamierzasz kiwnąć palcem, żeby jej pomóc, no nie? — Oparła się na podłokietniku fotela, choć James nieświadomie, zupełnie jak we śnie, zauważył nagle, jak zesztywniały jej mięśnie. — Najpierw doprowadzasz do tego wszystkiego, a teraz nic, zupełnie nic…
— Co ty wygadujesz? — Zanim Black skończył wymawiać ostatnie słowo, James wiedział już, że nie ma odwrotu. Mimo to, zdobył się na bohaterską próbę.
— Słuchajcie… — zaczął ostrożnie, odchrząknąwszy. — To naprawdę nie jest odpowiedni moment, żeby…
— Teraz nie wiesz, o co mi chodzi? — Oboje kompletnie zignorowali jego wysiłek. — A mimo to przez całe tygodnie pogrążałeś ją coraz bardziej?
— Rzeczywiście. — Łapa gwałtownie pobladł na twarzy, co w drgającym świetle kominka sprawiało szczególnie niepokojące wrażenie. — Rzeczywiście, zostawiłem ją samą, pod twoją wątpliwą opieką. A pomyślałaś kiedyś, dlaczego?
Lily milczała, groźnie patrząc na niego spod oka.
— Ano dlatego, że szlachetny i starożytny ród Blacków nie pozostawiłby po niej nawet skrawka spalonej ziemi. — Syriusz odwrócił się na pięcie i pomaszerował w kierunku dormitoriów. Wlepiały się w niego dziesiątki spojrzeń, w tym jego własne. James nie mógł uwierzyć własnym uszom. Oczywiście, od pewnego czasu wiedział o wszystkim, ale nigdy nie spodziewałby się, że Łapa powie to wszystko w obliczu przysłuchujących się im Gryfonów.
— Wielka mi szlachetność! — krzyknęła za nim Lily. — Zostawiłeś ją dla kaprysu!
Chłopak zniknął już jednak na schodach. W Pokoju Wspólnym zapadła ciężka cisza. Trudno było udawać, że każdy był zajęty własnymi sprawami, ale mimo wszystko nikt nie odważył się zabrać głosu.
— Wspaniale — powiedziała Lily, z hukiem odkładając książkę na blat. James zerknął w jej stronę i ku swojemu zdumieniu zauważył, że dziewczyna patrzy na niego wyczekująco.
Spuścił nisko głowę i odchrząknął, nagle pochłonięty układaniem leżących na stoliku ksiąg w idealny stos. Nie był w stanie poprzeć żadnej ze stron  niby jak miałby wybierać pomiędzy swoim najlepszym przyjacielem a ukochaną, kiedy oboje mieli rację i mylili się jednocześnie? Zagryzał wargi do krwi, nie odezwał się jednak ani słowem, dopóki nie upewnił się, sądząc po stukaniu jej obcasów i trzasku drzwi, że Lily znalazła się w dziewczęcym dormitorium.
— Świetnie — mruknął do siebie, opierając skrzyżowane ramiona na stosie woluminów i ponuro patrząc w płomienie, które tańczyły w prostym, kamiennym kominku. — A miało być tak pięknie…

* * * * *

Peter leniwym krokiem przemierzał wąskie alejki w Izbie Pamięci.
Nieustannie zastanawiał się, czy profesor McGonagall z rozmysłem wyznaczyła mu taki szlaban. Wiedział, oczywiście, że szlaban miał być słuszną karą za popełnione złe uczynki, ale żeby coś takiego?
James, Syriusz albo Remus z pewnością wzruszyliby jedynie ramionami, gdyby to w ich liściku pojawiła się podobna informacja. Polerowanie orderów? Czyszczenie pucharów? Pucowanie niekończących się odznaczeń? Co to dla sprytnego Huncwota. Można było spróbować lipnej różdżki, albo, w najgorszym wypadku, przecierpieć nudną, mechaniczną i niezbyt odrażającą robotę.
Dla Petera była to jednak istna tortura.
Chodził długimi, wąskimi alejkami. W rękach ściskał wysłużoną szmatę i mugolski spryskiwacz, nie pierwszy zresztą raz. Machinalnie przyglądał się nazwiskom wytłoczonym na brązowych, srebrnych i złoconych powierzchniach.
Jak zwykle jego uwagę przyciągnęła olbrzymia odznaka z przypiętą błekitną wstęgą dla Albusa Dumbledore’a, ale jego wzrok mimowolnie prześlizgiwał się po kolejnych nazwiskach.
Gemma Falrey, Robert Hilliard, Tom Riddle, Felix Brunt…
Niezbyt znane, przykryte kurzem napisy. Wzbudzały w nim zazdrość, trudno byłoby mu zaprzeczyć, bo ich nazwiska, wykute w cienkim metalu, zdawały się być wieczne, niezniszczalne i na zawsze obecne w murach Hogwartu. Tak bardzo pragnął tego dla siebie. Kilkunastu liter zagłębionych na wieki w kawałku metalu, czy to tak wiele?
Stopniowo przesuwał się do przodu, a nazwiska stawały się bardziej znajome. Spojrzenie jego niebieskich jak zachmurzone niebo oczu przesuwało się po nich niespokojnie, w oczekiwaniu na to ostatnie odznaczenie, które zdawało się wryć swym metalem w powierzchnię jego mózgu. Niezauważony przez nikogo, podziwiał kolejne figurki i wstążki, a szmata luźno kołysała się przy jego boku.
Szukał tej jednej, wyjątkowej.
W końcu jego wzrok spoczął na średniej wielkości, złotawej odznace, przyozdobionej herbem Hogwartu. Pettigrew przystanął, nic nie robiąc sobie z woźnego, który mógł go właśnie obserwować i wlepić mu kolejny szlaban za nieuwagę.
Znajome, tak wiele razy podziwiane, litery układające się w słowa „Za specjalne zasługi dla szkoły” wyjątkowo raziły go w oczy. Od niechcenia przecierał puchary tu i ówdzie, ale wciąż wpatrywał się w te niewielką, lekką zakrzywioną odznakę. Specjalne zasługi. Dla Hogwartu. Doskonale pamiętał jak to było, całkiem niedawno.
Zalała go dziwnie obca fala gniewu. Słowa wyryte na odznace wywoływały w nim przyjemne, ciepłe uczucia, ale sama ta dedykacja i Izba Pamięci sprawiały, że wszystko zanikało pod czerwonawą, półprzejrzystą mgiełką złości.
Mocno ścisnął wilgotną ścierkę i obejrzał się na plastkiwy kubeł, pełen zimnej wody. Kilka kropel ukradkiem pociekło na prostą, kamienną posadzkę.
Zasługi. Dla szkoły.
Peter odwrócił się gwałtownie i pochylił się nad wiadrem, z całej siły wyżymając skrawek materiału, którym miał pięknie wypolerować każdy cal metalu w sali. Mocno zacisnął zęby, ale kiedy ponownie stanął wyprostowany przed niewielką tabliczką z napisem „James Potter”, jego twarz była zupełnie spokojna i opanowana.

25 lipca 2017

Rozdział XXVI - część III


„Z miłości”
– rozdział XXVI 

Emocje buzowały w niej jak nigdy. Pozornie spokojnie zasiadła przy stole Gryffindoru i nałożyła sobie porcję jajecznicy z pomidorami, ale w jej głowie szalała prawdziwa burza.
Początkowo była przekonana, że jej przyjaciółka zwyczajnie dramatyzuje, ale wraz z napływem informacji przekonała się że chyba jest inaczej. Syriusz nie był głupi, z pewnością dodał dwa do dwóch. Dominika od tygodni była tak przepełniona złością i desperacją z powodu śmierci brata i Patricii, że Biała Magia zdawała się wyciekać z niej jak z pękniętego naczynia. Ostatnio nie potrafiła nawet rzucić zwykłego zaklęcia tarczy, a nagle nie dość, że pomogła Huncwotom w ich potwornym dowcipie, to jeszcze zużyła mnóstwo energii na oparzenie Blacka. Skąd ten nagły przypływ Mocy? Zarówno ona, jak i Dominika i Syriusz wiedzieli, jaka jest odpowiedź – miłość.
W przeciwieństwie do przyjaciółki, Lily powitała tę informację z zainteresowaniem. Wiedziała, że Moon ciągle kocha Blacka, natomiast mogła się jedynie domyślać, co takiego dzieje się z nim, choć było to trudne. Arystokrata ewidentnie kipiał od emocji, ale pilnował się, by z żadną z nich nie zdradzić się zbyt wyraźnie. W pewnym momencie chciała pocieszyć Dominikę, że fakt, iż ktoś taki jak on tyle czasu nie znalazł sobie nowej dziewczyny, musi coś znaczyć, ale powstrzymała się – nie chciała podsycać jej złudzeń, a że znała go od lat, wiedziała, że nigdy przesadnie nie interesował się dziewczynami – to raczej one interesowały się nim.
Jego wczorajsze zachowanie i zdemaskowanie się Moon mogły jednak sprawić, że nastąpi jakieś przerwanie impasu, oczywiście, jeśli ta panikara zdecyduje się opuścić dormitorium.
I kto wie?  myślała Evansówna, w zamyśleniu pogryzając tosta.  Może mimo wszystko przełamaliby lody na balu?
Jakby w odpowiedzi na swoje rozmyślania, nad krawędzią pucharka z sokiem dyniowym napotkała znajome spojrzenie czarnych tęczówek. Odwróciła wzrok, leniwie rozglądając się po sali, ale po chwili wiedziała już, że to nie był przypadek – Syriusz ewidentnie ściągał ją wzrokiem. Zaprawiona w bojach z Potterem, Evans nie przejęła się tym zbytnio i z najwyższym skupieniem zaczęła smarować tosta dżemem morelowym. Niestety Black okazał się być równie uparty jak Potter, bo po chwili przesiadł się na miejsce obok niej, wciąż uporczywie się w nią wpatrując.
Rzuciła mu taksujące spojrzenie.
 Widzę, że przeprosiliście się z mundurkami  zauważyła cierpko, rzuciwszy okiem na krawat i emblemat w barwach Gryffindoru.
 Nie mam ochoty na żadne gierki  mruknął, pochylając się ku niej nad stołem. Zawahał się wyraźnie i w zamyśleniu obrócił w palcach widelec, po którym miękko prześlizgnął się blask świec.  Dlaczego nie przyszła na śniadanie?
Mimo wszystko zdziwiła ją jego bezpośredniość. Nie chciała ingerować w skomplikowane relacje między nim a Dominiką, więc narzucony przez niego styl rozmowy był jej wybitnie nie na rękę. Na ratunek niespodziewanie przyszedł jej dyrektor, który wstał ze swojego miejsca i zastukał nożem o krawędź pucharka.
 Wybacz.  Końcem widelca wskazała na Dumbledore’a, przywołując na twarz przepraszający uśmiech.  Chciałabym posłuchać.
Black zacisnął usta i zmarszczył brwi, kiedy Lily z najwyższym spokojem wsparła podbródek na splecionych dłoniach. James raz po raz parskał pod nosem, uważnie obserwując całą scenę, natomiast dyrektor wygłosił uroczystą przemowę, podsumowującą okrągłą rocznicę założenia Hogwartu, zawierającą także zapowiedź balu, który miał odbyć się tego wieczora o godzinie dwudziestej. Wywołało to szmer podnieconych głosów, ale kiedy Dumbledore skończył, Lily podniosła się bez słowa, z rezygnacją niemal dorównującą tej, którą okazywał Black, stając tuż naprzeciw niej.
 Jak bardzo jest źle?  zapytał chłopak natarczywym tonem.  To dlatego nie przyszła na śniadanie, prawda?
Rudowłosa Gryfonka zamierzała go zbyć byle jaką wymówką, ale w momencie, w którym otworzyła usta, wyręczyła ją najmniej spodziewana osoba, którą okazała się Marion Grant, jej współlokatorka.
 Napastowała go totalnie w samym staniku  przemawiała tym szczególnym rodzajem konspiracyjnego szeptu, który powinien być słyszalny w promieniu co najmniej pięciu jardów. Kątem swoich uderzająco błękitnych oczu zerknęła na Syriusza i uśmiechnęła się lekko.  Cicha woda...
 Co ty wygadujesz, Grant.  Black nagle zmienił rozmówczynię, odwracając się w kierunku kasztanowłosej Gryfonki i zaciskając pięści. Evans miała doskonałą okazję do ucieczki, ale sterczała w miejscu, uważnie obserwując rozwój sytuacji. Tak jak Syriusz domyślała się, o kim plotkowała Marion, ale nie mogła się powstrzymać, żeby popatrzyć na jego reakcję. W myślach odnotowywała każde słowo, gotowa dokładnie powtórzyć je przyjaciółce.
 Sama widziałam.  Dziewczyna odrzuciła włosy do tyłu i rzuciła mu wyzywające spojrzenie.  Cóż, można było się tego spodziewać, w końcu jest Francuzką
Porozumiała się wzrokiem z przyjaciółkami, które energicznie pokiwały głowami, przypieczętowując ostatecznie reputację rozpustnych obywatelek Francji.
 Ona wcale nie… Ona tylko…  Evans z rosnącą fascynacją patrzyła jak młody Black miota się, usiłując wybrnąć z sytuacji. Na szczególną uwagę zasługiwał uroczy rumieniec, który z wolna wypełzał na jego policzki, będący zjawiskiem równie rzadkim co przyjazna mantykora.  Ona tylko pomagała mi… w czymś  zakończył niezdarnie, wzbudzając falę sceptycznych spojrzeń i kpiących uśmiechów.  Nieważne  burknął, po czym odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem opuścił Wielką Salę.
Lily mimowolnie dołączyła do imponującej grupy osób wpatrujących się w jego plecy i w zamyśleniu założyła za ucho kosmyk włosów. Cóż, to było interesujące. Warte wspomnienia w raporcie, to na pewno.
Kiedy tylko dotarła do dormitorium i złożyła przed Dominiką stosik tostów, streściła jej cały przebieg śniadania. Moon wyglądała na jednocześnie uradowaną i przerażoną.
 Musisz z nim porozmawiać  powiedziała stanowczo Lily, przysiadając na brzegu łóżka i potępieńczo patrząc na przyjaciółkę.
 Wiem…  jęknęła Moon, obciągając rękawy piżamy.  Chyba trochę go wystraszyłam. Ale gdybyś tak powiedziała mu, że wszystko jest w porządku…
 Nie.  Evansówna skrzyżowała ramiona na piersiach i spojrzała na nią karcąco.  Sami musicie to załatwić.
Blondynka westchnęła ciężko i sięgnęła po tosta. Nastąpiła chwila ciężkiego milczenia, podczas którego Dominika ponuro żuła śniadanie, a Lily rzucała jej pełne oburzenia spojrzenia.
 Fo mam mu nify pedzieć?  zapytała w końcu Moon z pełnymi ustami, jak zwykle poirytowana moralizatorskimi zapędami przyjaciółki. Przełknęła z wysiłkiem.  Że go kocham i przypadkiem nie zauważyłam, że w jego obecności Moc nie leci mi przez palce? Tego oczekujesz?
 Nie, bo…  Lily zawahała się i przygryzła wargę, ale gdy po chwili ponownie spojrzała na Dominikę, na jej ustach widniał lekki, ciepły uśmiech.  Myślę, że on już to wie.

* * * * *

Godzinę później dobry humor Evansówny niemal zupełnie wyparował. Przemierzała dormitorium w tę i z powrotem, tupiąc głośno i rzucając groźne spojrzenia w kierunku przyjaciółki, która siedziała na swoim łóżku i nerwowo kiwała nogą, w rękach mnąc pasek torby.
 Zaraz się spóźnimy!  rzuciła po raz kolejny, przystając przy drzwiach.
 Tak by było najlepiej.  Moon pokiwała głową w zamyśleniu, jakby nie zauważyła irytacji rudej.  Nie miałby czasu, żeby zamęczać mnie pytaniami.
 Ale to zajęcia profesor McGonagall! Wiesz jak ona reaguje na spóźnienia!  Krótkim ruchem otworzyła drzwi i wskazała je ruchem głowy.  Ja idę. Jeśli tu zostaniesz, zrobię niespodziankę Potterowi i z nim usiądę, a wtedy ty będziesz musiała usiąść z Blackiem. Będziecie mieli mnóstwo czasu na pogaduszki.
Groźba Lily przyniosła spodziewany efekt, bo Moon podniosła się z łóżka, zarzuciła torbę na ramię i posłusznie wyszła za nią, wciąż z tym lekko nieprzytomnym wyrazem twarzy. Evans zerkała na nią raz po raz spod rzęs, jakby spodziewała się, że jej przyjaciółka znowu postanowi nagle zemdleć. Nic takiego jednak nie nastąpiło i po chwili szybkiego marszu dotarły do sali transmutacji, powoli wypełniającej się uczniami.
Na ich widok Syriusz gwałtownie podniósł się z miejsca, ale profesor McGonagall stanęła już za katedrą i jednym spojrzeniem uciszyła wszystkie rozmowy.
 Niepotrzebnie zjadłam te tosty  jęknęła Moon, kiedy opadła na krzesło.  Niedobrze mi.
 Trzeba było zostać wczoraj w Pokoju Wspólnym i wszystko wyjaśnić od razu zamiast w panice uciekać do dormitorium  syknęła Evans, wygrzebując z torby pióro, kałamarz i zwój pergaminu.
 Wcale nie uciekałam w panice  oburzyła się blondynka.  Nawet powiedziałam mu „dobranoc”. Ludzie, którzy uciekają w panice, nie mówią „dobranoc”, no nie?
Lily nic nie odpowiedziała, bo napotkała ostrzegawcze spojrzenie profesor McGonagall. Mimo że dzisiejszy wykład był szczególnie ciekawy, traktujący o tym, co dzieje się z masą dużego stworzenia transmutowanego w mniejsze stworzenie, słuchaczy nie było wiele więcej niż zwykle. Większość Hogwartczyków była zbyt zaaferowana przygotowaniami do balu, żeby dobrowolnie udać się na dodatkową transmutację.
Nagle na ławkę między nimi spadł zwinięty w kulkę kawałek pergaminu. Przez chwilę Moon wpatrywała się w niego, jakby był tykającą bombą, ale, ponaglona groźnym spojrzeniem Lily, rozwinęła zwitek i zerknęła na linijkę wypisaną dobrze jej znanym drobnym, zamaszystym pismem.

Porozmawiajmy. Proszę.

Moon szybko naskrobała „nie” i już miała odesłać karteczkę z powrotem, kiedy Lily złapała ją za nadgarstek i z politowaniem pokręciła głową. Dominika odetchnęła ciężko, wznosząc oczy do sufitu, po czym dopisała jeszcze „wydaje mi się, żeby była taka potrzeba. Czuję się doskonale, Ty chyba też, więc nie ma problemu”. Krótkim ruchem różdżki ukradkowo odesłała zwitek na ławkę Huncwotów.
To powinno załatwić sprawę. Zadowolona, że tak zgrabnie udało jej się wyjaśnić sytuację bez rozmawiania z Syriuszem, oparła podbródek na dłoni i z nowym zainteresowaniem wsłuchała się w wykład nauczycielki. Transmutacja zawsze fascynowała ją jako mugolaczkę, no bo które dziecko nie słyszało jak w bajkach czarownice zamieniały ludzi w żaby? W praktyce okazało się to o wiele mniej atrakcyjne, bo transmutacja była bardzo skomplikowana i wymagała precyzji oraz skupienia, o czym właśnie opowiadała profesor McGonagall. Powołując się na ów bajkowy przykład dowodziła, że zapakowanie wszystkich tkanek człowieka do pojemnika wielkości żaby wydawać by się mogło niemożliwe, no bo gdzie włożyć cały nadmiar?
W chwili, kiedy miała usłyszeć odpowiedź na to interesujące pytanie, nauczycielka przerwała wykład i szybkim krokiem podeszła do ławki zajmowanej przez Jamesa i Syriusza. Zanim Black zdążył zareagować, z niebywałym refleksem pochwyciła leżący przed nim pognieciony zwitek pergaminu i groźnie zmrużyła oczy. Chłopak zafrasował się wyraźnie, wodząc wzrokiem od karteczki do twarzy profesorki i z powrotem.
 Żadnych liścików na mojej lekcji, Black. To pierwsze i ostatnie ostrzeżenie  powiedziała sucho i przystawiła koniec różdżki do pergaminu, który zajął się ogniem, po czym odwróciła się i wróciła do katedry. Huncwot z ulgą spojrzał na resztki kartki tlące się na posadzce.
Dominikę ogarnęło niezbyt przyjemne wrażenie, że jej odpowiedź mimo wszystko nie zadowoliła Syriusza, a dobrze wiedziała jaki potrafił być uparty. Mimo wszystko, zostały jeszcze jedynie specjalne zajęcia z zaklęć, a później wszyscy zajmą się balem, więc chłopak nie będzie miał okazji przyprzeć jej do muru. Musiała tylko przetrwać zaklęcia…
Kiedy tylko zabrzmiał dzwon oznajmiający koniec lekcji, popędziła do toalety, odprowadzana potępieńczym spojrzeniem Lily. Ona nie wiedziała, jak to jest. Podwójnie okazała przed nim słabość i, prawdę mówiąc, nie wiedziała czy bardziej wstydziła się swoich uczuć względem niego, czy może niestabilności swojej Mocy. Tygodnie kompletnej niemożności używania zaklęć obronnych, a potem nagły napływ energii zupełnie ją wyczerpały. Najwyraźniej to, co do niego czuła było tak silne, że przerwało impas, a Moc na chwilę wróciła do niej w pełnej okazałości.
A teraz?  pytała się w myślach, patrząc na swoje odbicie w lustrze.  Gdzie jesteś teraz?
Niezbyt przyjemna mieszanka wstydu, strachu i niepewności najwyraźniej ponownie stłumiła drzemiącą w niej Białą Magię. Mimo to, paradoksalnie czuła się nieco lepiej niż w ciągu ostatnich tygodni – owszem, była słaba, ale już nie tak bezbronna, czuła to. Nie była to pełnia Mocy, zaledwie jej cień, ale i to stanowiło miłą odmianę.
Opłukała twarz zimną wodą i wzięła kilka głębokich oddechów. Niedługo to wszystko nie będzie już miało znaczenia. Lada chwila skończy szkołę i będzie wolna, zupełnie wolna. Może nawet wróci do swojej ukochanej Marsylii?
Kiedy metaliczny brzęk oznajmił początek lekcji, była już w drodze do sali. Czuła się znacznie spokojniejsza. Za godzinę będzie siedziała spokojnie w dormitorium, obserwując przygotowania Lily do balu i kto wie, może poczyta sobie dzienniki du Boisa? Ostatnio stały się szczególnie ciekawe, bo szlachcic szczegółowo opisywał swoje niezbyt udane pożycie małżeńskie. Zupełnie jak harlequin, tyle że prawdziwy.
 Kochani!  zawołał z katedry profesor Flitwick, kilkakrotnie klasnąwszy w ręce.  Dziś poćwiczymy pojedynkowanie w nowej odsłonie. Będziemy próbowali rzucać serie zaklęć – niedługo bal, więc co powiecie na mały dwutakt, hę?
Moon w zamyśleniu nawinęła na palec kosmyk włosów. Ciekawy pomysł, zazwyczaj pojedynkowała się w klasycznym stylu, rzucając zaklęcia na zmianę z przeciwnikiem, i właściwie nigdy nie pomyślała, żeby bardziej zdynamizować walkę.
 Co ty na to, Lil?  zapytała, ale nie doczekawszy się odpowiedzi, rozejrzała się roztargniona. Przyjaciółki nie było nigdzie w pobliżu, chociaż mogłaby przysiąc, że przed chwilą stała tuż obok. Czując narastającą panikę, kluczyła między uczniami w poszukiwaniu Evansówny, starając się jednocześnie nie wpaść na Huncwotów. Okazało się to o tyle niemożliwe, że rudowłosa stała z nimi i zaśmiewała się w najlepsze.
 Gdzieś ty się podziewała?  zapytała Moon z oburzeniem, kiedy profesor Flitwick oznajmił początek pojedynków, wypuszczając z różdżki snop szmaragdowozielonych iskier.  W samą porę!
 En garde, Potter!  zawołała Lily niespodziewanie, stając w pozycji bojowej przed okularnikiem. Moon wytrzeszczyła na nią oczy. James najwyraźniej również był zaskoczony, ale szybko wczuł się w rolę, bo uchwycił różdżkę jak szpadę i zaczął nią efektownie wywijać. Blondynka zrezygnowała z przyglądania się ich pojedynkowi i zanim padło pierwsze zaklęcie, odwróciła się na pięcie i ponownie zaczęła brnąć przez tłum. Nie zdążyła przejść nawet trzech jardów, kiedy ktoś położył jej rękę na ramieniu. Cóż, nie mogła powiedzieć, że się tego nie spodziewała. Evans, zdradzieckiej flądrze, podziękuje przy najbliższej okazji.
 Wyzywasz mnie na pojedynek?  zapytała zadziornie, odwracając się i patrząc w czarne oczy Syriusza Blacka.
 Wolałbym nie.  Jego spojrzenie niespokojnie błądziło po całej jej sylwetce, skutecznie topiąc resztki pewności siebie, które przywołała na ratunek. W obronnym geście założyła ramiona na piersiach i cofnęła się nieco.
 Jak widzisz jestem w doskonałej formie, więc jeśli odmówisz, to wszystkim powiem, że strach cię obleciał.
 Nie żartuj z tego.  Rozejrzał się niepewnie, ale lekcje zaklęć zawsze były idealną do prywatnych rozmów – wszyscy zazwyczaj bawili się zbyt dobrze, żeby zwracać uwagę na innych i tym razem nie było inaczej – uczniowie marszczyli brwi, mocno zaciskali palce na różdżkach i w skupieniu zaciskali wargi, usiłując miotać serie zaklęć.  Posłuchaj, nieźle mnie wczoraj wystraszyłaś. Nie chciałem, żebyś się nadwyrężała.
 Ojej, wielkie mi halo.  Moon przewróciła oczami.  Przez moment zakręciło mi się w głowie i tyle. To na pewno dlatego, że przez was nie zjadłam kolacji.
 Zemdlałaś  powiedział z naciskiem Black, pochylając się ku niej.
 Na sekundę!
 To niczego nie zmienia. Nie chcę, żebyś doprowadzała się do takiego stanu.  Sposępniał nagle.  Zwłaszcza dla mnie.
 Nie ma sprawy, następnym razem zostawię cię w męczarniach  warknęła, czując jak krew występuje jej na policzki. Jaki on był niewdzięczny! I jeszcze miał czelność traktować ją jak najgorszego słabeusza, jak nieporadną damę w opresji, jakby już znajdowała się na łożu śmierci przez taką drobnostkę…
 Poradzę sobie, bez obaw  odpowiedział lekceważącym tonem, podnosząc dumnie głowę.
 Jeśli nie zauważyłeś, to niniejszym informuję cię, że ja też doskonale radzę sobie bez twojej troski, więc daj mi w końcu święty spokój! Ostrzegałam cię, jeśli nie przestaniesz wtrącać się w moje sprawy, to… to zobaczysz.
 Nie mogę.  Wzruszył ramionami.
 Tak? A to dlaczego?  Jego opanowanie, jego szlachetne współczucie, jego lekceważąca postawa doprowadzały ją do szału i spodziewała się, że lada chwila kłęby pary buchną jej z uszu. Nie ulegało wątpliwości, że Black jest na wygranej pozycji – w końcu chociaż ją rzucił, to wciąż wspaniałomyślnie oferował jej swoją przyjaźń i opiekę, a teraz pewnie też współczucie i politowanie, skoro była tak głupia i niechcący zdradziła mu, że żadne z jego idiotycznych zachowań nie wypaliło w niej miłości do niego. Jej jedyną obroną był teraz atak i starała się zrobić wszystko, żeby zaprzeczyć jego – choć ze wszech miar słusznym – domysłom. Niech czuje, że się pomylił. Że jej wczorajsza słabość to… to tylko zwykły zbieg okoliczności.
 Może porozmawiamy o tym podczas balu?  Syriusz ostrzegawczo kiwnął głową w kierunku zbliżającego się do nich profesora Flitwicka. Moon z prawdziwą rozkoszą wystrzeliła w kierunku Huncwota kanarkowożółty promień, ale nie przyłożyła się zbytnio i chybiła.
 Może  powiedziała ostrożnie, zakładając kosmyk jasnych włosów za ucho. Jawne okłamywanie go wzbudzało w niej mieszane uczucia, ale miała silne wrażenie, że nie powinna mówić mu o tym, że nie zamierza pojawić się na balu, nie wspominając już o umówionym spotkaniu z jego bratem…

* * * * *

 Uroczy są, prawda?  zagaił James konwersacyjnym tonem, kiwnąwszy głową w stronę Moon wydzierającej się na Blacka.
Lily zerknęła w tamtą stronę między jednym a drugim zaklęciem.
 Wiesz  odparła lekko, posyłając w jego stronę kolejno purpurowy i błękitny promień, które Potter zręcznie zablokował.  Syriusz nie zawsze postępuje jak gentleman.
Okularnik zaśmiał się krótko i od niechcenia rzucił zaklęcie, które Lily z gracją odbiła.
 Może po prostu muszą się wykłócić?
Evans westchnęła i przechyliła się lekko, zgrabnie unikając Tarangatelli, która trafiła w stojącą za nią Puchonkę.
 To nie jest zabawne. Ona się boi.
Potter wykonał efektowny unik i przesuwając się obok niej jak w tańcu, mruknął:
 Mówisz o niej czy o sobie?
Lily ze zdumieniem spojrzała w jego roziskrzone orzechowe oczy i zanim zdążyła wydukać cokolwiek, James przyłożył koniec różdżki do jej boku i wybuchnął szczerym śmiechem.
 Wygrałem!

* * * * *

W przyszłości dziesiątki razy będzie zadawał sobie pytanie, czy mógł przewidzieć to, co stało się tego feralnego wieczora. Czy nie gnębiło go żadne przeczucie, kiedy przymierzał wyjściową szatę z czarnego jak noc aksamitu? Czy serce nie ściskało mu się z niepokoju, kiedy brał do ręki butelkę wody kolońskiej? Czy kiedy zszedł do Sali Wejściowej, wzdłuż kręgosłupa nie przebiegł mu zimny dreszcz?
Prawdopodobnie nie. Podobnie jak większość Hogwartczyków, cieszył się na myśl o balu i rozlicznych możliwościach, które mógł przynieść. Myślał o dobrej zabawie, uroczystym bankiecie i szalonym planie Jamesa, który zamierzał podjąć ostateczną próbę oczarowania Lily Evans – próbę ostrożnie przygotowywaną od tygodni.
Tylko w jednym momencie poczuł jak przeszywają go delikatne igiełki niepokoju. James zaśmiał się wtedy, że Syriusz stroi się jak na własne wesele i zapewnił go, że Moon z pewnością padnie z wrażenia i zapomni o wściekaniu się na niego. Młody Black przewrócił wtedy oczami, mile połechtany, nie biorąc jednak słów przyjaciela na poważnie. Moon była zakazana i tak musiało pozostać, zwłaszcza po tym, co stało się wczoraj.
 No  odezwał się wtedy Peter, nie odrywając wzroku od brązowej fasolki, która mogła mieć zarówno smak czekoladowego puddingu jak i robaka ziemnego.  Tyle że ona nie idzie na bal.
 Nie idzie?  Czarna szata Syriusza załopotała, kiedy gwałtownie odwrócił się od lustra.  Jak to nie idzie?
 No…  Pettigrew zafrasował się wyraźnie pod obstrzałem spojrzeń przyjaciół.  Powiedziała, że ma złe wspomnienia z balami i nie chce iść.
 Teraz mi to mówisz!  Black cisnął na łóżko różdżkę, która podskoczyła na miękkiej pościeli i spadła na podłogę, wypluwając z siebie kilka mieniących się iskier. Pozostali Huncwoci rzucili w jego stronę niepewne spojrzenia, ale żaden z nich nie skomentował sytuacji.
 Pete!  zawołał nagle James z nową energią. Glizdogon podniósł wzrok na przyjaciela, pełen najgorszych przeczuć. Nagłe olśnienia Pottera z reguły miały katastrofalne skutki.  A gdybyś tak znowu pobawił się w szpiega?
 Rogacz, daj spokój  jęknął Remus w odpowiedzi, znad swojej szaty wyjściowej, co do której nie mógł się zdecydować, gdzie ma przód, a gdzie tył.  Daj tej dziewczynie trochę odetchnąć. Może faktycznie nie lubi takich spędów i chce sobie poczytać w spokoju?
 Jasne  parsknęli jednocześnie James i Syriusz.
 Znowu w coś się wpakowała, Jim ma rację  ciągnął Black, kiwając ponuro głową. Spojrzał z nadzieją na Pettigrew.  Glizdek, naprawdę mógłbyś…?
Chłopak zrobił kwaśną minę.
 Dlaczego zawsze ja? Ja też chcę iść na bal.
 Daj spokój, i tak nie masz partnerki, nie musisz iść.  Potter wywrócił oczami.
 Wy też nie macie, a idziecie  burknął oskarżycielsko, nerwowo grzebiąc w pudełku fasolek, w którym zostały same wątpliwe egzemplarze.
 Ja jestem konsekwentny!  James wyraźnie oburzył się tym zarzutem, który godził w jego miłość własną. Pozostali Huncwoci wydawali się raczej rozbawieni.
 Ja też  parsknął Black, nonszalancko odrzucając grzywkę z czoła.  Nadal uważam, że nikt nie jest godzien mojej ręki.
 A mój zwierzęcy magnetyzm odstrasza zamiast przyciągać  dorzucił Lupin, co wzbudziło serię wybuchów śmiechu.
 Nie martw się, stary.  Potter klepnął przyjaciela w ramię, drugą ręką ocierając łzy spod okularów.  Któraś kiedyś na pewno skusi się na małpoluda.
 Ej!  Remus zamachnął się na Jamesa, który upadł na swoje łóżko, trzęsąc się ze śmiechu.
 Wracając do tematu  przerwał im Syriusz rzeczowym tonem, splatając dłonie na podołku.  Peter, jeśli to zrobisz, będę twoim dłużnikiem.
 Glizdek, mam nadzieję, że prowadzisz rejestr jego długów, co?  zapytał Potter złośliwie, z wysiłkiem podnosząc się do pozycji siedzącej.
 Twoich jest więcej, nawet nie chcę myśleć, ile razy kazałeś mi śledzić Evans…
Huncwoci ponownie wybuchnęli gromkim śmiechem.
 Zrobię to  powiedział w końcu Peter męczeńskim tonem.  Ale do końca roku będziesz pisał moje wypracowania z transmutacji i wszystkie mają być co najmniej na P.
 Twardy negocjator.  James pokiwał głową, krzywiąc się na samą myśl.
 Zgoda!  Syriusz rzucił się na łóżko Glizdogona i zaczął miażdżyć go w żelaznym uścisku.  Jimmy, daj mu swoje lusterko.
Potter pochylił się nad swoim kufrem i po dobrych kilku minutach wyciągnął z niego niewielkie, prostokątne lusterko.
 Ja mam drugie  zastrzegł Black, chowając identyczny egzemplarz do kieszeni szaty.  Jeśli będziesz miał kłopoty, wypowiedz do niego moje imię.
Peter skinął głową w milczeniu i ukrył lusterko w połach szaty. Jeśli tego dnia ktoś miał złe przeczucia, z pewnością był to on sam.

* * * * *

 Lily!
 Wyglądam jak kłoda  burknęła Evansówna, z ramionami zwieszonymi wzdłuż boków i spuszczoną głową. Miała na sobie lśniącą suknię w kolorze bladego złota, która wspaniale eksponowała jej porcelanowe ramiona i drobną budowę ciała.
 Wyglądasz prześlicznie!  zawołała Moon z przejęciem, schwyciwszy ją za ręce.  Na gacie Merlina, wiedziałam, że to będzie idealny kolor.
 Tak myślisz?  zapytała sceptycznie Gryfonka, stając przed wysokim lustrem i zakładając kosmyk włosów za ucho. Suknia delikatnie mieniła się w świetle pochodni.
 Lily, to będzie twój wieczór  powiedziała miękko Moon i mocno uściskała przyjaciółkę, która z wdzięcznością odwzajemniła gest.
 Na pewno nie chcesz pójść?  zapytała ze smutkiem.  Byłoby mi raźniej…
 Nie, naprawdę.  Dominika wycofała się na swoje łóżko i usiadła po turecku pośród rozrzuconych w nieładzie zwojów pergaminu, które czule poklepała.  Mam dziś randkę z du Boisem.
 A Regulus?  zapytała Lily, odwracając się do lustra i zastanawiając się nad fryzurą.  Czego chce?
 Nie mam pojęcia.  Moon rozrzucała pergaminy jeszcze bardziej w poszukiwaniu paczki swoich ulubionych pieprznych diabełków.  Wspominał, że już wie, kto sabotuje Ślizgonów, ale nie wiem właściwie, co ja mam z tym wspólnego.
 Będziesz na siebie uważać, prawda?
 No jasne, Lil  odparła nonszalancko, rozpierając się na puchowych poduszkach i odgryzła diabełkowi jeden z rogów.  Myślisz, że Biali Magowie dają sobie wchodzić na głowę?
Gryfońska prefekt odetchnęła ciężko, nie wiadomo czy z powodu tego, co powiedziała jej przyjaciółka, czy fryzurowego dylematu. Przed nią leżało kilka egzemplarzy Czarownicy, skrzętnie gromadzonych od miesięcy, ale nie mogła zdecydować się na żadną z proponowanych fryzur. W ramach eksperymentu zakręciła nad czołem lok, ale Moon natychmiast podniosła się z miejsca, kręcąc głową.
 Masz takie ładne włosy  powiedziała, zbierając jej ciemnorude kosmyki nad karkiem i układając w niski kok.  Nie trzeba bardzo kombinować. Daj mi chwilę!
Dominika rzuciła się w stronę swojego kufra i wyciągnęła z niego małą kosmetyczkę. Wyjęła srebrzystą spinkę z bursztynowym oczkiem i przyłożyła do włosów Lily.
 Pasuje idealnie, no nie?
Evans niepewnie przyjrzała się swojemu odbiciu w lustrze. Suknia rzeczywiście miała piękny kolor i dobrze się układała, a niskie upięcie było skromne i eleganckie. Poczuła jak wraca jej zwykła pewność siebie. Wyglądała naprawdę dobrze.
 Biedny Jimmy zemdleje z wrażenia  zamruczała śpiewnie Moon, upinając jej rdzawe włosy i uśmiechając się ponad jej ramieniem. Serce Lily zabiło radośnie, kiedy zupełnie szczerze odwzajemniła promienny uśmiech.

* * * * *

Wielka Sala wyglądała niewiarygodnie. Sprawiała wrażenie nawet większej niż zwykle, bo zniknęły stoły poszczególnych domów, a na ich miejscu pojawiły się dziesiątki małych stolików, przy których zmieściłby się może tuzin osób. Stoliki wraz z długimi ławami, na których znajdował się poncz i inne napoje, stały przy ścianach, środek sali natomiast przeznaczono na parkiet. W powietrzu unosiły się girlandy srebrzystych lampek, tak udatnie przypominających pobłyskujące gwiazdki, że sprawiały wrażenie, jakby osunęła się część zaczarowanego sklepienia. W każdym rogu sali stał jeden posąg Założyciela, a tu i ówdzie znajdowały się symbole domów i obfite bukiety kwiatów.
Syriusz chyba jeszcze nigdy nie czuł się tak nieszczęśliwy.
James był zbyt podekscytowany i poddenerwowany jednocześnie, żeby dało się z nim normalnie porozmawiać. Syriusz nie dziwił się mu zbytnio – w końcu od tygodni chodził na palcach wokół Evans, przestał uporczywie zapraszać ją na randki, nie wysłał jej walentynki ani nie zaprosił na bal – co ciekawe, najwyraźniej przyniosło to spodziewany efekt, bo rudowłosa pani prefekt znacznie częściej niż zwykle wodziła wzrokiem za Potterem i wyraźnie zmiękła.
 Dziś albo nigdy  powiedział mu James i duszkiem wychylił pucharek ponczu.
Remus też nie był dziś najlepszym towarzyszem. Kiedy tylko zobaczył Elisabettę w oszałamiająco różowej sukni, przybladł wyraźnie i wycofał się do kąta sali. Black zirytował się, widząc, że dziewczyna wyraźnie ściąga wzrokiem Lunatyka, którego przecież tak skrzywdziła i porzuciła z najgorszego możliwego powodu. Miał ochotę powiedzieć jej parę słów, ale na razie powstrzymywał się pod wpływem niespokojnego spojrzenia Remusa.
On sam nie był w szampańskim nastroju. Krążył dookoła stołu z napojami, popijając drinki i mierząc zgromadzonych ponurym spojrzeniem. Dzisiejszy bal był doskonałą okazją dla uczniów do zawierania intratnych znajomości, bardzo przydatnych po zakończeniu szkoły, dlatego niektórzy zagadywali licznych gości, dowcipkując i zagadując na tematy stosowne do ich profesji, a Syriuszowi robiło się niedobrze na ten widok. Za bardzo kojarzyło mu się to z rodzinnym domem i nieustannymi przyjęciami, wypełnionymi sztucznymi uśmiechami i uważnymi spojrzeniami, rzucanymi znad krawędzi pucharków z rżniętego szkła.
Widząc radość Jamesa, czuł delikatne ukłucia zazdrości. Marzył o szczęściu swojego największego przyjaciela i zrobiłby wszystko, aby dopomóc mu w jego osiągnięciu, ale w pewnym sensie dla siebie pragnął tego samego, a wiedział, że zrezygnował z tego na własne życzenie. Nie miał innego wyboru, ryzyko było zbyt duże, ale myśli te w żaden sposób nie poprawiały jego samopoczucia. Przypomniał sobie słowa Remusa, które niekiedy przywoływał w chwilach słabości. Może rzeczywiście jest tak, że nie każdemu pisane jest szczęście z drugą osobą? Może niektórzy powinni szukać go gdzie indziej zamiast zawistnie patrzeć na plecy szczęśliwców?
Raz po raz nerwowo zerkał w lusterko, ale wciąż widział w nim tylko swoje odbicie.
Był na nią zły. Oddał swoje szczęście, żeby ją ochronić, a ona drwiła z niego, balansując na cienkiej linii, ryzykując raz po raz. Zanim wyszedł z dormitorium, po raz ostatni zerknął na Mapę Huncwotów. Moon siedziała bezpiecznie w dormitorium dziewcząt, ale czuł, po prostu czuł, że to byłoby zbyt piękne, aby została w nim przez cały wieczór. W pewnym sensie chciał, żeby przyszła na bal, może nawet z jakimś partnerem, ale miałby ją wtedy na oku, wiedziałby, że nic jej nie grozi. Teraz nie wiedział niczego i to doprowadzało go do szaleństwa.
 Dobrze się bawisz?
Z roztargnieniem spojrzał na właścicielkę głosu. Oczy w kolorze gorzkiej czekolady mrużyła w uśmiechu, a kaskada lśniących włosów podobnej barwy spływała na jej srebrzystą suknię. Josephine.
 Jak nigdy  mruknął i odwrócił wzrok, sygnalizując koniec rozmowy.
 Bierz.  Dziewczyna szturchnęła go łokciem, podając mu jeden z pucharków, które trzymała w dłoniach.  Wyglądasz, jakbyś tego potrzebował.
Black wziął od niej kielich i powąchał zawartość. Josephine zaśmiała się perliście.
 Nie bój się, nie otruję cię.  Sama upiła łyk i Syriusz poszedł w jej ślady.  Nie martw się, ona przyjdzie.
 Kto?  zapytał, prawie zachłystując się płynem.
Josephine rzuciła mu taksujące spojrzenie.
 Ta, na którą czekasz. Wiesz, nie jestem taka zła, jak myślisz.
Wzruszyła ramionami i odeszła, kołysząc biodrami. Syriusz patrzył za nią z niedowierzaniem. Skąd mogła wiedzieć? Może… Kiedyś chodziła z Dominiką do szkoły, może jednak odnowiły znajomość i… Moon powiedziała jej… Powiedziała jej, że jednak…
Jego mózg działał niezwykle opornie. Czuł silne zawroty głowy i pomyślał, że może jednak za dużo wypił, postanowił więc się przewietrzyć. Ruszył w stronę wyjścia na dziedziniec, ale przed chwilą zabrzmiała muzyka wynajętego zespołu, a pary ruszyły na parkiet, skutecznie utrudniając mu poruszanie się.
Nagle ktoś pomachał w jego kierunku. Postać miała na sobie mieniącą się szatę, złotą, a może srebrną? Jasne loki spływały jej na ramiona, a w ręce trzymała karnawałową maskę na patyczku, zakrywając twarz. Mimo to, rozpoznał ją niemal natychmiast.
Chwiejnym krokiem ruszył ku niej, czując się, jakby kroczył przez własny sen. Moon uśmiechała się do niego karminowymi ustami, wyciągała ku niemu wolną rękę. Jego droga zdawała się trwać wieki, ale kiedy w końcu uchwycił jej dłoń, ulga prawie zwaliła go z nóg.
 Zatańczymy?  zapytał ochrypłym głosem, zaglądając w jej szmaragdowe oczy ukryte za maską.
Dominika skinęła w milczeniu głową i pozwoliła mu dotknąć swojej talii, sama wspierając się lekko na jego ramieniu, nie odsuwając jednak maski.
 Myślałem… Myślałem, że…
Był nią kompletnie oszołomiony. Jej oczy naprawdę przypominały szlachetne kamienie, jej usta miała idealny kształt, jej lśniące włosy… Świat wciąż mienił mu się w oczach, więc w jednym momencie wyglądały jak złociste loki, a zaraz potem jak gładka, ciemna fala, ale to nic, ważne, że była tu, w jego ramionach…
Moon oparła lekko głowę na jego ramieniu, a on niemal przestał oddychać. Zupełnie stracił poczucie czasu i miejsca, byli tylko oni i szaleńczo wirujący w tańcu świat.
Nagle dziewczyna podniosła głowę i czule spojrzała mu w oczy.
Chciał z nią porozmawiać, nagle zapragnął wszystko wyjaśnić, ale najwyraźniej zupełnie nie było to potrzebne, w końcu ile warte są słowa? Znacznie bardziej wartościowe są czyny i Syriusz rozumiał i wierzył w to każdą komórką swojego ciała, kiedy pochylił się lekko i ich usta złączyły się w upragnionym pocałunku.
Zupełnie nie słyszał cichutkiego nawoływania, które raz po raz rozlegało się z niewielkiego lusterka, spoczywającego bezpiecznie w wewnętrznej kieszeni jego szaty.

* * * * *

Kiedy tylko Lily wyszła z dormitorium na spotkanie przeznaczenia, które w tym przypadku można by nazwać Jamesem Potterem, Moon zgodnie z zapowiedzią rozciągnęła się na łóżku i wróciła do lektury dzienników du Boisa. Odkąd młody szlachcic poślubił dwadzieścia lat starszą od niego markizę, akcja wyraźnie nabrała tempa, bo du Bois zaczął zdradzać zapędy sadystyczne. Moon świetnie się bawiła, pogryzając pieprzne diabełki i czytając kąśliwe komentarze Francuza na temat swojej nadobnej małżonki, która irytowała go niemal na każdym kroku przykrym zapachem, który wydzielała jej pudrowana peruka. Chichotała nawet podczas długich i szczegółowych opisów marzeń szlachcica, który najwyraźniej lubował się w wizjach śmierci małżonki, o różnym stopniu drastyczności. Im więcej jednak czytała, tym bardziej utwierdzała się w niejasnym przeczuciu, dlaczego du Bois potępieńczo snuł się po ziemi zamiast uczestniczyć w niekończących się niebiańskich ucztach. Zrozumiała, że intuicja jej nie myliła, kiedy dotarła do wyjątkowo realistycznego opisu morderstwa, a ona sama zakrztusiła się diabełkiem z wrażenia.
Du Bois był mordercą! Zabił swoją starą, prawdopodobnie cuchnącą, ale mimo wszystko biedną żonę!
Moon nieco zdziwiła się, że informacja, iż regularnie nawiedza ją duch żonobójcy nie zrobiła na niej odpowiedniego wrażenia. Było w tym coś okropnego, ale mimo wszystko widziała go już tyle razy, że sprawiał dla niej bardziej komiczne niż przerażające wrażenie. Nawet nie zawsze zwracała na niego uwagę, czasem po prostu przykrywała głowę kołdrą i drzemała dalej. Chyba nie mógł jej nic zrobić, bo ograniczał się jedynie do wytrzeszczania oczu i uderzenia się pięścią w widmową pierś. Cóż, teraz przynajmniej wiedziała dlaczego.
Zerknęła na niewielką klepsydrę w kształcie kota. Do spotkania z Regulusem zostało jej już tylko jakieś dwadzieścia minut, a ona chciała jeszcze coś sprawdzić. Wyjątkowo nie miała ochoty na wychodzenie z ciepłego, bezpiecznego łóżka, ale cóż, dała słowo, więc musiała się pospieszyć.
Rzuciła okiem na kilka następnych zwojów, nie wczytując się szczegółowo w zawartość.
 Ha!  mruknęła do siebie, zaznaczając palcem jeden z wersów i po chwili zrobiła to samo na innym pergaminie.
Naliczyła cztery kolejne żony. Cztery, spośród których trzy nie odeszły z tego świata zgodnie z prawami natury, chyba że na całą sytuację spojrzy się tak, że pękniecie czaszki w wyniku gwałtownego zderzenia z żeliwną patelnią jest całkiem naturalne. No, no, ich najbliższe spotkanie mogło okazać się wyjątkowo ciekawe, teraz, kiedy już znała prawdę. Warto było też zapytać o ostatnią z dam, Felicję Beauchamp, której los nie został opisany w dzienniku – może to ona trzymała go wciąż na ziemi?
Niestety, nie miała już czasu o tym rozmyślać – zbliżała się dziewiąta, godzina, o której miała spotkać się z Regulusem. Miała nadzieję, że szybko załatwią sprawę i będzie mogła wrócić do czytania dzienników – domyślała się, że to na nią spadnie zadanie pozbycia się du Boisa na dobre, więc chciała znać jak najwięcej szczegółów.
Narzuciła na ramiona zwykłą, hogwarcką szatę i szybkim krokiem opuściła dormitorium, wciąż rozmyślając o przypadkach francuskiego ducha. Ciekawe, jak długo czekał w Dziale Ksiąg Zakazanych aż ktoś zajrzy do jego dzienników. Czy zaraz po śmierci jego duch został przywiązany do tych pożółkłych zwojów? Co takiego nie pozwoliło mu odejść w zaświaty?
Te i inne pytania zaprzątały jej myśli, kiedy przystanęła u stóp marmurowych schodów w Sali Wejściowej. Regulus już na nią czekał, z rękami nerwowo splecionymi na piersiach. Przywitali się krótko i wyszli przed zamek. Nie musieli kryć się, że wychodzą po zmroku – bal miał trwać do północy, więc i oni mogli skorzystać z tej okazji.
Idąc szybkim krokiem przez błonia pokryte miękką, wilgotną trawą, Moon uważnie zerkała na swojego towarzysza. Wyglądał na spiętego, widocznie ta sprawa znacznie bardziej dręczyła jego niż ją. Ulegając nastrojowi, przyspieszyła kroku. Bez słowa minęli różane krzewy, które gęsto porosły okolice dziedzińca z okazji balu, i ruszyli w stronę Zakazanego Lasu. Jej mięśnie napięły się mimowolnie, ale nie zwolniła kroku. W końcu wspominał, że zależało mu na dyskrecji, ale mimo wszystko miała nadzieję, że nie zajdą zbyt daleko – centaury zdawały się ją tolerować, ale reszta potencjalnych mieszkańców napawała ją przerażeniem.
Stanęli na progu lasu. Młody Black rozejrzał się uważnie, po czym pewnym krokiem ruszył przed siebie. Chcąc nie chcąc, pobiegła za nim. Prawie krzyknęła, kiedy coś otarło się jej o kostkę, ale był to jedynie gryzoń, wystraszony szczur czy nornica. Przygryzła wargę i zmrużyła oczy, usiłując wypatrzyć coś w napływającej ciemności.
Przeszli niewiele więcej ponad tuzin kroków zanim ich oczom ukazał się niewielki krąg złożony z czterech osób. Początkowo zmarszczyła brwi na widok Avery’ego i Mulcibera, których z pewnością nie miała ochoty oglądać, później z lekkim zdziwieniem spojrzała na stojącego na uboczu Snape’a, po czym jej wzrok prześlizgnął się na Puchona, którego zauważyła wczoraj na zajęciach z obrony przed czarną magią. Widząc zdumienie na jej twarzy, Regulus pośpieszył z wyjaśnieniami, jednocześnie zajmując swoje miejsce w kręgu i gestem zachęcając ją, by zrobiła to samo.
 To dotyczy nas wszystkich. Rozpuszcza okropne plotki po szkole, a sama wiesz, że węszy tu para detektywów…
Na wzmiankę o Lawsford i Masonie zrobiło się jej niedobrze, wspomnienia wróciły do niej potężną falą. Nic dziwnego, że usilnie szukali sensacji – w końcu jakoś musieli usprawiedliwić śmierć Patricii, czy nie tak?
Myśl o zmarłej przyjaciółce napełniła ją gniewem. Nigdy nie pogodziła się z jej śmiercią, poczucie winy i niesprawiedliwości trawiły ją do dziś, kiedy tylko opadała jej garda. A można było, z pewnością można było zapobiec tej tragedii… Nie mogła pozwolić, aby taka sytuacja zdarzyła się ponownie.
Zdecydowanym krokiem podeszła do zakneblowanego zaklęciem Puchona i spojrzała mu w oczy.
 Lubisz szantażować ludzi, co?
Myśli wypełniały jej ponure wspomnienia o przesłuchiwaniach prowadzonych przez detektywów, niesprawiedliwych przesłuchaniach, podczas których zmuszano ją do ciągłego powracania do tych strasznych chwil nad jeziorem. Nawet teraz wrogie plotki ciągnęły się za nią jak smugi dymu i to właśnie ludzie tacy jak on byli przyczyną nieszczęścia innych. Jak gdyby nie mogli zająć się sami sobą!
Chłopak szarpnął się, najwyraźniej usiłując coś powiedzieć, jednak jego usta i dłonie krępowały magiczne więzy.
Odwróciła się do Ślizgonów, ale zanim zdążyła powiedzieć cokolwiek, Regulus odezwał się ponurym głosem:
 Dość już tych kłamstw. Teraz możemy go tylko skłonić, żeby nie wtrącał się w nie swoje sprawy.
Moon skinęła głową. Taki sposób rozumowania był dla niej całkowicie logiczny. Czy ludzie naprawdę nie mogli nie wtrącać się w cudze sprawy? Prośby i groźby prawie nigdy nie odnosiły spodziewanych skutków. Sama wiedziała to aż za dobrze.
 Znamy pewne zaklęcie, które mogłoby go zachęcić do rozsądnego myślenia.  Spojrzenie Blacka stało się nagle stalowe i bezkompromisowe w świetle różdżek. Dominika mimowolnie cofnęła się o krok.  Mulciber jest zaznajomiony z formułą, prawda?
Kiedy wspomniany Ślizgon wystąpił do przodu i zakasał rękawy szaty, Moon poczuła jak wspomnienia wczorajszego dnia wróciły do niej potężną falą. Spojrzenie jej zielonych oczu natychmiast zogniskowało się na Snapie, który uparcie wpatrywał się w ziemię. Lily powiedziała jej o swoich podejrzeniach w kontekście zainteresowań Severusa. Podobno od pierwszych klas lubował się w wymyślaniu nowych formuł. Czy tak było tym razem?
Nie zastanawiała się nad tym dłużej, bo bladozielony promień wystrzelony z różdżki Mulcibera uderzył Puchona w pierś. Chłopak zadygotał bezgłośnie, targnięty falą bólu. Moon patrzyła na to jak zahipnotyzowana, rozdarta pomiędzy obrzydzeniem a obcą satysfakcją powodowaną tym, że chłopak otrzymał to, na co zasłużył. Życzyła tego samego każdemu z zabójców Guillaume’a i Patricii, a teraz miała okazję zobaczyć to na własne oczy, być świadkiem sprawiedliwości.
 Dość.  Głos Regulusa drżał ledwo słyszalnie, kiedy odwrócił wzrok od Puchona, po którego wargach ściekała strużka śliny, i przeniósł go na przyjaciela, który posłusznie wykonał rozkaz. Black spojrzał na nią, oddychając nieco ciężej niż zwykle.
 Chcesz spróbować?
Moon jak we śnie wyciągnęła różdżkę z kieszeni szaty. Z roztargnieniem spojrzała na wierzbowe drewno, od którego odbijało się matowe światło.
 Należy ci się to za te wszystkie plotki. Należy ci się za śmierć brata i przyjaciółki.  Głos Regulusa jakby wypowiadał myśli pochodzące z najgłębszych zakamarków jej duszy.

* * * * *

Lucas Summers zachwiał się na nogach i byłby upadł, gdyby nie wąski pień rosnącego nieopodal drzewa. Był przerażony, już tego nie ukrywał. W chwili, kiedy zaatakowała go grupka Ślizgonów, podjął walkę i był raczej zirytowany, niż wystraszony, ale po zaklęciu, które ponownie rzucił na niego ten gad, Mulciber, wiedział, że żarty się skończyły. Czuł to już wtedy, kiedy obudził się w Zakazanym Lesie, ale usiłował trzymać fason – taka postawa zazwyczaj działała na zawistnych, ale tchórzliwych Ślizgonów. Nie tym razem jednak.
Teraz wolno wracał do świadomości po fali bólu, która zalała całe jego ciało. Fikcyjny czy nie, bolało jak cholera. Zdążył poświęcić profesorowi Rietdorfowi jedną gniewną myśl zanim napotkał jej spojrzenie.
Początkowo poczuł ulgę, że w pobliżu znajduje się jakiś Gryfon, bowiem dziewczyna wciąż miała na sobie szkolną szatę. Lęk zaczął powracać w momencie, kiedy uważniej wpatrzył się w jej oczy. Nawet w sztucznym świetle różdżek wydawały się bardzo zielone. I nieruchome. To zaniepokoiło go najbardziej.
Młodszy brat Syriusza Blacka stał za jej plecami i coś do niej szeptał, ale ona patrzyła na niego uważnie, zupełnie jak drapieżnik stający oko w oko z człowiekiem. Jej spojrzenie mówiło, że własnie analizuje wszelkie plusy i minusy, może obmyśla strategię, podczas gdy on stoi całkowicie bezbronny, jak idealna ofiara…
Nagle usłyszał jakąś szamotaninę. Na wpół przytomnym wzrokiem ogarnął niewielką polanę, na której stali. Avery i Mulciber trzymali pod ramiona chłopaka, którego Lucas kojarzył z bandy Pottera. Dziewczyna też na nich spojrzała i nagle jego sytuacja zmieniła się diametralnie.
Grofonka odskoczyła poza zasięg szeptu młodego Blacka. Nawet nie zauważył kiedy w jej dłoni znalazła się różdżka. Jego zmęczony bólem mózg zaczął kojarzyć fakty. Ona i banda Pottera chyba trzymali się razem, on sam często widywał ją w towarzystwie tego niskiego chłopaka, któremu Avery przykładał do garła różdżkę, z tym jego obrzydliwym, głodnym błyskiem w pustych na pozór oczach…
Dziewczyna zapytała o coś głośno, ale w jej głosie brakło już tego zimnego spokoju, który tak go przeraził. Pewniej oparł się o drzewo i wyprostował. Teraz nikt nie zwracał na niego uwagi.

* * * * *

 Widziałeś?  syknęła mu Lily do ucha, powodując rozkoszne dreszcze na całym jego ciele.  Profesor McGonagall! Ona się rumieni!
James ledwie zerknął w tamtym kierunku, ciesząc się każdą sekundą. Nie mógł uwierzyć we własne szczęście – tańczył z najpiękniejszą czarownicą na sali, z jego wymarzoną dziewczyną, ze swoim niedoścignionym pragnieniem. Przez pewien czas był zbyt zestresowany (on! James Potter!) wyobrażaniem sobie jej reakcji, żeby zrobić pierwszy krok, ale w końcu zawziął się i z całą galanterią, na jaką było go stać, poprosił ją do tańca. Ku jego zdumieniu i z ledwością skrywanej radości, Lily skinęła krótko głową, zarumieniwszy się lekko i podała mu rękę. Teraz wystarczyło tylko powstrzymać się od głupich żartów i nasycać się każdą cudowną chwilą, w której czuł przy sobie ciepło jej ciała, a ich spojrzenia krzyżowały się raz po raz.
 Nie mogę w to uwierzyć  ciągnęła Evans, nieświadomie wypowiadając jego myśli.
Potter uśmiechnął się zawadiacko.
 Trzymaj się.  Zakręcił nią w tańcu i po wykonaniu kilku zamaszystych obrotów, w których Lily śmiała się głośno i przytrzymywała się jego ramion, znaleźli się w odległości zaledwie kilku jardów od nauczycielki transmutacji.
Rudowłosa rzuciła mu potępieńcze spojrzenie, którego efekt został kompletnie zrujnowany przez uśmiech, który sam cisnął się jej na usta. Oboje nastawili uszy.
 Elphistone.  W stanowczym i władczym zwykle głosie kobiety wyraźnie drżała nieznana nuta, kiedy wysoki czarodziej o śnieżnobiałych włosach i spiczastej bródce z galanterią całował ją w rękę.  Nie spodziewałam się ciebie tutaj…
Potter spojrzał swojej towarzyszce głęboko w oczy i sugestywnie poruszył brwiami, na co Evansówna musiała przycisnąć dłoń do ust, aby nie wybuchnąć gromkim śmiechem.
 Nie odpisywałaś na moje listy.  Zdobiona srebrnymi gwiazdami szata o barwie głębokiego granatu zamiotła posadzkę, kiedy się wyprostował.  Pomyślałem, że to dobra okazja, aby się spotkać. Pięknie wyglądasz, Minerwo, z każdym naszym spotkaniem coraz piękniej, jeśli wolno mi zauważyć.
 Elphistone, nie sądzę, żeby…
 Co on wyprawia?  spytała nagle ze zgrozą Lily, szeroko otwierając swe piękne oczy o barwie intensywnej zieleni.
 Wiem.  Potter jak zahipnotyzowany obserwował jak blask świec odbija się w jej ciemnorudych włosach, tworząc wąskie, złote strumyczki.  Też bałbym się zarywać Minerwę.
 Nie on  syknęła dziewczyna, wskazując coś ponad jego ramieniem.  On!
Okularnik obrócił się niechętnie, dokonując nieprzyjemnego odkrycia, że Lily najwyraźniej żywo interesuje się wszystkim dookoła oprócz niego samego, ale kiedy zobaczył, na kogo wskazywała, zamarł ze zdumienia.
Syriusz stał nieopodal wyjścia na dziedziniec całując jakąś dziewczynę. Na pierwszy rzut oka zauważył, że nie była to Moon i sam ten fakt bardzo go zdziwił. Kiedy dziewczyna odchyliła nieco głowę w stronę światła, zauważył, że była to ta Francuzka od Petera, Josie.
 Och  mruknął, niezupełnie wiedząc jak zachować się w tej sytuacji.  To dziwne.
 Dziwne?  mruknęła Lily ponurym głosem, poprawiając ramiączko sukienki.  I pomyśleć, że namawiałam Dominikę, żeby jednak tu przyszła. Co za palant!
Niefortunnym zbiegiem okoliczności akurat skończyła się piosenka, a Evans odsunęła się od niego, zostawiając go pośrodku posadzki z opuszczonymi ramionami i bardzo nieszczęśliwą miną. Że też Syriusz musiał wszystko zepsuć. A tak dobrze mu szło!
Kiedy dziewczyna w końcu oderwała wzrok od bardzo zajętej sobą pary, spojrzała na Jamesa. Zawstydziła się swojego zachowania i uznała, że skoro on zrobił pierwszy krok, to równie dobrze ona może wykonać kolejny. Nabrała powietrza i wypaliła:
 Masz może ochotę na drinka?

* * * * *

 Co ty tu robisz, Peter?  zapytała ostrym tonem, mocno ściskając w dłoni różdżkę, choć sama nie wiedziała, w jakim celu.
 Przechodziłem… obok…  wysapał Pettigrew i jęknął z bólu, kiedy zacisnęły się na nim dłonie Ślizgonów.
 Kłamie!  szczeknął Mulciber, szarpiąc chłopakiem.  Sam widziałem jak się tu skradał! Węszyłeś, co, śmieciu?
 Mogę to załatwić  oświadczył Avery jedwabistym głosem i wolną ręką wysunął różdżkę z kieszeni. Pogładził ją pieszczotliwie, nie odrywając wygłodniałego wzroku od spoconej twarzy Gryfona.
 Niczego nie załatwisz, Avery.  Poczuła jak zalewa ją fala paniki. Przeraziła się sytuacji, w której się znalazła, zupełnie jakby obudziła się z głębokiego snu i odkryła, że koszmar wcale się nie skończył. Związany Puchon, agresywni Ślizgoni i Peter, ten Peter… Na moment zamknęła oczy i ze złością potarła pulsujące bólem skronie, jakby próbując zmusić je do myślenia.
 Peter, wynoś się stąd  powiedziała, nie wiedzieć czemu wpatrując się w więzy Puchona.
 Zwariowałaś?  wybuchnął Mulciber, przykładając koniec różdżki do gardła Pettigrew.  Wszystko wypaple! Luctus dolor!
Pulchyny chłopak wrzasnął z bólu i zawisł w ramionach Ślizgonów, dygocząc konwulsyjnie.
Nagle kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie.
 Przestań!  krzyknęła Moon, rzucając się ku Mulciberowi.
Lucas Summers uwolnił się z więzów.
Sectumsempra – pomyślał Severus Snape.

* * * * *

Wyciągnął rękę, żeby pogładzić ją po włosach. Wciąż jeszcze pamiętał delikatny, elektryzujący chłód, który czuł w palcach, kiedy ich dotykał.
Teraz jednak wrażenie było diametralnie inne. Być może wpływ na to miał ostry zapach cytrusów, który nagle uderzył go w nozdrza. Syriusz skrzywił się, tak obce i niespodziewane było to wrażenie.
Odsunął się od niej lekko i zmartwiał.
Oczy, które patrzyły na niego bystro zza karnawałowej maski nie były jej. Nie mógł się mylić. Brązowe tęczówki zamigotały w uśmiechu, kiedy wydał zduszony okrzyk i uczynił chwiejny krok do tyłu.
Dziewczyna, która przed nim stała była tak inna od Moon, że wydawało mu się, że znajduje się w samym środku jakiegoś irracjonalnego, upiornego snu. Odsunęła maskę od twarzy i uśmiechnęła się szeroko.
 Tak myślałam, że świetnie całujesz  powiedziała, nie siląc się nawet na francuski akcent.  Moja biedna, mała przyjaciółeczka zawsze miała marny gust, aż dziw, że się jej przytrafiłeś.
Syriusz drgnął i omiótł Wielką Salę spłoszonym spojrzeniem. Nigdzie nie zauważył błysku złocistych włosów, nie usłyszał tłumionego szlochu ani gwałtownego stukotu obcasów, ale co jeśli Moon jednak zmieniła zdanie i przyszła na bal?
Josephine uśmiechnęła się kpiąco. Z pogardliwym rozbawieniem na twarzy nie wydawała się już taka olśniewająco piękna. Przeciwnie, Syriusz czuł obrzydzenie, kiedy teraz na nią patrzył, a sumienie ściskało mu gardło na myśl o tym, co zrobił.
 Jesteś chora!  rzucił, wkładając w te słowa całą złość i odrazę, które paliły go żywym ogniem. Josephine przesłała mu pocałunek i zaśmiała się głośno. Każde z jego uczuć tylko jej pochlebiało, podobnie jak spojrzenia uczniów, które cała sytuacja zaczęła nagle przyciągać.
 Dlaczego to zrobiłaś? Boisz się, że nikt nie tknąłby cię z własnej woli?
 Nie musiałam cię długo namawiać  zauważyła wesoło dziewczyna, filuternie owijając kosmyk włosów wokół palca.
 Ty… Dolałaś mi czegoś do drinka!  syknął, nagle kojarząc fakty. Mnóstwo wysiłku wymagało od niego panowanie nad głosem – zainteresowanie wszystkich obecnych było ostatnią rzeczą, której teraz by sobie życzył.
Josephine przewróciła oczami, najwyraźniej znudzona.
 Jesteś równie naiwny jak ona. Nie wiesz, że nie wolno brać niczego od nieznajomych? Zresztą, czy Dominique nie wspominała ci, że w Beauxbatons jesteśmy mistrzami iluzji?  Zacmokała, widząc niezrozumienie na jego twarzy. – Macie przed sobą zbyt wiele tajemnic, mon chéri.
Black odwrócił się na pięcie i wybiegł z sali, mijając parę detektywów, którzy przyglądali mu się z uwagą. Serce biło w jego piersi jak oszalałe, a w ustach czuł gorzki posmak. Szedł szybkim krokiem aż dotarł do dziedzińca, który z okazji balu porosły obfite krzaki róż. Gdzieś nieopodal musiała być fontanna, bo w nocnym powietrzu rozbrzmiewał cichy plusk wody. Jak burza mijał kamienne statuy i rzeźbione ławeczki, na których skrywali się zakochani.
Nie wiedział, do kogo czuł większe obrzydzenie – do siebie czy do niej. Oszukała go, wykorzystała do jakichś swoich idiotycznych porachunków, to jasne, ale czy on był lepszy? Na myśl o pocałunkach, które składał na jej pełnych, kłamliwych ustach, coś przewracało mu się w żołądku. Jeśli Moon się o tym dowie, nigdy mu nie wybaczy. Josephine miała go w szachu, to pewne.
Otarł usta wierzchem dłoni, jakby mógł z nich zetrzeć wspomnienie jej dotyku. Jak mógł dać się tak głupio oszukać! Ta wiedźma miała rację, był beznadziejnie naiwny. Gorycz i tęsknota przysłoniły mu rzeczywistość, same popchnęły go w jej ramiona. Tak bardzo tego pragnął, że los zakpił z niego okrutnie i dał mu dokładnie to, czego chciał. Na chwilę.
Cudowną, wspaniałą chwilę. Mimo złości i niepokoju, które wciąż nim targały, wspomnienie uczucia, które ogarnęło go, gdy myślał, że dotyka i całuje Moon, było boleśnie rozkoszne. Przystanął wśród mdląco słodkiego zapachu róż. Kochał ją. Kochał ją i coraz trudniej było mu nad tym panować. Wiedział dobrze, że to uczucie było jego największą słabością, ale ile siły było w tej słabości! Serce wciąż biło szybko biło mu w piersi, ale tym razem wydawało się to ekscytujące i przyjemne. Dlaczego właściwie miałby nadal się przed tym bronić? Może James miał rację i lepiej dla nich obojga byłoby, gdyby wciąż byli razem? Miał dość bycia tym draniem, którego w nim widziała. Nie miał już siły być szlachetny i wspaniałomyślny. Nigdy więcej nie chciał karcić się za każdy moment, w którym ich spojrzenia się krzyżowały, a później rozpamiętywać go pośród długich bezsennych nocy.
Puścił się biegiem w kierunku głównego wejścia do Hogwartu, a uśmiech sam wypłynął na jego usta.
Powie jej! Wszystko jej powie, od samego początku. Z pewnością będzie chciała go za to zabić, ale cudowna lekkość, którą czuł na samą myśl o wyjawieniu jej sekretu, była tego warta. Kiedyś mu wybaczy, był tego prawie pewien. W końcu i jej trudno było się oprzeć temu, co ich łączyło…

* * * * *

Lily odchyliła głowę do tyłu i głośno odetchnęła chłodnym, pachnącym różami powietrzem. W najśmielszych marzeniach nie wyobrażała sobie, że będzie czuła się tak wspaniale. Cały wieczór spędziła z Potterem, który okazał się niezrównanym i wcale nie natarczywym kompanem. Po kilku pełnych śmiechu tańcach postanowili się trochę przewietrzyć i oto siedzieli tu, na uroczej rzeźbionej ławeczce, na wpół ukrytej wśród różanych krzewów.
James nie narzucał się jej, nie wykonywał żadnych dwuznacznych gestów, ale jednocześnie wcale nie ukrywał czułości, z jaką na nią patrzył. Drinki, jego niewymuszony sposób bycia, a może obsypane gwiazdami niebo sprawiły, że ona sama odwzajemniała te spojrzenia, choć brakowało jej jego lekkości – wciąż wydawało jej się, że z czymś się wygłupi, że za bardzo się zdemaskuje, chociaż regularnie robił to za nią jej układ krwionośny, pompując niewiarygodne ilości krwi wprost do jej policzków.
Na szczęście tu, przed zamkiem, panował bezpieczny półmrok i przynajmniej tym jednym nie musiała się martwić.
Rozmawiali o planach, które chcieli zrealizować po ukończeniu Hogwartu. Nie zdziwiła się, kiedy James wspomniał, że zamierza wziąć udział w rekrutacji do Akademii Aurorów. Od pierwszej klasy zarzekał się, że zostanie słynnym łowcą czarnoksiężników, a przy tym wyróżniał się w zaklęciach i obronie przed czarna magią, więc jego deklaracje wcale nie sprawiały wrażenia czczych przechwałek. Zawahała się, kiedy zapytał o jej plany.
 Wiesz, chyba chciałabym spróbować w Ministerstwie  powiedziała w zamyśleniu.  Podobno chętnie rekrutują prefektów naczelnych do Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Na studia w każdym razie nie mogę liczyć, rodziców nie byłoby stać.
Zarumieniła się gwałtownie i w myślach przeklęła swój długi język. Głupio to zabrzmiało wobec Pottera, który pochodził ze starego, zamożnego rodu czarodziejów. Jeśli zareaguje litością, to chyba spali się tu ze wstydu…
 Twoi rodzice…  Chłopak wygodniej rozsiadł się na ławce.  Jacy oni są?
 Och, no wiesz…  Zaczęła dukać, kompletnie wybita z rytmu. W życiu nie podejrzewałaby go o taki takt. Albo namówił kogoś do wypicia eliksiru wielosokowego ze swoim włosem, albo przez lata chodziła ślepa, głucha i Merlin wie co jeszcze.  Są całkiem normalni. Uwielbiają nasz świat, tato zawsze upiera się, żeby odwieźć mnie na Pokątną, żeby na wszystko się napatrzeć. Ale…  Wzięła głęboki oddech zanim wyrzuciła z siebie głęboko tajoną myśl, którą jeszcze z nikim się nie podzieliła w obawie przed niezrozumieniem. W jakiś sposób była jednak pewna, że spokojnie może mu ją powierzyć.  Po Hogwarcie chyba chciałabym się wyprowadzić.
 Odważna decyzja.  Chłopak uśmiechnął się ciepło, co zachęciło ją do kontynuowania.
 Nie wyobrażam sobie mieszkania z nimi, kiedy już będę mogła używać czarów. Wiesz, takie prozaiczne rzeczy, które robią, gotowanie, sprzątanie, majsterkowanie – i moja świadomość, że mogłabym to wszystko zrobić jednym machnięciem różdżki, oszczędzić im tej pracy. Ale wcale nie mogłabym, rozumiesz?
James skinął głową, poważniejąc.
 Ich codzienność chyba traciłaby sens, byłoby trochę niezręcznie. No i…  Najwyraźniej nie mógł długo obyć się bez uśmiechu – czy zawsze było w nim tyle ciepła i spokoju? Serce biło jej jak oszalałe, w oczekiwaniu na to, co powie, jakby każde słowo z osobna miało niezwykłą wartość.  Większość tych rzeczy robią pewnie dla ciebie. Z miłości.

* * * * *

Pędził przez błonia, ledwie dotykając trawy, która w widmowym świetle gwiazd wydawała się granatowa. Aksamitna szata łopotała za nim, a chłodne powietrze rozwiewało mu włosy i  studziło niespokojne myśli. Zaczął nieco niepokoić się reakcją Moon. Oczywiście wiedział, że powinien spodziewać się najgorszego, w końcu jak on sam zareagowałby na takie rewelacje? Ale zamartwianie się potencjalnymi konsekwencjami nigdy nie leżało w jego naturze. Miał już dość tego ciężaru, chciał wyjawić jej co, jak i dlaczego zrobił. Tylko to się liczyło.
Był już w pobliżu drzwi wejściowych, kiedy zobaczył jak ktoś wbiega po kamiennych schodach i przemyka do zamku.
Snape.
Przystanął niepewnie, na skraju kręgu światła rzucanego przez potężne pochodnie zatknięte po obu stronach wrót. Że też Smarkerus nie może powstrzymać się od swoich oślizgłych machinacji nawet podczas uroczystego balu… Naszła go ochota, żeby pójść jego śladem i zobaczyć, co tym razem zmalował, kiedy nagle zobaczył coś, co niemal zmroziło mu krew w żyłach.
Moon biegła dokładnie tą samą drogą, którą przed chwilą przemierzył Snape. Musiała być w Zakazanym Lesie, w przeciwnym razie z pewnością zobaczyłby ją wcześniej – nocne niebo było jasne, pozbawione jakichkolwiek chmur. Długie włosy płynęły za nią jasną falą, kiedy biegła ile sił w nogach. Syriusz wyciągnął do niej rękę i otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Dziewczyna najwyraźniej go nie zauważyła i już po chwili zniknęła za uchylonymi wrotami.
Kiedy po dłuższej chwili opanował zdumienie, ruszył za nią. Gdyby ktoś zapytał go w tym momencie, dlaczego właściwie jego serce ścisnęły wtedy lodowate okowy strachu, nie potrafiłby odpowiedzieć. Coś w jej niezupełnie naturalnej postawie, w pośpiechu, coś w chłodnym nocnym powietrzu i znienawidzonym Snapie podpowiadało mu, że stało się coś złego.
Wówczas jednak całkowicie oddał się instynktowi i jeśli coś przeczuwał, to nie poświęcił temu ani jednej świadomej myśli. Ważne było to, żeby ją dogonić.
I zrobił to, w połowie schodów prowadzących na trzecie piętro. Zupełnie jednak nie spodziewał się tego, co nastąpiło później.

* * * * *

Severus Snape jak burza wpadł do opustoszałej Sali Wejściowej. Ślizgając się na kamiennej posadzce, ostro skręcił w stronę lochów i co sił w nogach pomknął ciemnym korytarzem.
Jeszcze nigdy nie był tak wyprowadzony z równowagi jak teraz. On, opanowany, skryty, rozsądnie myślący Ślizgon czuł strach tak wielki, że ledwie potrafił nad nim zapanować. Blade płomienie podziemnych pochodni prześlizgiwały się po jego chorobliwie bladej, ziemistej twarzy.
Nagle przystanął przed kamienną, na pozór niczym niewyróżniającą się ścianą. Wymamrotał hasło i wpadł do Pokoju Wspólnego, a potem do dormitorium siódmego roku. Drżącymi rękami wysunął kufer spod swojego łóżka i krótkim szarpnięciem odchylił wieko. Nerwowo przerzucał książki aż wydobył tę, której szukał – Eliksiry dla zaawansowanych, egzemplarz opatrzony jego osobistymi adnotacjami. Porwał wolumin, wsunął kufer na miejsce i pospiesznie opuścił dormitorium, a następnie opustoszały, oświetlony zielonkawą poświatą Pokój Wspólny Slytherinu. Pobiegł wgłąb korytarza, czując ostre rwanie w boku, ale nie zwolnił kroku. Musiał zdążyć zanim skończy się bal, zanim ktokolwiek przyłapie go tu, z tą książką. Powiązanie go w jakikolwiek sposób z czarnomagicznym zaklęciem, którego użył w tym całym zamieszaniu, niewątpliwie skutkowałoby wyrzuceniem ze szkoły, a kto wie, może nawet czymś gorszym…
Stanął przed prostymi drzwiami z ciemnego drewna. Wycelował różdżkę w zamek, przygotowany do zdjęcia wszelkich blokad, ale okazało się, że sala zajęciowa zapieczętowana była jedynie zwykłą Alohomorą. Wsunął się do klasy, w której zazwyczaj odbywały się jego ulubione zajęcia – eliksiry. Nie tracił jednak ani sekundy, kierując się do z góry upatrzonego miejsca, niewielkiej szafki z obluzowanymi drzwiczkami. Opadł przed nią na kolana i otworzył, nerwowo zerkając do środka. Odetchnął z ulgą. Mimo że ostatni raz zaglądał do niej dawno temu, zawartość była ta sama. Stosik starych, używanych podręczników do użytku zapominalskich lub szczególnie ubogich uczniów. Mocno zagryzł wargi i wsunął między nie swój własny.

* * * * *

 Moon!  zawołał, kiedy znalazł się w odległości kilku jardów i parę stopni niżej od niej.
Dziewczyna obejrzała się gwałtownie, patrząc na niego z wyraźnym przestrachem. Teraz już widział, co było nienaturalnego w jej postawie – kurczowo przyciskała lewą rękę do piersi.
 Moon, wszystko w porządku?  zapytał, ostrożnie wstępując na stopień wyżej. Gryfonka wyglądała na wystraszoną i obawiał się, że spłoszy ją gwałtowniejszym gestem.
 Nie zbliżaj się!  krzyknęła nienaturalnie wysokim głosem, cofając się tyłem o kilka stopni, powiększając dzielący ich dystans.  Black, mówię poważnie, ani kroku dalej!
Podniósł ręce w uspokajającym geście, nie przestając jednak iść.
 Spokojnie, porozmawiajmy…
Moon potrząsnęła głową w milczeniu i przez ten jeden moment miał wrażenie, że lada moment dziewczyna się rozpłacze. Dominika jednak sięgnęła wolną ręką do kieszeni, lewą wciąż przyciskając do siebie, i wyciągnąwszy różdżkę, wycelowała prosto w jego pierś.
 Impedimento!
Rzuciła mu ostatnie, zagadkowe spojrzenie, po czym odwróciła się na pięcie i pobiegła w górę, po czym skręciła w jeden z korytarzy.
Syriusz próbował zwalczyć jednocześnie skutki zaklęcia i zdumienie, które spadło na niego tak niespodziewanie. Nie wierzył, że go zaatakowała. Nie wierzył, że naprawdę to zrobiła. Owszem, wiele razy groziła mu, tym razem też go ostrzegała, ale zawsze myślał, że to tylko czcze gadanie.
Urok spowalniał go tak, że czuł się niemal jak na dnie jeziora – jego ruchy były ociężałe, jakby każdy mięsień wyposażony był w niewidzialny odważnik. Nawet powietrze zdawało się przyklejać do każdego cala jego ciała, uniemożliwiając wykonanie płynnego ruchu. Zaciskał zęby i ze wszystkich sił naprężał mięśnie, brnąc przed siebie. Kiedy już wydawało mu się, że sytuacja jest beznadziejna, że nigdy nie zdoła jej dogonić, a ona zniknie Merlin wie gdzie, zaklęcie straciło nieco na mocy. Jego ruchy nie wymagały już tyle siły, stały się swobodniejsze. Doszedł do końca schodów i skręcił w korytarz, w którym niedawno zniknęła Moon. Wciąż brnął, jakby usiłował zwalczyć huragan wiejący mu prosto w twarz, ale mimowolnie odnalazł nową motywację. Wzdłuż ściany, mniej więcej na wysokości jego pasa, ciągnęła się nieregularna czerwonawa smuga. Poczuł jak jego własna krew odpływa mu z twarzy, kiedy przesuwał wzrokiem po wilgotnawych plamach.
Boże, proszę, pomóż mi  gorączkowo powtarzał w myślach.  Proszę, Boże, błagam…
I kolejny raz tego wieczora jego życzenie spełniło się zupełnie jak w jednej z bajek, które ukradkiem czytywali z Regulusem w rodzinnej bibliotece, ale niekoniecznie w sposób, którego by sobie życzył.
Gdzieś przed sobą usłyszał krótki krzyk, który pomknął ku niemu, odbijając się słabym echem od kamiennych ścian. Zaraz po nim rozległ się suchy trzask i urok, który rzuciła na niego Moon, przestał działać. Nie myśląc wiele, popędził przed siebie, gnębiony najgorszymi przeczuciami. Żadne z nich nie dorównywało jednak rzeczywistości.
Moon stała nieopodal ściany. Musiała zdjąć szatę w międzyczasie, bo teraz kurczowo przyciskała ją w okolicach lewego przedramienia. Różdżka leżała u jej stóp jak bezużyteczny patyk. Jej twarz wykrzywiona była w grymasie bólu i przez jedną, długą chwilę patrzył na nią, niezauważony. Potem Moon podniosła głowę i ich spojrzenia skrzyżowały się. Przysunęła się do ściany i z wysiłkiem się wyprostowała.
Odezwała się do niego, ale jej głos był tak cichy, że w pierwszej chwili nie wychwycił słów.
 Aksamit  powiedziała, przyglądając mu się z wyraźną kpiną.  Jakie to pretensjonalne.
Wypuściła z rąk szatę, ukazując długie na stopę, głębokie rozcięcie wzdłuż przedramienia i osunęła się bezwładnie po ścianie.




Cześć i czołem! Byłam taka podekscytowana ukończeniem tego rozdziału, że nie mogłam się powstrzymać i dodałam go wcześniej :D To chyba przez wątek Jily, nie wiem. Oczywiście spodziewam się, że za chwilę przyjdą mi na myśl jakieś poprawki, ale tak jest zawsze, więc chwilowo nie będę się tym przejmować.
Uff, to chyba rekordowo długi rozdział na tym blogu, ale założyłam sobie, że każdemu z Dni Założycieli będzie poświęcony osobny rozdział, a cała fabuła była tu na tyle spójna, że bez sensu byłoby ją dzielić. Dla każdego coś miłego, a więc było trochę śmiechu, trochę niepokoju, trochę dramatu, trochę tajemnicy, trochę miłości, trochę przyjaźni i trochę moich ukochanych fabularnych smaczków (historia Minerwy i Elphistone'a na przykład, no i nie zapominajmy o mojej interpretacji tego, jak to się stało, że słynny podręcznik Severusa wylądował w szkolnej szafce :) ) 
Nie będzie więc chyba wstydu, jeśli zadedykuję ten rozdział moim dwóm ulubienicom.
Condawiramurs, która jest z tą historią od zarania dziejów, a jej wspaniałe komentarze zawsze bardzo mnie motywują, zwłaszcza że sama świetnie pisze, więc kto nie widział, niech sprawdza :)
Shanie, która heroicznym wysiłkiem nadrobiła całe mnóstwo rozdziałów, by być teraz na bieżąco i nieodmiennie zachwycać mnie swoimi spostrzeżeniami z zupełnie nowej strony, i na której autorską twórczość wciąż niecierpliwie czekam :) 
Bardzo Wam dziękuję, dziewczyny, gdyby nie Wy, to... Nie, nawet nie chcę myśleć.
Serdeczne pozdrowienia i wyrazy wdzięczności przesyłam też do wszystkich pozostałych, którzy dobrnęli do końca. Kurczę, już bliżej niż dalej! :D