25 lipca 2017

Rozdział XXVI - część III


„Z miłości”
– rozdział XXVI 

Emocje buzowały w niej jak nigdy. Pozornie spokojnie zasiadła przy stole Gryffindoru i nałożyła sobie porcję jajecznicy z pomidorami, ale w jej głowie szalała prawdziwa burza.
Początkowo była przekonana, że jej przyjaciółka zwyczajnie dramatyzuje, ale wraz z napływem informacji przekonała się że chyba jest inaczej. Syriusz nie był głupi, z pewnością dodał dwa do dwóch. Dominika od tygodni była tak przepełniona złością i desperacją z powodu śmierci brata i Patricii, że Biała Magia zdawała się wyciekać z niej jak z pękniętego naczynia. Ostatnio nie potrafiła nawet rzucić zwykłego zaklęcia tarczy, a nagle nie dość, że pomogła Huncwotom w ich potwornym dowcipie, to jeszcze zużyła mnóstwo energii na oparzenie Blacka. Skąd ten nagły przypływ Mocy? Zarówno ona, jak i Dominika i Syriusz wiedzieli, jaka jest odpowiedź – miłość.
W przeciwieństwie do przyjaciółki, Lily powitała tę informację z zainteresowaniem. Wiedziała, że Moon ciągle kocha Blacka, natomiast mogła się jedynie domyślać, co takiego dzieje się z nim, choć było to trudne. Arystokrata ewidentnie kipiał od emocji, ale pilnował się, by z żadną z nich nie zdradzić się zbyt wyraźnie. W pewnym momencie chciała pocieszyć Dominikę, że fakt, iż ktoś taki jak on tyle czasu nie znalazł sobie nowej dziewczyny, musi coś znaczyć, ale powstrzymała się – nie chciała podsycać jej złudzeń, a że znała go od lat, wiedziała, że nigdy przesadnie nie interesował się dziewczynami – to raczej one interesowały się nim.
Jego wczorajsze zachowanie i zdemaskowanie się Moon mogły jednak sprawić, że nastąpi jakieś przerwanie impasu, oczywiście, jeśli ta panikara zdecyduje się opuścić dormitorium.
I kto wie?  myślała Evansówna, w zamyśleniu pogryzając tosta.  Może mimo wszystko przełamaliby lody na balu?
Jakby w odpowiedzi na swoje rozmyślania, nad krawędzią pucharka z sokiem dyniowym napotkała znajome spojrzenie czarnych tęczówek. Odwróciła wzrok, leniwie rozglądając się po sali, ale po chwili wiedziała już, że to nie był przypadek – Syriusz ewidentnie ściągał ją wzrokiem. Zaprawiona w bojach z Potterem, Evans nie przejęła się tym zbytnio i z najwyższym skupieniem zaczęła smarować tosta dżemem morelowym. Niestety Black okazał się być równie uparty jak Potter, bo po chwili przesiadł się na miejsce obok niej, wciąż uporczywie się w nią wpatrując.
Rzuciła mu taksujące spojrzenie.
 Widzę, że przeprosiliście się z mundurkami  zauważyła cierpko, rzuciwszy okiem na krawat i emblemat w barwach Gryffindoru.
 Nie mam ochoty na żadne gierki  mruknął, pochylając się ku niej nad stołem. Zawahał się wyraźnie i w zamyśleniu obrócił w palcach widelec, po którym miękko prześlizgnął się blask świec.  Dlaczego nie przyszła na śniadanie?
Mimo wszystko zdziwiła ją jego bezpośredniość. Nie chciała ingerować w skomplikowane relacje między nim a Dominiką, więc narzucony przez niego styl rozmowy był jej wybitnie nie na rękę. Na ratunek niespodziewanie przyszedł jej dyrektor, który wstał ze swojego miejsca i zastukał nożem o krawędź pucharka.
 Wybacz.  Końcem widelca wskazała na Dumbledore’a, przywołując na twarz przepraszający uśmiech.  Chciałabym posłuchać.
Black zacisnął usta i zmarszczył brwi, kiedy Lily z najwyższym spokojem wsparła podbródek na splecionych dłoniach. James raz po raz parskał pod nosem, uważnie obserwując całą scenę, natomiast dyrektor wygłosił uroczystą przemowę, podsumowującą okrągłą rocznicę założenia Hogwartu, zawierającą także zapowiedź balu, który miał odbyć się tego wieczora o godzinie dwudziestej. Wywołało to szmer podnieconych głosów, ale kiedy Dumbledore skończył, Lily podniosła się bez słowa, z rezygnacją niemal dorównującą tej, którą okazywał Black, stając tuż naprzeciw niej.
 Jak bardzo jest źle?  zapytał chłopak natarczywym tonem.  To dlatego nie przyszła na śniadanie, prawda?
Rudowłosa Gryfonka zamierzała go zbyć byle jaką wymówką, ale w momencie, w którym otworzyła usta, wyręczyła ją najmniej spodziewana osoba, którą okazała się Marion Grant, jej współlokatorka.
 Napastowała go totalnie w samym staniku  przemawiała tym szczególnym rodzajem konspiracyjnego szeptu, który powinien być słyszalny w promieniu co najmniej pięciu jardów. Kątem swoich uderzająco błękitnych oczu zerknęła na Syriusza i uśmiechnęła się lekko.  Cicha woda...
 Co ty wygadujesz, Grant.  Black nagle zmienił rozmówczynię, odwracając się w kierunku kasztanowłosej Gryfonki i zaciskając pięści. Evans miała doskonałą okazję do ucieczki, ale sterczała w miejscu, uważnie obserwując rozwój sytuacji. Tak jak Syriusz domyślała się, o kim plotkowała Marion, ale nie mogła się powstrzymać, żeby popatrzyć na jego reakcję. W myślach odnotowywała każde słowo, gotowa dokładnie powtórzyć je przyjaciółce.
 Sama widziałam.  Dziewczyna odrzuciła włosy do tyłu i rzuciła mu wyzywające spojrzenie.  Cóż, można było się tego spodziewać, w końcu jest Francuzką
Porozumiała się wzrokiem z przyjaciółkami, które energicznie pokiwały głowami, przypieczętowując ostatecznie reputację rozpustnych obywatelek Francji.
 Ona wcale nie… Ona tylko…  Evans z rosnącą fascynacją patrzyła jak młody Black miota się, usiłując wybrnąć z sytuacji. Na szczególną uwagę zasługiwał uroczy rumieniec, który z wolna wypełzał na jego policzki, będący zjawiskiem równie rzadkim co przyjazna mantykora.  Ona tylko pomagała mi… w czymś  zakończył niezdarnie, wzbudzając falę sceptycznych spojrzeń i kpiących uśmiechów.  Nieważne  burknął, po czym odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem opuścił Wielką Salę.
Lily mimowolnie dołączyła do imponującej grupy osób wpatrujących się w jego plecy i w zamyśleniu założyła za ucho kosmyk włosów. Cóż, to było interesujące. Warte wspomnienia w raporcie, to na pewno.
Kiedy tylko dotarła do dormitorium i złożyła przed Dominiką stosik tostów, streściła jej cały przebieg śniadania. Moon wyglądała na jednocześnie uradowaną i przerażoną.
 Musisz z nim porozmawiać  powiedziała stanowczo Lily, przysiadając na brzegu łóżka i potępieńczo patrząc na przyjaciółkę.
 Wiem…  jęknęła Moon, obciągając rękawy piżamy.  Chyba trochę go wystraszyłam. Ale gdybyś tak powiedziała mu, że wszystko jest w porządku…
 Nie.  Evansówna skrzyżowała ramiona na piersiach i spojrzała na nią karcąco.  Sami musicie to załatwić.
Blondynka westchnęła ciężko i sięgnęła po tosta. Nastąpiła chwila ciężkiego milczenia, podczas którego Dominika ponuro żuła śniadanie, a Lily rzucała jej pełne oburzenia spojrzenia.
 Fo mam mu nify pedzieć?  zapytała w końcu Moon z pełnymi ustami, jak zwykle poirytowana moralizatorskimi zapędami przyjaciółki. Przełknęła z wysiłkiem.  Że go kocham i przypadkiem nie zauważyłam, że w jego obecności Moc nie leci mi przez palce? Tego oczekujesz?
 Nie, bo…  Lily zawahała się i przygryzła wargę, ale gdy po chwili ponownie spojrzała na Dominikę, na jej ustach widniał lekki, ciepły uśmiech.  Myślę, że on już to wie.

* * * * *

Godzinę później dobry humor Evansówny niemal zupełnie wyparował. Przemierzała dormitorium w tę i z powrotem, tupiąc głośno i rzucając groźne spojrzenia w kierunku przyjaciółki, która siedziała na swoim łóżku i nerwowo kiwała nogą, w rękach mnąc pasek torby.
 Zaraz się spóźnimy!  rzuciła po raz kolejny, przystając przy drzwiach.
 Tak by było najlepiej.  Moon pokiwała głową w zamyśleniu, jakby nie zauważyła irytacji rudej.  Nie miałby czasu, żeby zamęczać mnie pytaniami.
 Ale to zajęcia profesor McGonagall! Wiesz jak ona reaguje na spóźnienia!  Krótkim ruchem otworzyła drzwi i wskazała je ruchem głowy.  Ja idę. Jeśli tu zostaniesz, zrobię niespodziankę Potterowi i z nim usiądę, a wtedy ty będziesz musiała usiąść z Blackiem. Będziecie mieli mnóstwo czasu na pogaduszki.
Groźba Lily przyniosła spodziewany efekt, bo Moon podniosła się z łóżka, zarzuciła torbę na ramię i posłusznie wyszła za nią, wciąż z tym lekko nieprzytomnym wyrazem twarzy. Evans zerkała na nią raz po raz spod rzęs, jakby spodziewała się, że jej przyjaciółka znowu postanowi nagle zemdleć. Nic takiego jednak nie nastąpiło i po chwili szybkiego marszu dotarły do sali transmutacji, powoli wypełniającej się uczniami.
Na ich widok Syriusz gwałtownie podniósł się z miejsca, ale profesor McGonagall stanęła już za katedrą i jednym spojrzeniem uciszyła wszystkie rozmowy.
 Niepotrzebnie zjadłam te tosty  jęknęła Moon, kiedy opadła na krzesło.  Niedobrze mi.
 Trzeba było zostać wczoraj w Pokoju Wspólnym i wszystko wyjaśnić od razu zamiast w panice uciekać do dormitorium  syknęła Evans, wygrzebując z torby pióro, kałamarz i zwój pergaminu.
 Wcale nie uciekałam w panice  oburzyła się blondynka.  Nawet powiedziałam mu „dobranoc”. Ludzie, którzy uciekają w panice, nie mówią „dobranoc”, no nie?
Lily nic nie odpowiedziała, bo napotkała ostrzegawcze spojrzenie profesor McGonagall. Mimo że dzisiejszy wykład był szczególnie ciekawy, traktujący o tym, co dzieje się z masą dużego stworzenia transmutowanego w mniejsze stworzenie, słuchaczy nie było wiele więcej niż zwykle. Większość Hogwartczyków była zbyt zaaferowana przygotowaniami do balu, żeby dobrowolnie udać się na dodatkową transmutację.
Nagle na ławkę między nimi spadł zwinięty w kulkę kawałek pergaminu. Przez chwilę Moon wpatrywała się w niego, jakby był tykającą bombą, ale, ponaglona groźnym spojrzeniem Lily, rozwinęła zwitek i zerknęła na linijkę wypisaną dobrze jej znanym drobnym, zamaszystym pismem.

Porozmawiajmy. Proszę.

Moon szybko naskrobała „nie” i już miała odesłać karteczkę z powrotem, kiedy Lily złapała ją za nadgarstek i z politowaniem pokręciła głową. Dominika odetchnęła ciężko, wznosząc oczy do sufitu, po czym dopisała jeszcze „wydaje mi się, żeby była taka potrzeba. Czuję się doskonale, Ty chyba też, więc nie ma problemu”. Krótkim ruchem różdżki ukradkowo odesłała zwitek na ławkę Huncwotów.
To powinno załatwić sprawę. Zadowolona, że tak zgrabnie udało jej się wyjaśnić sytuację bez rozmawiania z Syriuszem, oparła podbródek na dłoni i z nowym zainteresowaniem wsłuchała się w wykład nauczycielki. Transmutacja zawsze fascynowała ją jako mugolaczkę, no bo które dziecko nie słyszało jak w bajkach czarownice zamieniały ludzi w żaby? W praktyce okazało się to o wiele mniej atrakcyjne, bo transmutacja była bardzo skomplikowana i wymagała precyzji oraz skupienia, o czym właśnie opowiadała profesor McGonagall. Powołując się na ów bajkowy przykład dowodziła, że zapakowanie wszystkich tkanek człowieka do pojemnika wielkości żaby wydawać by się mogło niemożliwe, no bo gdzie włożyć cały nadmiar?
W chwili, kiedy miała usłyszeć odpowiedź na to interesujące pytanie, nauczycielka przerwała wykład i szybkim krokiem podeszła do ławki zajmowanej przez Jamesa i Syriusza. Zanim Black zdążył zareagować, z niebywałym refleksem pochwyciła leżący przed nim pognieciony zwitek pergaminu i groźnie zmrużyła oczy. Chłopak zafrasował się wyraźnie, wodząc wzrokiem od karteczki do twarzy profesorki i z powrotem.
 Żadnych liścików na mojej lekcji, Black. To pierwsze i ostatnie ostrzeżenie  powiedziała sucho i przystawiła koniec różdżki do pergaminu, który zajął się ogniem, po czym odwróciła się i wróciła do katedry. Huncwot z ulgą spojrzał na resztki kartki tlące się na posadzce.
Dominikę ogarnęło niezbyt przyjemne wrażenie, że jej odpowiedź mimo wszystko nie zadowoliła Syriusza, a dobrze wiedziała jaki potrafił być uparty. Mimo wszystko, zostały jeszcze jedynie specjalne zajęcia z zaklęć, a później wszyscy zajmą się balem, więc chłopak nie będzie miał okazji przyprzeć jej do muru. Musiała tylko przetrwać zaklęcia…
Kiedy tylko zabrzmiał dzwon oznajmiający koniec lekcji, popędziła do toalety, odprowadzana potępieńczym spojrzeniem Lily. Ona nie wiedziała, jak to jest. Podwójnie okazała przed nim słabość i, prawdę mówiąc, nie wiedziała czy bardziej wstydziła się swoich uczuć względem niego, czy może niestabilności swojej Mocy. Tygodnie kompletnej niemożności używania zaklęć obronnych, a potem nagły napływ energii zupełnie ją wyczerpały. Najwyraźniej to, co do niego czuła było tak silne, że przerwało impas, a Moc na chwilę wróciła do niej w pełnej okazałości.
A teraz?  pytała się w myślach, patrząc na swoje odbicie w lustrze.  Gdzie jesteś teraz?
Niezbyt przyjemna mieszanka wstydu, strachu i niepewności najwyraźniej ponownie stłumiła drzemiącą w niej Białą Magię. Mimo to, paradoksalnie czuła się nieco lepiej niż w ciągu ostatnich tygodni – owszem, była słaba, ale już nie tak bezbronna, czuła to. Nie była to pełnia Mocy, zaledwie jej cień, ale i to stanowiło miłą odmianę.
Opłukała twarz zimną wodą i wzięła kilka głębokich oddechów. Niedługo to wszystko nie będzie już miało znaczenia. Lada chwila skończy szkołę i będzie wolna, zupełnie wolna. Może nawet wróci do swojej ukochanej Marsylii?
Kiedy metaliczny brzęk oznajmił początek lekcji, była już w drodze do sali. Czuła się znacznie spokojniejsza. Za godzinę będzie siedziała spokojnie w dormitorium, obserwując przygotowania Lily do balu i kto wie, może poczyta sobie dzienniki du Boisa? Ostatnio stały się szczególnie ciekawe, bo szlachcic szczegółowo opisywał swoje niezbyt udane pożycie małżeńskie. Zupełnie jak harlequin, tyle że prawdziwy.
 Kochani!  zawołał z katedry profesor Flitwick, kilkakrotnie klasnąwszy w ręce.  Dziś poćwiczymy pojedynkowanie w nowej odsłonie. Będziemy próbowali rzucać serie zaklęć – niedługo bal, więc co powiecie na mały dwutakt, hę?
Moon w zamyśleniu nawinęła na palec kosmyk włosów. Ciekawy pomysł, zazwyczaj pojedynkowała się w klasycznym stylu, rzucając zaklęcia na zmianę z przeciwnikiem, i właściwie nigdy nie pomyślała, żeby bardziej zdynamizować walkę.
 Co ty na to, Lil?  zapytała, ale nie doczekawszy się odpowiedzi, rozejrzała się roztargniona. Przyjaciółki nie było nigdzie w pobliżu, chociaż mogłaby przysiąc, że przed chwilą stała tuż obok. Czując narastającą panikę, kluczyła między uczniami w poszukiwaniu Evansówny, starając się jednocześnie nie wpaść na Huncwotów. Okazało się to o tyle niemożliwe, że rudowłosa stała z nimi i zaśmiewała się w najlepsze.
 Gdzieś ty się podziewała?  zapytała Moon z oburzeniem, kiedy profesor Flitwick oznajmił początek pojedynków, wypuszczając z różdżki snop szmaragdowozielonych iskier.  W samą porę!
 En garde, Potter!  zawołała Lily niespodziewanie, stając w pozycji bojowej przed okularnikiem. Moon wytrzeszczyła na nią oczy. James najwyraźniej również był zaskoczony, ale szybko wczuł się w rolę, bo uchwycił różdżkę jak szpadę i zaczął nią efektownie wywijać. Blondynka zrezygnowała z przyglądania się ich pojedynkowi i zanim padło pierwsze zaklęcie, odwróciła się na pięcie i ponownie zaczęła brnąć przez tłum. Nie zdążyła przejść nawet trzech jardów, kiedy ktoś położył jej rękę na ramieniu. Cóż, nie mogła powiedzieć, że się tego nie spodziewała. Evans, zdradzieckiej flądrze, podziękuje przy najbliższej okazji.
 Wyzywasz mnie na pojedynek?  zapytała zadziornie, odwracając się i patrząc w czarne oczy Syriusza Blacka.
 Wolałbym nie.  Jego spojrzenie niespokojnie błądziło po całej jej sylwetce, skutecznie topiąc resztki pewności siebie, które przywołała na ratunek. W obronnym geście założyła ramiona na piersiach i cofnęła się nieco.
 Jak widzisz jestem w doskonałej formie, więc jeśli odmówisz, to wszystkim powiem, że strach cię obleciał.
 Nie żartuj z tego.  Rozejrzał się niepewnie, ale lekcje zaklęć zawsze były idealną do prywatnych rozmów – wszyscy zazwyczaj bawili się zbyt dobrze, żeby zwracać uwagę na innych i tym razem nie było inaczej – uczniowie marszczyli brwi, mocno zaciskali palce na różdżkach i w skupieniu zaciskali wargi, usiłując miotać serie zaklęć.  Posłuchaj, nieźle mnie wczoraj wystraszyłaś. Nie chciałem, żebyś się nadwyrężała.
 Ojej, wielkie mi halo.  Moon przewróciła oczami.  Przez moment zakręciło mi się w głowie i tyle. To na pewno dlatego, że przez was nie zjadłam kolacji.
 Zemdlałaś  powiedział z naciskiem Black, pochylając się ku niej.
 Na sekundę!
 To niczego nie zmienia. Nie chcę, żebyś doprowadzała się do takiego stanu.  Sposępniał nagle.  Zwłaszcza dla mnie.
 Nie ma sprawy, następnym razem zostawię cię w męczarniach  warknęła, czując jak krew występuje jej na policzki. Jaki on był niewdzięczny! I jeszcze miał czelność traktować ją jak najgorszego słabeusza, jak nieporadną damę w opresji, jakby już znajdowała się na łożu śmierci przez taką drobnostkę…
 Poradzę sobie, bez obaw  odpowiedział lekceważącym tonem, podnosząc dumnie głowę.
 Jeśli nie zauważyłeś, to niniejszym informuję cię, że ja też doskonale radzę sobie bez twojej troski, więc daj mi w końcu święty spokój! Ostrzegałam cię, jeśli nie przestaniesz wtrącać się w moje sprawy, to… to zobaczysz.
 Nie mogę.  Wzruszył ramionami.
 Tak? A to dlaczego?  Jego opanowanie, jego szlachetne współczucie, jego lekceważąca postawa doprowadzały ją do szału i spodziewała się, że lada chwila kłęby pary buchną jej z uszu. Nie ulegało wątpliwości, że Black jest na wygranej pozycji – w końcu chociaż ją rzucił, to wciąż wspaniałomyślnie oferował jej swoją przyjaźń i opiekę, a teraz pewnie też współczucie i politowanie, skoro była tak głupia i niechcący zdradziła mu, że żadne z jego idiotycznych zachowań nie wypaliło w niej miłości do niego. Jej jedyną obroną był teraz atak i starała się zrobić wszystko, żeby zaprzeczyć jego – choć ze wszech miar słusznym – domysłom. Niech czuje, że się pomylił. Że jej wczorajsza słabość to… to tylko zwykły zbieg okoliczności.
 Może porozmawiamy o tym podczas balu?  Syriusz ostrzegawczo kiwnął głową w kierunku zbliżającego się do nich profesora Flitwicka. Moon z prawdziwą rozkoszą wystrzeliła w kierunku Huncwota kanarkowożółty promień, ale nie przyłożyła się zbytnio i chybiła.
 Może  powiedziała ostrożnie, zakładając kosmyk jasnych włosów za ucho. Jawne okłamywanie go wzbudzało w niej mieszane uczucia, ale miała silne wrażenie, że nie powinna mówić mu o tym, że nie zamierza pojawić się na balu, nie wspominając już o umówionym spotkaniu z jego bratem…

* * * * *

 Uroczy są, prawda?  zagaił James konwersacyjnym tonem, kiwnąwszy głową w stronę Moon wydzierającej się na Blacka.
Lily zerknęła w tamtą stronę między jednym a drugim zaklęciem.
 Wiesz  odparła lekko, posyłając w jego stronę kolejno purpurowy i błękitny promień, które Potter zręcznie zablokował.  Syriusz nie zawsze postępuje jak gentleman.
Okularnik zaśmiał się krótko i od niechcenia rzucił zaklęcie, które Lily z gracją odbiła.
 Może po prostu muszą się wykłócić?
Evans westchnęła i przechyliła się lekko, zgrabnie unikając Tarangatelli, która trafiła w stojącą za nią Puchonkę.
 To nie jest zabawne. Ona się boi.
Potter wykonał efektowny unik i przesuwając się obok niej jak w tańcu, mruknął:
 Mówisz o niej czy o sobie?
Lily ze zdumieniem spojrzała w jego roziskrzone orzechowe oczy i zanim zdążyła wydukać cokolwiek, James przyłożył koniec różdżki do jej boku i wybuchnął szczerym śmiechem.
 Wygrałem!

* * * * *

W przyszłości dziesiątki razy będzie zadawał sobie pytanie, czy mógł przewidzieć to, co stało się tego feralnego wieczora. Czy nie gnębiło go żadne przeczucie, kiedy przymierzał wyjściową szatę z czarnego jak noc aksamitu? Czy serce nie ściskało mu się z niepokoju, kiedy brał do ręki butelkę wody kolońskiej? Czy kiedy zszedł do Sali Wejściowej, wzdłuż kręgosłupa nie przebiegł mu zimny dreszcz?
Prawdopodobnie nie. Podobnie jak większość Hogwartczyków, cieszył się na myśl o balu i rozlicznych możliwościach, które mógł przynieść. Myślał o dobrej zabawie, uroczystym bankiecie i szalonym planie Jamesa, który zamierzał podjąć ostateczną próbę oczarowania Lily Evans – próbę ostrożnie przygotowywaną od tygodni.
Tylko w jednym momencie poczuł jak przeszywają go delikatne igiełki niepokoju. James zaśmiał się wtedy, że Syriusz stroi się jak na własne wesele i zapewnił go, że Moon z pewnością padnie z wrażenia i zapomni o wściekaniu się na niego. Młody Black przewrócił wtedy oczami, mile połechtany, nie biorąc jednak słów przyjaciela na poważnie. Moon była zakazana i tak musiało pozostać, zwłaszcza po tym, co stało się wczoraj.
 No  odezwał się wtedy Peter, nie odrywając wzroku od brązowej fasolki, która mogła mieć zarówno smak czekoladowego puddingu jak i robaka ziemnego.  Tyle że ona nie idzie na bal.
 Nie idzie?  Czarna szata Syriusza załopotała, kiedy gwałtownie odwrócił się od lustra.  Jak to nie idzie?
 No…  Pettigrew zafrasował się wyraźnie pod obstrzałem spojrzeń przyjaciół.  Powiedziała, że ma złe wspomnienia z balami i nie chce iść.
 Teraz mi to mówisz!  Black cisnął na łóżko różdżkę, która podskoczyła na miękkiej pościeli i spadła na podłogę, wypluwając z siebie kilka mieniących się iskier. Pozostali Huncwoci rzucili w jego stronę niepewne spojrzenia, ale żaden z nich nie skomentował sytuacji.
 Pete!  zawołał nagle James z nową energią. Glizdogon podniósł wzrok na przyjaciela, pełen najgorszych przeczuć. Nagłe olśnienia Pottera z reguły miały katastrofalne skutki.  A gdybyś tak znowu pobawił się w szpiega?
 Rogacz, daj spokój  jęknął Remus w odpowiedzi, znad swojej szaty wyjściowej, co do której nie mógł się zdecydować, gdzie ma przód, a gdzie tył.  Daj tej dziewczynie trochę odetchnąć. Może faktycznie nie lubi takich spędów i chce sobie poczytać w spokoju?
 Jasne  parsknęli jednocześnie James i Syriusz.
 Znowu w coś się wpakowała, Jim ma rację  ciągnął Black, kiwając ponuro głową. Spojrzał z nadzieją na Pettigrew.  Glizdek, naprawdę mógłbyś…?
Chłopak zrobił kwaśną minę.
 Dlaczego zawsze ja? Ja też chcę iść na bal.
 Daj spokój, i tak nie masz partnerki, nie musisz iść.  Potter wywrócił oczami.
 Wy też nie macie, a idziecie  burknął oskarżycielsko, nerwowo grzebiąc w pudełku fasolek, w którym zostały same wątpliwe egzemplarze.
 Ja jestem konsekwentny!  James wyraźnie oburzył się tym zarzutem, który godził w jego miłość własną. Pozostali Huncwoci wydawali się raczej rozbawieni.
 Ja też  parsknął Black, nonszalancko odrzucając grzywkę z czoła.  Nadal uważam, że nikt nie jest godzien mojej ręki.
 A mój zwierzęcy magnetyzm odstrasza zamiast przyciągać  dorzucił Lupin, co wzbudziło serię wybuchów śmiechu.
 Nie martw się, stary.  Potter klepnął przyjaciela w ramię, drugą ręką ocierając łzy spod okularów.  Któraś kiedyś na pewno skusi się na małpoluda.
 Ej!  Remus zamachnął się na Jamesa, który upadł na swoje łóżko, trzęsąc się ze śmiechu.
 Wracając do tematu  przerwał im Syriusz rzeczowym tonem, splatając dłonie na podołku.  Peter, jeśli to zrobisz, będę twoim dłużnikiem.
 Glizdek, mam nadzieję, że prowadzisz rejestr jego długów, co?  zapytał Potter złośliwie, z wysiłkiem podnosząc się do pozycji siedzącej.
 Twoich jest więcej, nawet nie chcę myśleć, ile razy kazałeś mi śledzić Evans…
Huncwoci ponownie wybuchnęli gromkim śmiechem.
 Zrobię to  powiedział w końcu Peter męczeńskim tonem.  Ale do końca roku będziesz pisał moje wypracowania z transmutacji i wszystkie mają być co najmniej na P.
 Twardy negocjator.  James pokiwał głową, krzywiąc się na samą myśl.
 Zgoda!  Syriusz rzucił się na łóżko Glizdogona i zaczął miażdżyć go w żelaznym uścisku.  Jimmy, daj mu swoje lusterko.
Potter pochylił się nad swoim kufrem i po dobrych kilku minutach wyciągnął z niego niewielkie, prostokątne lusterko.
 Ja mam drugie  zastrzegł Black, chowając identyczny egzemplarz do kieszeni szaty.  Jeśli będziesz miał kłopoty, wypowiedz do niego moje imię.
Peter skinął głową w milczeniu i ukrył lusterko w połach szaty. Jeśli tego dnia ktoś miał złe przeczucia, z pewnością był to on sam.

* * * * *

 Lily!
 Wyglądam jak kłoda  burknęła Evansówna, z ramionami zwieszonymi wzdłuż boków i spuszczoną głową. Miała na sobie lśniącą suknię w kolorze bladego złota, która wspaniale eksponowała jej porcelanowe ramiona i drobną budowę ciała.
 Wyglądasz prześlicznie!  zawołała Moon z przejęciem, schwyciwszy ją za ręce.  Na gacie Merlina, wiedziałam, że to będzie idealny kolor.
 Tak myślisz?  zapytała sceptycznie Gryfonka, stając przed wysokim lustrem i zakładając kosmyk włosów za ucho. Suknia delikatnie mieniła się w świetle pochodni.
 Lily, to będzie twój wieczór  powiedziała miękko Moon i mocno uściskała przyjaciółkę, która z wdzięcznością odwzajemniła gest.
 Na pewno nie chcesz pójść?  zapytała ze smutkiem.  Byłoby mi raźniej…
 Nie, naprawdę.  Dominika wycofała się na swoje łóżko i usiadła po turecku pośród rozrzuconych w nieładzie zwojów pergaminu, które czule poklepała.  Mam dziś randkę z du Boisem.
 A Regulus?  zapytała Lily, odwracając się do lustra i zastanawiając się nad fryzurą.  Czego chce?
 Nie mam pojęcia.  Moon rozrzucała pergaminy jeszcze bardziej w poszukiwaniu paczki swoich ulubionych pieprznych diabełków.  Wspominał, że już wie, kto sabotuje Ślizgonów, ale nie wiem właściwie, co ja mam z tym wspólnego.
 Będziesz na siebie uważać, prawda?
 No jasne, Lil  odparła nonszalancko, rozpierając się na puchowych poduszkach i odgryzła diabełkowi jeden z rogów.  Myślisz, że Biali Magowie dają sobie wchodzić na głowę?
Gryfońska prefekt odetchnęła ciężko, nie wiadomo czy z powodu tego, co powiedziała jej przyjaciółka, czy fryzurowego dylematu. Przed nią leżało kilka egzemplarzy Czarownicy, skrzętnie gromadzonych od miesięcy, ale nie mogła zdecydować się na żadną z proponowanych fryzur. W ramach eksperymentu zakręciła nad czołem lok, ale Moon natychmiast podniosła się z miejsca, kręcąc głową.
 Masz takie ładne włosy  powiedziała, zbierając jej ciemnorude kosmyki nad karkiem i układając w niski kok.  Nie trzeba bardzo kombinować. Daj mi chwilę!
Dominika rzuciła się w stronę swojego kufra i wyciągnęła z niego małą kosmetyczkę. Wyjęła srebrzystą spinkę z bursztynowym oczkiem i przyłożyła do włosów Lily.
 Pasuje idealnie, no nie?
Evans niepewnie przyjrzała się swojemu odbiciu w lustrze. Suknia rzeczywiście miała piękny kolor i dobrze się układała, a niskie upięcie było skromne i eleganckie. Poczuła jak wraca jej zwykła pewność siebie. Wyglądała naprawdę dobrze.
 Biedny Jimmy zemdleje z wrażenia  zamruczała śpiewnie Moon, upinając jej rdzawe włosy i uśmiechając się ponad jej ramieniem. Serce Lily zabiło radośnie, kiedy zupełnie szczerze odwzajemniła promienny uśmiech.

* * * * *

Wielka Sala wyglądała niewiarygodnie. Sprawiała wrażenie nawet większej niż zwykle, bo zniknęły stoły poszczególnych domów, a na ich miejscu pojawiły się dziesiątki małych stolików, przy których zmieściłby się może tuzin osób. Stoliki wraz z długimi ławami, na których znajdował się poncz i inne napoje, stały przy ścianach, środek sali natomiast przeznaczono na parkiet. W powietrzu unosiły się girlandy srebrzystych lampek, tak udatnie przypominających pobłyskujące gwiazdki, że sprawiały wrażenie, jakby osunęła się część zaczarowanego sklepienia. W każdym rogu sali stał jeden posąg Założyciela, a tu i ówdzie znajdowały się symbole domów i obfite bukiety kwiatów.
Syriusz chyba jeszcze nigdy nie czuł się tak nieszczęśliwy.
James był zbyt podekscytowany i poddenerwowany jednocześnie, żeby dało się z nim normalnie porozmawiać. Syriusz nie dziwił się mu zbytnio – w końcu od tygodni chodził na palcach wokół Evans, przestał uporczywie zapraszać ją na randki, nie wysłał jej walentynki ani nie zaprosił na bal – co ciekawe, najwyraźniej przyniosło to spodziewany efekt, bo rudowłosa pani prefekt znacznie częściej niż zwykle wodziła wzrokiem za Potterem i wyraźnie zmiękła.
 Dziś albo nigdy  powiedział mu James i duszkiem wychylił pucharek ponczu.
Remus też nie był dziś najlepszym towarzyszem. Kiedy tylko zobaczył Elisabettę w oszałamiająco różowej sukni, przybladł wyraźnie i wycofał się do kąta sali. Black zirytował się, widząc, że dziewczyna wyraźnie ściąga wzrokiem Lunatyka, którego przecież tak skrzywdziła i porzuciła z najgorszego możliwego powodu. Miał ochotę powiedzieć jej parę słów, ale na razie powstrzymywał się pod wpływem niespokojnego spojrzenia Remusa.
On sam nie był w szampańskim nastroju. Krążył dookoła stołu z napojami, popijając drinki i mierząc zgromadzonych ponurym spojrzeniem. Dzisiejszy bal był doskonałą okazją dla uczniów do zawierania intratnych znajomości, bardzo przydatnych po zakończeniu szkoły, dlatego niektórzy zagadywali licznych gości, dowcipkując i zagadując na tematy stosowne do ich profesji, a Syriuszowi robiło się niedobrze na ten widok. Za bardzo kojarzyło mu się to z rodzinnym domem i nieustannymi przyjęciami, wypełnionymi sztucznymi uśmiechami i uważnymi spojrzeniami, rzucanymi znad krawędzi pucharków z rżniętego szkła.
Widząc radość Jamesa, czuł delikatne ukłucia zazdrości. Marzył o szczęściu swojego największego przyjaciela i zrobiłby wszystko, aby dopomóc mu w jego osiągnięciu, ale w pewnym sensie dla siebie pragnął tego samego, a wiedział, że zrezygnował z tego na własne życzenie. Nie miał innego wyboru, ryzyko było zbyt duże, ale myśli te w żaden sposób nie poprawiały jego samopoczucia. Przypomniał sobie słowa Remusa, które niekiedy przywoływał w chwilach słabości. Może rzeczywiście jest tak, że nie każdemu pisane jest szczęście z drugą osobą? Może niektórzy powinni szukać go gdzie indziej zamiast zawistnie patrzeć na plecy szczęśliwców?
Raz po raz nerwowo zerkał w lusterko, ale wciąż widział w nim tylko swoje odbicie.
Był na nią zły. Oddał swoje szczęście, żeby ją ochronić, a ona drwiła z niego, balansując na cienkiej linii, ryzykując raz po raz. Zanim wyszedł z dormitorium, po raz ostatni zerknął na Mapę Huncwotów. Moon siedziała bezpiecznie w dormitorium dziewcząt, ale czuł, po prostu czuł, że to byłoby zbyt piękne, aby została w nim przez cały wieczór. W pewnym sensie chciał, żeby przyszła na bal, może nawet z jakimś partnerem, ale miałby ją wtedy na oku, wiedziałby, że nic jej nie grozi. Teraz nie wiedział niczego i to doprowadzało go do szaleństwa.
 Dobrze się bawisz?
Z roztargnieniem spojrzał na właścicielkę głosu. Oczy w kolorze gorzkiej czekolady mrużyła w uśmiechu, a kaskada lśniących włosów podobnej barwy spływała na jej srebrzystą suknię. Josephine.
 Jak nigdy  mruknął i odwrócił wzrok, sygnalizując koniec rozmowy.
 Bierz.  Dziewczyna szturchnęła go łokciem, podając mu jeden z pucharków, które trzymała w dłoniach.  Wyglądasz, jakbyś tego potrzebował.
Black wziął od niej kielich i powąchał zawartość. Josephine zaśmiała się perliście.
 Nie bój się, nie otruję cię.  Sama upiła łyk i Syriusz poszedł w jej ślady.  Nie martw się, ona przyjdzie.
 Kto?  zapytał, prawie zachłystując się płynem.
Josephine rzuciła mu taksujące spojrzenie.
 Ta, na którą czekasz. Wiesz, nie jestem taka zła, jak myślisz.
Wzruszyła ramionami i odeszła, kołysząc biodrami. Syriusz patrzył za nią z niedowierzaniem. Skąd mogła wiedzieć? Może… Kiedyś chodziła z Dominiką do szkoły, może jednak odnowiły znajomość i… Moon powiedziała jej… Powiedziała jej, że jednak…
Jego mózg działał niezwykle opornie. Czuł silne zawroty głowy i pomyślał, że może jednak za dużo wypił, postanowił więc się przewietrzyć. Ruszył w stronę wyjścia na dziedziniec, ale przed chwilą zabrzmiała muzyka wynajętego zespołu, a pary ruszyły na parkiet, skutecznie utrudniając mu poruszanie się.
Nagle ktoś pomachał w jego kierunku. Postać miała na sobie mieniącą się szatę, złotą, a może srebrną? Jasne loki spływały jej na ramiona, a w ręce trzymała karnawałową maskę na patyczku, zakrywając twarz. Mimo to, rozpoznał ją niemal natychmiast.
Chwiejnym krokiem ruszył ku niej, czując się, jakby kroczył przez własny sen. Moon uśmiechała się do niego karminowymi ustami, wyciągała ku niemu wolną rękę. Jego droga zdawała się trwać wieki, ale kiedy w końcu uchwycił jej dłoń, ulga prawie zwaliła go z nóg.
 Zatańczymy?  zapytał ochrypłym głosem, zaglądając w jej szmaragdowe oczy ukryte za maską.
Dominika skinęła w milczeniu głową i pozwoliła mu dotknąć swojej talii, sama wspierając się lekko na jego ramieniu, nie odsuwając jednak maski.
 Myślałem… Myślałem, że…
Był nią kompletnie oszołomiony. Jej oczy naprawdę przypominały szlachetne kamienie, jej usta miała idealny kształt, jej lśniące włosy… Świat wciąż mienił mu się w oczach, więc w jednym momencie wyglądały jak złociste loki, a zaraz potem jak gładka, ciemna fala, ale to nic, ważne, że była tu, w jego ramionach…
Moon oparła lekko głowę na jego ramieniu, a on niemal przestał oddychać. Zupełnie stracił poczucie czasu i miejsca, byli tylko oni i szaleńczo wirujący w tańcu świat.
Nagle dziewczyna podniosła głowę i czule spojrzała mu w oczy.
Chciał z nią porozmawiać, nagle zapragnął wszystko wyjaśnić, ale najwyraźniej zupełnie nie było to potrzebne, w końcu ile warte są słowa? Znacznie bardziej wartościowe są czyny i Syriusz rozumiał i wierzył w to każdą komórką swojego ciała, kiedy pochylił się lekko i ich usta złączyły się w upragnionym pocałunku.
Zupełnie nie słyszał cichutkiego nawoływania, które raz po raz rozlegało się z niewielkiego lusterka, spoczywającego bezpiecznie w wewnętrznej kieszeni jego szaty.

* * * * *

Kiedy tylko Lily wyszła z dormitorium na spotkanie przeznaczenia, które w tym przypadku można by nazwać Jamesem Potterem, Moon zgodnie z zapowiedzią rozciągnęła się na łóżku i wróciła do lektury dzienników du Boisa. Odkąd młody szlachcic poślubił dwadzieścia lat starszą od niego markizę, akcja wyraźnie nabrała tempa, bo du Bois zaczął zdradzać zapędy sadystyczne. Moon świetnie się bawiła, pogryzając pieprzne diabełki i czytając kąśliwe komentarze Francuza na temat swojej nadobnej małżonki, która irytowała go niemal na każdym kroku przykrym zapachem, który wydzielała jej pudrowana peruka. Chichotała nawet podczas długich i szczegółowych opisów marzeń szlachcica, który najwyraźniej lubował się w wizjach śmierci małżonki, o różnym stopniu drastyczności. Im więcej jednak czytała, tym bardziej utwierdzała się w niejasnym przeczuciu, dlaczego du Bois potępieńczo snuł się po ziemi zamiast uczestniczyć w niekończących się niebiańskich ucztach. Zrozumiała, że intuicja jej nie myliła, kiedy dotarła do wyjątkowo realistycznego opisu morderstwa, a ona sama zakrztusiła się diabełkiem z wrażenia.
Du Bois był mordercą! Zabił swoją starą, prawdopodobnie cuchnącą, ale mimo wszystko biedną żonę!
Moon nieco zdziwiła się, że informacja, iż regularnie nawiedza ją duch żonobójcy nie zrobiła na niej odpowiedniego wrażenia. Było w tym coś okropnego, ale mimo wszystko widziała go już tyle razy, że sprawiał dla niej bardziej komiczne niż przerażające wrażenie. Nawet nie zawsze zwracała na niego uwagę, czasem po prostu przykrywała głowę kołdrą i drzemała dalej. Chyba nie mógł jej nic zrobić, bo ograniczał się jedynie do wytrzeszczania oczu i uderzenia się pięścią w widmową pierś. Cóż, teraz przynajmniej wiedziała dlaczego.
Zerknęła na niewielką klepsydrę w kształcie kota. Do spotkania z Regulusem zostało jej już tylko jakieś dwadzieścia minut, a ona chciała jeszcze coś sprawdzić. Wyjątkowo nie miała ochoty na wychodzenie z ciepłego, bezpiecznego łóżka, ale cóż, dała słowo, więc musiała się pospieszyć.
Rzuciła okiem na kilka następnych zwojów, nie wczytując się szczegółowo w zawartość.
 Ha!  mruknęła do siebie, zaznaczając palcem jeden z wersów i po chwili zrobiła to samo na innym pergaminie.
Naliczyła cztery kolejne żony. Cztery, spośród których trzy nie odeszły z tego świata zgodnie z prawami natury, chyba że na całą sytuację spojrzy się tak, że pękniecie czaszki w wyniku gwałtownego zderzenia z żeliwną patelnią jest całkiem naturalne. No, no, ich najbliższe spotkanie mogło okazać się wyjątkowo ciekawe, teraz, kiedy już znała prawdę. Warto było też zapytać o ostatnią z dam, Felicję Beauchamp, której los nie został opisany w dzienniku – może to ona trzymała go wciąż na ziemi?
Niestety, nie miała już czasu o tym rozmyślać – zbliżała się dziewiąta, godzina, o której miała spotkać się z Regulusem. Miała nadzieję, że szybko załatwią sprawę i będzie mogła wrócić do czytania dzienników – domyślała się, że to na nią spadnie zadanie pozbycia się du Boisa na dobre, więc chciała znać jak najwięcej szczegółów.
Narzuciła na ramiona zwykłą, hogwarcką szatę i szybkim krokiem opuściła dormitorium, wciąż rozmyślając o przypadkach francuskiego ducha. Ciekawe, jak długo czekał w Dziale Ksiąg Zakazanych aż ktoś zajrzy do jego dzienników. Czy zaraz po śmierci jego duch został przywiązany do tych pożółkłych zwojów? Co takiego nie pozwoliło mu odejść w zaświaty?
Te i inne pytania zaprzątały jej myśli, kiedy przystanęła u stóp marmurowych schodów w Sali Wejściowej. Regulus już na nią czekał, z rękami nerwowo splecionymi na piersiach. Przywitali się krótko i wyszli przed zamek. Nie musieli kryć się, że wychodzą po zmroku – bal miał trwać do północy, więc i oni mogli skorzystać z tej okazji.
Idąc szybkim krokiem przez błonia pokryte miękką, wilgotną trawą, Moon uważnie zerkała na swojego towarzysza. Wyglądał na spiętego, widocznie ta sprawa znacznie bardziej dręczyła jego niż ją. Ulegając nastrojowi, przyspieszyła kroku. Bez słowa minęli różane krzewy, które gęsto porosły okolice dziedzińca z okazji balu, i ruszyli w stronę Zakazanego Lasu. Jej mięśnie napięły się mimowolnie, ale nie zwolniła kroku. W końcu wspominał, że zależało mu na dyskrecji, ale mimo wszystko miała nadzieję, że nie zajdą zbyt daleko – centaury zdawały się ją tolerować, ale reszta potencjalnych mieszkańców napawała ją przerażeniem.
Stanęli na progu lasu. Młody Black rozejrzał się uważnie, po czym pewnym krokiem ruszył przed siebie. Chcąc nie chcąc, pobiegła za nim. Prawie krzyknęła, kiedy coś otarło się jej o kostkę, ale był to jedynie gryzoń, wystraszony szczur czy nornica. Przygryzła wargę i zmrużyła oczy, usiłując wypatrzyć coś w napływającej ciemności.
Przeszli niewiele więcej ponad tuzin kroków zanim ich oczom ukazał się niewielki krąg złożony z czterech osób. Początkowo zmarszczyła brwi na widok Avery’ego i Mulcibera, których z pewnością nie miała ochoty oglądać, później z lekkim zdziwieniem spojrzała na stojącego na uboczu Snape’a, po czym jej wzrok prześlizgnął się na Puchona, którego zauważyła wczoraj na zajęciach z obrony przed czarną magią. Widząc zdumienie na jej twarzy, Regulus pośpieszył z wyjaśnieniami, jednocześnie zajmując swoje miejsce w kręgu i gestem zachęcając ją, by zrobiła to samo.
 To dotyczy nas wszystkich. Rozpuszcza okropne plotki po szkole, a sama wiesz, że węszy tu para detektywów…
Na wzmiankę o Lawsford i Masonie zrobiło się jej niedobrze, wspomnienia wróciły do niej potężną falą. Nic dziwnego, że usilnie szukali sensacji – w końcu jakoś musieli usprawiedliwić śmierć Patricii, czy nie tak?
Myśl o zmarłej przyjaciółce napełniła ją gniewem. Nigdy nie pogodziła się z jej śmiercią, poczucie winy i niesprawiedliwości trawiły ją do dziś, kiedy tylko opadała jej garda. A można było, z pewnością można było zapobiec tej tragedii… Nie mogła pozwolić, aby taka sytuacja zdarzyła się ponownie.
Zdecydowanym krokiem podeszła do zakneblowanego zaklęciem Puchona i spojrzała mu w oczy.
 Lubisz szantażować ludzi, co?
Myśli wypełniały jej ponure wspomnienia o przesłuchiwaniach prowadzonych przez detektywów, niesprawiedliwych przesłuchaniach, podczas których zmuszano ją do ciągłego powracania do tych strasznych chwil nad jeziorem. Nawet teraz wrogie plotki ciągnęły się za nią jak smugi dymu i to właśnie ludzie tacy jak on byli przyczyną nieszczęścia innych. Jak gdyby nie mogli zająć się sami sobą!
Chłopak szarpnął się, najwyraźniej usiłując coś powiedzieć, jednak jego usta i dłonie krępowały magiczne więzy.
Odwróciła się do Ślizgonów, ale zanim zdążyła powiedzieć cokolwiek, Regulus odezwał się ponurym głosem:
 Dość już tych kłamstw. Teraz możemy go tylko skłonić, żeby nie wtrącał się w nie swoje sprawy.
Moon skinęła głową. Taki sposób rozumowania był dla niej całkowicie logiczny. Czy ludzie naprawdę nie mogli nie wtrącać się w cudze sprawy? Prośby i groźby prawie nigdy nie odnosiły spodziewanych skutków. Sama wiedziała to aż za dobrze.
 Znamy pewne zaklęcie, które mogłoby go zachęcić do rozsądnego myślenia.  Spojrzenie Blacka stało się nagle stalowe i bezkompromisowe w świetle różdżek. Dominika mimowolnie cofnęła się o krok.  Mulciber jest zaznajomiony z formułą, prawda?
Kiedy wspomniany Ślizgon wystąpił do przodu i zakasał rękawy szaty, Moon poczuła jak wspomnienia wczorajszego dnia wróciły do niej potężną falą. Spojrzenie jej zielonych oczu natychmiast zogniskowało się na Snapie, który uparcie wpatrywał się w ziemię. Lily powiedziała jej o swoich podejrzeniach w kontekście zainteresowań Severusa. Podobno od pierwszych klas lubował się w wymyślaniu nowych formuł. Czy tak było tym razem?
Nie zastanawiała się nad tym dłużej, bo bladozielony promień wystrzelony z różdżki Mulcibera uderzył Puchona w pierś. Chłopak zadygotał bezgłośnie, targnięty falą bólu. Moon patrzyła na to jak zahipnotyzowana, rozdarta pomiędzy obrzydzeniem a obcą satysfakcją powodowaną tym, że chłopak otrzymał to, na co zasłużył. Życzyła tego samego każdemu z zabójców Guillaume’a i Patricii, a teraz miała okazję zobaczyć to na własne oczy, być świadkiem sprawiedliwości.
 Dość.  Głos Regulusa drżał ledwo słyszalnie, kiedy odwrócił wzrok od Puchona, po którego wargach ściekała strużka śliny, i przeniósł go na przyjaciela, który posłusznie wykonał rozkaz. Black spojrzał na nią, oddychając nieco ciężej niż zwykle.
 Chcesz spróbować?
Moon jak we śnie wyciągnęła różdżkę z kieszeni szaty. Z roztargnieniem spojrzała na wierzbowe drewno, od którego odbijało się matowe światło.
 Należy ci się to za te wszystkie plotki. Należy ci się za śmierć brata i przyjaciółki.  Głos Regulusa jakby wypowiadał myśli pochodzące z najgłębszych zakamarków jej duszy.

* * * * *

Lucas Summers zachwiał się na nogach i byłby upadł, gdyby nie wąski pień rosnącego nieopodal drzewa. Był przerażony, już tego nie ukrywał. W chwili, kiedy zaatakowała go grupka Ślizgonów, podjął walkę i był raczej zirytowany, niż wystraszony, ale po zaklęciu, które ponownie rzucił na niego ten gad, Mulciber, wiedział, że żarty się skończyły. Czuł to już wtedy, kiedy obudził się w Zakazanym Lesie, ale usiłował trzymać fason – taka postawa zazwyczaj działała na zawistnych, ale tchórzliwych Ślizgonów. Nie tym razem jednak.
Teraz wolno wracał do świadomości po fali bólu, która zalała całe jego ciało. Fikcyjny czy nie, bolało jak cholera. Zdążył poświęcić profesorowi Rietdorfowi jedną gniewną myśl zanim napotkał jej spojrzenie.
Początkowo poczuł ulgę, że w pobliżu znajduje się jakiś Gryfon, bowiem dziewczyna wciąż miała na sobie szkolną szatę. Lęk zaczął powracać w momencie, kiedy uważniej wpatrzył się w jej oczy. Nawet w sztucznym świetle różdżek wydawały się bardzo zielone. I nieruchome. To zaniepokoiło go najbardziej.
Młodszy brat Syriusza Blacka stał za jej plecami i coś do niej szeptał, ale ona patrzyła na niego uważnie, zupełnie jak drapieżnik stający oko w oko z człowiekiem. Jej spojrzenie mówiło, że własnie analizuje wszelkie plusy i minusy, może obmyśla strategię, podczas gdy on stoi całkowicie bezbronny, jak idealna ofiara…
Nagle usłyszał jakąś szamotaninę. Na wpół przytomnym wzrokiem ogarnął niewielką polanę, na której stali. Avery i Mulciber trzymali pod ramiona chłopaka, którego Lucas kojarzył z bandy Pottera. Dziewczyna też na nich spojrzała i nagle jego sytuacja zmieniła się diametralnie.
Grofonka odskoczyła poza zasięg szeptu młodego Blacka. Nawet nie zauważył kiedy w jej dłoni znalazła się różdżka. Jego zmęczony bólem mózg zaczął kojarzyć fakty. Ona i banda Pottera chyba trzymali się razem, on sam często widywał ją w towarzystwie tego niskiego chłopaka, któremu Avery przykładał do garła różdżkę, z tym jego obrzydliwym, głodnym błyskiem w pustych na pozór oczach…
Dziewczyna zapytała o coś głośno, ale w jej głosie brakło już tego zimnego spokoju, który tak go przeraził. Pewniej oparł się o drzewo i wyprostował. Teraz nikt nie zwracał na niego uwagi.

* * * * *

 Widziałeś?  syknęła mu Lily do ucha, powodując rozkoszne dreszcze na całym jego ciele.  Profesor McGonagall! Ona się rumieni!
James ledwie zerknął w tamtym kierunku, ciesząc się każdą sekundą. Nie mógł uwierzyć we własne szczęście – tańczył z najpiękniejszą czarownicą na sali, z jego wymarzoną dziewczyną, ze swoim niedoścignionym pragnieniem. Przez pewien czas był zbyt zestresowany (on! James Potter!) wyobrażaniem sobie jej reakcji, żeby zrobić pierwszy krok, ale w końcu zawziął się i z całą galanterią, na jaką było go stać, poprosił ją do tańca. Ku jego zdumieniu i z ledwością skrywanej radości, Lily skinęła krótko głową, zarumieniwszy się lekko i podała mu rękę. Teraz wystarczyło tylko powstrzymać się od głupich żartów i nasycać się każdą cudowną chwilą, w której czuł przy sobie ciepło jej ciała, a ich spojrzenia krzyżowały się raz po raz.
 Nie mogę w to uwierzyć  ciągnęła Evans, nieświadomie wypowiadając jego myśli.
Potter uśmiechnął się zawadiacko.
 Trzymaj się.  Zakręcił nią w tańcu i po wykonaniu kilku zamaszystych obrotów, w których Lily śmiała się głośno i przytrzymywała się jego ramion, znaleźli się w odległości zaledwie kilku jardów od nauczycielki transmutacji.
Rudowłosa rzuciła mu potępieńcze spojrzenie, którego efekt został kompletnie zrujnowany przez uśmiech, który sam cisnął się jej na usta. Oboje nastawili uszy.
 Elphistone.  W stanowczym i władczym zwykle głosie kobiety wyraźnie drżała nieznana nuta, kiedy wysoki czarodziej o śnieżnobiałych włosach i spiczastej bródce z galanterią całował ją w rękę.  Nie spodziewałam się ciebie tutaj…
Potter spojrzał swojej towarzyszce głęboko w oczy i sugestywnie poruszył brwiami, na co Evansówna musiała przycisnąć dłoń do ust, aby nie wybuchnąć gromkim śmiechem.
 Nie odpisywałaś na moje listy.  Zdobiona srebrnymi gwiazdami szata o barwie głębokiego granatu zamiotła posadzkę, kiedy się wyprostował.  Pomyślałem, że to dobra okazja, aby się spotkać. Pięknie wyglądasz, Minerwo, z każdym naszym spotkaniem coraz piękniej, jeśli wolno mi zauważyć.
 Elphistone, nie sądzę, żeby…
 Co on wyprawia?  spytała nagle ze zgrozą Lily, szeroko otwierając swe piękne oczy o barwie intensywnej zieleni.
 Wiem.  Potter jak zahipnotyzowany obserwował jak blask świec odbija się w jej ciemnorudych włosach, tworząc wąskie, złote strumyczki.  Też bałbym się zarywać Minerwę.
 Nie on  syknęła dziewczyna, wskazując coś ponad jego ramieniem.  On!
Okularnik obrócił się niechętnie, dokonując nieprzyjemnego odkrycia, że Lily najwyraźniej żywo interesuje się wszystkim dookoła oprócz niego samego, ale kiedy zobaczył, na kogo wskazywała, zamarł ze zdumienia.
Syriusz stał nieopodal wyjścia na dziedziniec całując jakąś dziewczynę. Na pierwszy rzut oka zauważył, że nie była to Moon i sam ten fakt bardzo go zdziwił. Kiedy dziewczyna odchyliła nieco głowę w stronę światła, zauważył, że była to ta Francuzka od Petera, Josie.
 Och  mruknął, niezupełnie wiedząc jak zachować się w tej sytuacji.  To dziwne.
 Dziwne?  mruknęła Lily ponurym głosem, poprawiając ramiączko sukienki.  I pomyśleć, że namawiałam Dominikę, żeby jednak tu przyszła. Co za palant!
Niefortunnym zbiegiem okoliczności akurat skończyła się piosenka, a Evans odsunęła się od niego, zostawiając go pośrodku posadzki z opuszczonymi ramionami i bardzo nieszczęśliwą miną. Że też Syriusz musiał wszystko zepsuć. A tak dobrze mu szło!
Kiedy dziewczyna w końcu oderwała wzrok od bardzo zajętej sobą pary, spojrzała na Jamesa. Zawstydziła się swojego zachowania i uznała, że skoro on zrobił pierwszy krok, to równie dobrze ona może wykonać kolejny. Nabrała powietrza i wypaliła:
 Masz może ochotę na drinka?

* * * * *

 Co ty tu robisz, Peter?  zapytała ostrym tonem, mocno ściskając w dłoni różdżkę, choć sama nie wiedziała, w jakim celu.
 Przechodziłem… obok…  wysapał Pettigrew i jęknął z bólu, kiedy zacisnęły się na nim dłonie Ślizgonów.
 Kłamie!  szczeknął Mulciber, szarpiąc chłopakiem.  Sam widziałem jak się tu skradał! Węszyłeś, co, śmieciu?
 Mogę to załatwić  oświadczył Avery jedwabistym głosem i wolną ręką wysunął różdżkę z kieszeni. Pogładził ją pieszczotliwie, nie odrywając wygłodniałego wzroku od spoconej twarzy Gryfona.
 Niczego nie załatwisz, Avery.  Poczuła jak zalewa ją fala paniki. Przeraziła się sytuacji, w której się znalazła, zupełnie jakby obudziła się z głębokiego snu i odkryła, że koszmar wcale się nie skończył. Związany Puchon, agresywni Ślizgoni i Peter, ten Peter… Na moment zamknęła oczy i ze złością potarła pulsujące bólem skronie, jakby próbując zmusić je do myślenia.
 Peter, wynoś się stąd  powiedziała, nie wiedzieć czemu wpatrując się w więzy Puchona.
 Zwariowałaś?  wybuchnął Mulciber, przykładając koniec różdżki do gardła Pettigrew.  Wszystko wypaple! Luctus dolor!
Pulchyny chłopak wrzasnął z bólu i zawisł w ramionach Ślizgonów, dygocząc konwulsyjnie.
Nagle kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie.
 Przestań!  krzyknęła Moon, rzucając się ku Mulciberowi.
Lucas Summers uwolnił się z więzów.
Sectumsempra – pomyślał Severus Snape.

* * * * *

Wyciągnął rękę, żeby pogładzić ją po włosach. Wciąż jeszcze pamiętał delikatny, elektryzujący chłód, który czuł w palcach, kiedy ich dotykał.
Teraz jednak wrażenie było diametralnie inne. Być może wpływ na to miał ostry zapach cytrusów, który nagle uderzył go w nozdrza. Syriusz skrzywił się, tak obce i niespodziewane było to wrażenie.
Odsunął się od niej lekko i zmartwiał.
Oczy, które patrzyły na niego bystro zza karnawałowej maski nie były jej. Nie mógł się mylić. Brązowe tęczówki zamigotały w uśmiechu, kiedy wydał zduszony okrzyk i uczynił chwiejny krok do tyłu.
Dziewczyna, która przed nim stała była tak inna od Moon, że wydawało mu się, że znajduje się w samym środku jakiegoś irracjonalnego, upiornego snu. Odsunęła maskę od twarzy i uśmiechnęła się szeroko.
 Tak myślałam, że świetnie całujesz  powiedziała, nie siląc się nawet na francuski akcent.  Moja biedna, mała przyjaciółeczka zawsze miała marny gust, aż dziw, że się jej przytrafiłeś.
Syriusz drgnął i omiótł Wielką Salę spłoszonym spojrzeniem. Nigdzie nie zauważył błysku złocistych włosów, nie usłyszał tłumionego szlochu ani gwałtownego stukotu obcasów, ale co jeśli Moon jednak zmieniła zdanie i przyszła na bal?
Josephine uśmiechnęła się kpiąco. Z pogardliwym rozbawieniem na twarzy nie wydawała się już taka olśniewająco piękna. Przeciwnie, Syriusz czuł obrzydzenie, kiedy teraz na nią patrzył, a sumienie ściskało mu gardło na myśl o tym, co zrobił.
 Jesteś chora!  rzucił, wkładając w te słowa całą złość i odrazę, które paliły go żywym ogniem. Josephine przesłała mu pocałunek i zaśmiała się głośno. Każde z jego uczuć tylko jej pochlebiało, podobnie jak spojrzenia uczniów, które cała sytuacja zaczęła nagle przyciągać.
 Dlaczego to zrobiłaś? Boisz się, że nikt nie tknąłby cię z własnej woli?
 Nie musiałam cię długo namawiać  zauważyła wesoło dziewczyna, filuternie owijając kosmyk włosów wokół palca.
 Ty… Dolałaś mi czegoś do drinka!  syknął, nagle kojarząc fakty. Mnóstwo wysiłku wymagało od niego panowanie nad głosem – zainteresowanie wszystkich obecnych było ostatnią rzeczą, której teraz by sobie życzył.
Josephine przewróciła oczami, najwyraźniej znudzona.
 Jesteś równie naiwny jak ona. Nie wiesz, że nie wolno brać niczego od nieznajomych? Zresztą, czy Dominique nie wspominała ci, że w Beauxbatons jesteśmy mistrzami iluzji?  Zacmokała, widząc niezrozumienie na jego twarzy. – Macie przed sobą zbyt wiele tajemnic, mon chéri.
Black odwrócił się na pięcie i wybiegł z sali, mijając parę detektywów, którzy przyglądali mu się z uwagą. Serce biło w jego piersi jak oszalałe, a w ustach czuł gorzki posmak. Szedł szybkim krokiem aż dotarł do dziedzińca, który z okazji balu porosły obfite krzaki róż. Gdzieś nieopodal musiała być fontanna, bo w nocnym powietrzu rozbrzmiewał cichy plusk wody. Jak burza mijał kamienne statuy i rzeźbione ławeczki, na których skrywali się zakochani.
Nie wiedział, do kogo czuł większe obrzydzenie – do siebie czy do niej. Oszukała go, wykorzystała do jakichś swoich idiotycznych porachunków, to jasne, ale czy on był lepszy? Na myśl o pocałunkach, które składał na jej pełnych, kłamliwych ustach, coś przewracało mu się w żołądku. Jeśli Moon się o tym dowie, nigdy mu nie wybaczy. Josephine miała go w szachu, to pewne.
Otarł usta wierzchem dłoni, jakby mógł z nich zetrzeć wspomnienie jej dotyku. Jak mógł dać się tak głupio oszukać! Ta wiedźma miała rację, był beznadziejnie naiwny. Gorycz i tęsknota przysłoniły mu rzeczywistość, same popchnęły go w jej ramiona. Tak bardzo tego pragnął, że los zakpił z niego okrutnie i dał mu dokładnie to, czego chciał. Na chwilę.
Cudowną, wspaniałą chwilę. Mimo złości i niepokoju, które wciąż nim targały, wspomnienie uczucia, które ogarnęło go, gdy myślał, że dotyka i całuje Moon, było boleśnie rozkoszne. Przystanął wśród mdląco słodkiego zapachu róż. Kochał ją. Kochał ją i coraz trudniej było mu nad tym panować. Wiedział dobrze, że to uczucie było jego największą słabością, ale ile siły było w tej słabości! Serce wciąż biło szybko biło mu w piersi, ale tym razem wydawało się to ekscytujące i przyjemne. Dlaczego właściwie miałby nadal się przed tym bronić? Może James miał rację i lepiej dla nich obojga byłoby, gdyby wciąż byli razem? Miał dość bycia tym draniem, którego w nim widziała. Nie miał już siły być szlachetny i wspaniałomyślny. Nigdy więcej nie chciał karcić się za każdy moment, w którym ich spojrzenia się krzyżowały, a później rozpamiętywać go pośród długich bezsennych nocy.
Puścił się biegiem w kierunku głównego wejścia do Hogwartu, a uśmiech sam wypłynął na jego usta.
Powie jej! Wszystko jej powie, od samego początku. Z pewnością będzie chciała go za to zabić, ale cudowna lekkość, którą czuł na samą myśl o wyjawieniu jej sekretu, była tego warta. Kiedyś mu wybaczy, był tego prawie pewien. W końcu i jej trudno było się oprzeć temu, co ich łączyło…

* * * * *

Lily odchyliła głowę do tyłu i głośno odetchnęła chłodnym, pachnącym różami powietrzem. W najśmielszych marzeniach nie wyobrażała sobie, że będzie czuła się tak wspaniale. Cały wieczór spędziła z Potterem, który okazał się niezrównanym i wcale nie natarczywym kompanem. Po kilku pełnych śmiechu tańcach postanowili się trochę przewietrzyć i oto siedzieli tu, na uroczej rzeźbionej ławeczce, na wpół ukrytej wśród różanych krzewów.
James nie narzucał się jej, nie wykonywał żadnych dwuznacznych gestów, ale jednocześnie wcale nie ukrywał czułości, z jaką na nią patrzył. Drinki, jego niewymuszony sposób bycia, a może obsypane gwiazdami niebo sprawiły, że ona sama odwzajemniała te spojrzenia, choć brakowało jej jego lekkości – wciąż wydawało jej się, że z czymś się wygłupi, że za bardzo się zdemaskuje, chociaż regularnie robił to za nią jej układ krwionośny, pompując niewiarygodne ilości krwi wprost do jej policzków.
Na szczęście tu, przed zamkiem, panował bezpieczny półmrok i przynajmniej tym jednym nie musiała się martwić.
Rozmawiali o planach, które chcieli zrealizować po ukończeniu Hogwartu. Nie zdziwiła się, kiedy James wspomniał, że zamierza wziąć udział w rekrutacji do Akademii Aurorów. Od pierwszej klasy zarzekał się, że zostanie słynnym łowcą czarnoksiężników, a przy tym wyróżniał się w zaklęciach i obronie przed czarna magią, więc jego deklaracje wcale nie sprawiały wrażenia czczych przechwałek. Zawahała się, kiedy zapytał o jej plany.
 Wiesz, chyba chciałabym spróbować w Ministerstwie  powiedziała w zamyśleniu.  Podobno chętnie rekrutują prefektów naczelnych do Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Na studia w każdym razie nie mogę liczyć, rodziców nie byłoby stać.
Zarumieniła się gwałtownie i w myślach przeklęła swój długi język. Głupio to zabrzmiało wobec Pottera, który pochodził ze starego, zamożnego rodu czarodziejów. Jeśli zareaguje litością, to chyba spali się tu ze wstydu…
 Twoi rodzice…  Chłopak wygodniej rozsiadł się na ławce.  Jacy oni są?
 Och, no wiesz…  Zaczęła dukać, kompletnie wybita z rytmu. W życiu nie podejrzewałaby go o taki takt. Albo namówił kogoś do wypicia eliksiru wielosokowego ze swoim włosem, albo przez lata chodziła ślepa, głucha i Merlin wie co jeszcze.  Są całkiem normalni. Uwielbiają nasz świat, tato zawsze upiera się, żeby odwieźć mnie na Pokątną, żeby na wszystko się napatrzeć. Ale…  Wzięła głęboki oddech zanim wyrzuciła z siebie głęboko tajoną myśl, którą jeszcze z nikim się nie podzieliła w obawie przed niezrozumieniem. W jakiś sposób była jednak pewna, że spokojnie może mu ją powierzyć.  Po Hogwarcie chyba chciałabym się wyprowadzić.
 Odważna decyzja.  Chłopak uśmiechnął się ciepło, co zachęciło ją do kontynuowania.
 Nie wyobrażam sobie mieszkania z nimi, kiedy już będę mogła używać czarów. Wiesz, takie prozaiczne rzeczy, które robią, gotowanie, sprzątanie, majsterkowanie – i moja świadomość, że mogłabym to wszystko zrobić jednym machnięciem różdżki, oszczędzić im tej pracy. Ale wcale nie mogłabym, rozumiesz?
James skinął głową, poważniejąc.
 Ich codzienność chyba traciłaby sens, byłoby trochę niezręcznie. No i…  Najwyraźniej nie mógł długo obyć się bez uśmiechu – czy zawsze było w nim tyle ciepła i spokoju? Serce biło jej jak oszalałe, w oczekiwaniu na to, co powie, jakby każde słowo z osobna miało niezwykłą wartość.  Większość tych rzeczy robią pewnie dla ciebie. Z miłości.

* * * * *

Pędził przez błonia, ledwie dotykając trawy, która w widmowym świetle gwiazd wydawała się granatowa. Aksamitna szata łopotała za nim, a chłodne powietrze rozwiewało mu włosy i  studziło niespokojne myśli. Zaczął nieco niepokoić się reakcją Moon. Oczywiście wiedział, że powinien spodziewać się najgorszego, w końcu jak on sam zareagowałby na takie rewelacje? Ale zamartwianie się potencjalnymi konsekwencjami nigdy nie leżało w jego naturze. Miał już dość tego ciężaru, chciał wyjawić jej co, jak i dlaczego zrobił. Tylko to się liczyło.
Był już w pobliżu drzwi wejściowych, kiedy zobaczył jak ktoś wbiega po kamiennych schodach i przemyka do zamku.
Snape.
Przystanął niepewnie, na skraju kręgu światła rzucanego przez potężne pochodnie zatknięte po obu stronach wrót. Że też Smarkerus nie może powstrzymać się od swoich oślizgłych machinacji nawet podczas uroczystego balu… Naszła go ochota, żeby pójść jego śladem i zobaczyć, co tym razem zmalował, kiedy nagle zobaczył coś, co niemal zmroziło mu krew w żyłach.
Moon biegła dokładnie tą samą drogą, którą przed chwilą przemierzył Snape. Musiała być w Zakazanym Lesie, w przeciwnym razie z pewnością zobaczyłby ją wcześniej – nocne niebo było jasne, pozbawione jakichkolwiek chmur. Długie włosy płynęły za nią jasną falą, kiedy biegła ile sił w nogach. Syriusz wyciągnął do niej rękę i otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Dziewczyna najwyraźniej go nie zauważyła i już po chwili zniknęła za uchylonymi wrotami.
Kiedy po dłuższej chwili opanował zdumienie, ruszył za nią. Gdyby ktoś zapytał go w tym momencie, dlaczego właściwie jego serce ścisnęły wtedy lodowate okowy strachu, nie potrafiłby odpowiedzieć. Coś w jej niezupełnie naturalnej postawie, w pośpiechu, coś w chłodnym nocnym powietrzu i znienawidzonym Snapie podpowiadało mu, że stało się coś złego.
Wówczas jednak całkowicie oddał się instynktowi i jeśli coś przeczuwał, to nie poświęcił temu ani jednej świadomej myśli. Ważne było to, żeby ją dogonić.
I zrobił to, w połowie schodów prowadzących na trzecie piętro. Zupełnie jednak nie spodziewał się tego, co nastąpiło później.

* * * * *

Severus Snape jak burza wpadł do opustoszałej Sali Wejściowej. Ślizgając się na kamiennej posadzce, ostro skręcił w stronę lochów i co sił w nogach pomknął ciemnym korytarzem.
Jeszcze nigdy nie był tak wyprowadzony z równowagi jak teraz. On, opanowany, skryty, rozsądnie myślący Ślizgon czuł strach tak wielki, że ledwie potrafił nad nim zapanować. Blade płomienie podziemnych pochodni prześlizgiwały się po jego chorobliwie bladej, ziemistej twarzy.
Nagle przystanął przed kamienną, na pozór niczym niewyróżniającą się ścianą. Wymamrotał hasło i wpadł do Pokoju Wspólnego, a potem do dormitorium siódmego roku. Drżącymi rękami wysunął kufer spod swojego łóżka i krótkim szarpnięciem odchylił wieko. Nerwowo przerzucał książki aż wydobył tę, której szukał – Eliksiry dla zaawansowanych, egzemplarz opatrzony jego osobistymi adnotacjami. Porwał wolumin, wsunął kufer na miejsce i pospiesznie opuścił dormitorium, a następnie opustoszały, oświetlony zielonkawą poświatą Pokój Wspólny Slytherinu. Pobiegł wgłąb korytarza, czując ostre rwanie w boku, ale nie zwolnił kroku. Musiał zdążyć zanim skończy się bal, zanim ktokolwiek przyłapie go tu, z tą książką. Powiązanie go w jakikolwiek sposób z czarnomagicznym zaklęciem, którego użył w tym całym zamieszaniu, niewątpliwie skutkowałoby wyrzuceniem ze szkoły, a kto wie, może nawet czymś gorszym…
Stanął przed prostymi drzwiami z ciemnego drewna. Wycelował różdżkę w zamek, przygotowany do zdjęcia wszelkich blokad, ale okazało się, że sala zajęciowa zapieczętowana była jedynie zwykłą Alohomorą. Wsunął się do klasy, w której zazwyczaj odbywały się jego ulubione zajęcia – eliksiry. Nie tracił jednak ani sekundy, kierując się do z góry upatrzonego miejsca, niewielkiej szafki z obluzowanymi drzwiczkami. Opadł przed nią na kolana i otworzył, nerwowo zerkając do środka. Odetchnął z ulgą. Mimo że ostatni raz zaglądał do niej dawno temu, zawartość była ta sama. Stosik starych, używanych podręczników do użytku zapominalskich lub szczególnie ubogich uczniów. Mocno zagryzł wargi i wsunął między nie swój własny.

* * * * *

 Moon!  zawołał, kiedy znalazł się w odległości kilku jardów i parę stopni niżej od niej.
Dziewczyna obejrzała się gwałtownie, patrząc na niego z wyraźnym przestrachem. Teraz już widział, co było nienaturalnego w jej postawie – kurczowo przyciskała lewą rękę do piersi.
 Moon, wszystko w porządku?  zapytał, ostrożnie wstępując na stopień wyżej. Gryfonka wyglądała na wystraszoną i obawiał się, że spłoszy ją gwałtowniejszym gestem.
 Nie zbliżaj się!  krzyknęła nienaturalnie wysokim głosem, cofając się tyłem o kilka stopni, powiększając dzielący ich dystans.  Black, mówię poważnie, ani kroku dalej!
Podniósł ręce w uspokajającym geście, nie przestając jednak iść.
 Spokojnie, porozmawiajmy…
Moon potrząsnęła głową w milczeniu i przez ten jeden moment miał wrażenie, że lada moment dziewczyna się rozpłacze. Dominika jednak sięgnęła wolną ręką do kieszeni, lewą wciąż przyciskając do siebie, i wyciągnąwszy różdżkę, wycelowała prosto w jego pierś.
 Impedimento!
Rzuciła mu ostatnie, zagadkowe spojrzenie, po czym odwróciła się na pięcie i pobiegła w górę, po czym skręciła w jeden z korytarzy.
Syriusz próbował zwalczyć jednocześnie skutki zaklęcia i zdumienie, które spadło na niego tak niespodziewanie. Nie wierzył, że go zaatakowała. Nie wierzył, że naprawdę to zrobiła. Owszem, wiele razy groziła mu, tym razem też go ostrzegała, ale zawsze myślał, że to tylko czcze gadanie.
Urok spowalniał go tak, że czuł się niemal jak na dnie jeziora – jego ruchy były ociężałe, jakby każdy mięsień wyposażony był w niewidzialny odważnik. Nawet powietrze zdawało się przyklejać do każdego cala jego ciała, uniemożliwiając wykonanie płynnego ruchu. Zaciskał zęby i ze wszystkich sił naprężał mięśnie, brnąc przed siebie. Kiedy już wydawało mu się, że sytuacja jest beznadziejna, że nigdy nie zdoła jej dogonić, a ona zniknie Merlin wie gdzie, zaklęcie straciło nieco na mocy. Jego ruchy nie wymagały już tyle siły, stały się swobodniejsze. Doszedł do końca schodów i skręcił w korytarz, w którym niedawno zniknęła Moon. Wciąż brnął, jakby usiłował zwalczyć huragan wiejący mu prosto w twarz, ale mimowolnie odnalazł nową motywację. Wzdłuż ściany, mniej więcej na wysokości jego pasa, ciągnęła się nieregularna czerwonawa smuga. Poczuł jak jego własna krew odpływa mu z twarzy, kiedy przesuwał wzrokiem po wilgotnawych plamach.
Boże, proszę, pomóż mi  gorączkowo powtarzał w myślach.  Proszę, Boże, błagam…
I kolejny raz tego wieczora jego życzenie spełniło się zupełnie jak w jednej z bajek, które ukradkiem czytywali z Regulusem w rodzinnej bibliotece, ale niekoniecznie w sposób, którego by sobie życzył.
Gdzieś przed sobą usłyszał krótki krzyk, który pomknął ku niemu, odbijając się słabym echem od kamiennych ścian. Zaraz po nim rozległ się suchy trzask i urok, który rzuciła na niego Moon, przestał działać. Nie myśląc wiele, popędził przed siebie, gnębiony najgorszymi przeczuciami. Żadne z nich nie dorównywało jednak rzeczywistości.
Moon stała nieopodal ściany. Musiała zdjąć szatę w międzyczasie, bo teraz kurczowo przyciskała ją w okolicach lewego przedramienia. Różdżka leżała u jej stóp jak bezużyteczny patyk. Jej twarz wykrzywiona była w grymasie bólu i przez jedną, długą chwilę patrzył na nią, niezauważony. Potem Moon podniosła głowę i ich spojrzenia skrzyżowały się. Przysunęła się do ściany i z wysiłkiem się wyprostowała.
Odezwała się do niego, ale jej głos był tak cichy, że w pierwszej chwili nie wychwycił słów.
 Aksamit  powiedziała, przyglądając mu się z wyraźną kpiną.  Jakie to pretensjonalne.
Wypuściła z rąk szatę, ukazując długie na stopę, głębokie rozcięcie wzdłuż przedramienia i osunęła się bezwładnie po ścianie.




Cześć i czołem! Byłam taka podekscytowana ukończeniem tego rozdziału, że nie mogłam się powstrzymać i dodałam go wcześniej :D To chyba przez wątek Jily, nie wiem. Oczywiście spodziewam się, że za chwilę przyjdą mi na myśl jakieś poprawki, ale tak jest zawsze, więc chwilowo nie będę się tym przejmować.
Uff, to chyba rekordowo długi rozdział na tym blogu, ale założyłam sobie, że każdemu z Dni Założycieli będzie poświęcony osobny rozdział, a cała fabuła była tu na tyle spójna, że bez sensu byłoby ją dzielić. Dla każdego coś miłego, a więc było trochę śmiechu, trochę niepokoju, trochę dramatu, trochę tajemnicy, trochę miłości, trochę przyjaźni i trochę moich ukochanych fabularnych smaczków (historia Minerwy i Elphistone'a na przykład, no i nie zapominajmy o mojej interpretacji tego, jak to się stało, że słynny podręcznik Severusa wylądował w szkolnej szafce :) ) 
Nie będzie więc chyba wstydu, jeśli zadedykuję ten rozdział moim dwóm ulubienicom.
Condawiramurs, która jest z tą historią od zarania dziejów, a jej wspaniałe komentarze zawsze bardzo mnie motywują, zwłaszcza że sama świetnie pisze, więc kto nie widział, niech sprawdza :)
Shanie, która heroicznym wysiłkiem nadrobiła całe mnóstwo rozdziałów, by być teraz na bieżąco i nieodmiennie zachwycać mnie swoimi spostrzeżeniami z zupełnie nowej strony, i na której autorską twórczość wciąż niecierpliwie czekam :) 
Bardzo Wam dziękuję, dziewczyny, gdyby nie Wy, to... Nie, nawet nie chcę myśleć.
Serdeczne pozdrowienia i wyrazy wdzięczności przesyłam też do wszystkich pozostałych, którzy dobrnęli do końca. Kurczę, już bliżej niż dalej! :D

11 komentarzy:

  1. Rozdział cudowny ❤ fragment z Lily i Jamesem był uroczy. Chłopak w końcu wydoroślał i ona teraz na pewno to zauważyła. Może z tego wieczoru wyniknie coś więcej! Bardzo ucieszyła mnie decyzja Syriusza. Jeśli powie Dominice prawdę, może coś między nimi się zmieni. Oni powinni być razem!!! Mam nadzieję, że to nie Peter jest ranny. Huncwoci bardzo by się obwiniali. I co się stało Moon? Pewnie ot tak nie powie Syriuszowi prawdy. Nie powiem, że to wszystko jest na jej własne życzenie, bo byłoby to niesprawiedliwe, ale nie wiem czemu, ona się bardzo pcha do tych młodocianych śmierciożerców... Ach i zapomniałam jeszcze o Josephine - tej to z chęcią wydrapałabym oczy ;)

    Nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału! Serdecznie pozdrawiam ❤
    Drama

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wątek Lily i Jamesa to mój ulubiony w tym rozdziale :) Oboje zachowali się właściwie we właściwym miejscu i we właściwym czasie. Co prawda nad ich szczęściem zawisła teraz ciemna chmura, ale to dobra okazja, by wypróbować siebie nawzajem.
      Oj tak, Syriusz w dość zaskakujący sposób został zmuszony do podjęcia decyzji, ale będzie mocno się jej trzymał, mimo wszystko.
      Na głowę Petera spadnie teraz dużo zmartwień i planuję niewielki, ale bardzo znaczący fragment z jego udziałem w kolejnym rozdziale.
      Moon szuka wsparcia to tu, to tam, niestety z marnym skutkiem. Brak jej równowagi i obiektywizmu. Ten rozdział był bardzo ważny dla rozwoju tej postaci i konsekwencje będą widoczne już zaraz :)
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam
      Eskaryna

      Usuń
  2. kurczę, popełniłam duży błąd. Nie skomentowałam od razu po przeczytaniu, a nie mogłam, bo czytałam z komorki i uznałam, że mam zbyt dużo do napisania, a teraz nie wiem, czy wszystko spamiętam
    Generalnie musze powiedziec, że dość mocno dobiła mnie naiwność Dominiki w tym rozdziale. z jakiej parafii uwierzyła ot tak, że ten Puchon ma coś wspólnego ze śmiercią Patricii, że to on faktycznie jest tym szpiegiem czy cokolwiek? Rozumiem, że Dominika lubi i ufa Regulusowi, który moż - być może - sam w to wszystko wierzy, ale ja bym na jej miejscu miała jakiekoglwiek zawahania. wolałabym się dowiedzieć,a już na pewno widząc resztę Ślizgonów. To nie sa ot takie sobie dokazywania wśród uczniów, to jest poważna sprawa. Może i Dominika sie ogarnęła w mmencie pojawienia sie Petera, ale to już nievco za późno... ponadto - co własciwie działo się od tamtego momentu? Mamy tylko perspektywę Syriusza, któryr wpadł w połowie wydarzeń, i tak naprawdę mało co wiemy! dlaczeog Moon jest ranna i co z tego wszytskiego wynika? Następny rozdział to będzie koniec trzeciej części, więc pewnie będzie jeszcze więcej emocji, a mi to nie odpowiada. Chciałabym wierzyć, ze Syriusz naprawdę wyzna jej swoje uczucia, że zmieni zdanie w tej kwestii jak James, ale nie wiem,czy to pomoże w tym momencie. Czy ona uwierzy? czy to coś zmieni? Akcja z Jasmine mnie wkurzyzła, choc była do przewidzenia, ale własciwie nawet w jakimś sensie mnie to ucieszyło, bo zmusiło Syriusza do podjecia dobrej deycyzji (a przynajmniej do próby jej podjęcia). Uważam, że jeśli wróciłby do Dominiki (błagam o to, błagam!), to powinien jej powiedzieć o tym tak, jak to w rzeczywistosci wygladało... Ale to jest naprawdę ciężka sprawa, to wszystko... Ach!
    Teraz trochę o Jilly. A więc Potter ma świetną taktykę, która naprawdę dobrze działa, ale chyba może już przestać ją prowadzić, skoro widać wyraźnie, że Lily odwzajemnia jego uczucia xD bć może aluzja do miłości w rozmowie o stuiach i rodzicach była początkiem tego przestawania, ale NIESTETY z racji przerwania teg wątku nie wiemy, a Ty trzymasz nas w tak okropnej niepewnosci! smutno mi z tego powodu!!! :( no ale we wrzesniu się dowiem (ponad miesiąc do nowej notki, toż to straszne! choć kurde nie powinnam narzekać, jeśli wszystko wskazuje na to, że będę miała spore opóźnienie z pisaniem notki na Niezależność :/).
    OK, sporo pamietałam, choc na pewno czegoś nie powiedziałam xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, Dominika doigrała się ostatecznie :) Z jej perspektywy wszystko się poplątało, trudno powiedzieć, gdzie zaczyna się jedno, a gdzie kończy drugie. Powiem tak - w najbliższych rozdziałach będzie na pewno ciekawie pod tym względem, że usuwam całkowicie perspektywę Moon, co może być interesującym eksperymentem, bo do tej pory jej punkt widzenia towarzyszył nam w każdym rozdziale. Skoro tak sprytnie pozbyłam się głównej bohaterki, mogę popracować nad pozostałymi :)
      Chaotyczność wydarzeń jest uzasadniona. Wszystko działo się bardzo szybko, bohaterom towarzyszyły silne emocje i potrzeba kolejnego lub kolejnych dni, żeby wszystko poukładało się im głowach. Spokojnie, będziemy im towarzyszyć w tym procesie, więc wrażenie gnania bez tchu powinno zastąpić żmudne rekonstruowanie faktów :)
      Trzecia część trochę mi się wydłuży, więc jeszcze parę rozdziałów musi się pojawić zanim ją zakończę. Co prawda mogłabym ją przerwać i zacząć resztę od czwartej, ale tak naprawdę nie ma to żadnego logicznego uzasadnienia i myślę, że w takim wypadku czwarta część nie byłaby spójną całością. Czwarta część to będzie zupełnie inna bajka :) Musi być solidnie oddzielona od reszty.
      Syriusz, mimo absurdu całej sytuacji, dojrzał do szczerości i jak już raz coś przedsięwziął, to doprowadzi to do końca. W obecnej sytuacji to zmienia niewiele, a jednocześnie bardzo dużo. Będzie miał pole do popisu, ale niekoniecznie w taki sposób, w jaki to sobie zaplanował.
      No było ciepło, było miło, teraz niestety zaistniały sprawy ważniejsze niż romanse, ale tak jak już wspomniałam, to dobra okazja, żeby Lily i James przyjrzeli się sobie nawzajem i zastanowili, gdzie jest granica między delikatną manipulacją a rzeczywistym dopasowaniem :)
      Wrzesień to jest optymistyczny termin! I cieszę się, że sama się opamiętałaś, bo i ja uważnie przyglądam się Twoim postępom w pisaniu :D
      Dziękuję Ci za komentarz i pozdrawiam
      Eskaryna

      Usuń
    2. Hah, odpisujesz tak, że człowik ma tylko coraz więcej pytań i chciałby więcej wiedzieć. xD dlaczego czwarta część ma być taka długa, albo jakie znaczenie będzie miał Syriusz (a nie takie, jakby chjciał)? Co się będzie działo z Moon? Naprawdę umieram z ciekawości.
      A z drugiej strony, jesli choc jeden czytelnik niezaleznosci czuje się tak, jak ja tutaj, to wiem, dlaczego można sie niecierpliwic. Mam już powiedzmy, połowę rozdziału, ale kiedy powstanie następna, to naprawdę nie mam pojęcia!

      Usuń
  3. Ach powróciło to, czego u Dominiki nie rozumiem: uciekanie przed problemami i wyjaśnieniami. Czy on tak bardzo bała się rozmowy z nim? I wręcz niemal na niego jest zła. A nie wiem czy powinna. Nigdy nie rozumiem jej powodów. Najpierw z nim normalnie gada, a potem odpały. Syriusz wydaje się tu taki właśnie... taki fajny no. Zaczyna rozumieć, że nie można tak manipulować innymi i ich ranić, teoretycznie dla ich dobra. Wiedziałam, że nie gra mi coś z tą dziewczyną. Bo miałam zakorzenione, że Dominika się tam nie pojawi. Tylko właśnie powód tego... no powiem, że Josephine no um... brak słów. Ale Syriusz nieźle jej przygadał, chociaż niestety nie przejęła się tym. Teoretycznie Dominika powinna to zrozumieć. Ale teoretycznie, bo to DOMINIKA ;p.
    Dooobrze Pete! Targuj się! Brawo! Ale to było chamskie z ich strony, żeby nie szedł, bo nie ma partnerki. No panowieee. I biedak został złapany :(. Ciekawe co to się zadziało, że Dominika tak szybko wybiegła i czyje zaklęcie w końcu ją ugodziło. Bo nie wiem czy Snape rzucił je do Puchona(tak mi się wydawało) czy też do niej. Oj mówiłam, że będą z tego kłopoty, z tej relacji ze ślizgonami. No i czy Pete powie co się stało? Pewnie tak... bo nie wiem do końca czy Syriusz dowie się prawdy od niej, nie sądzę, skoro przed nim ucieka. Te ostatnie jej zdanie, takie dziwne.
    Co do Lily i Jamesa, to fajnie że ona w końcu tak zaczyna z nim rozmawiać i sama szukać kontaktu. W sumie tak to jest, że jak ktoś nas czymś męczy czy cały czas pisze i nagle przestanie, to o ile ta osoba jednak jakoś nam została w głowie, to sami zaczynamy pragnąć kontaktu. Super że pokazał się z takiej strony, że ma takt, że jej słucha itd. Nie jest zapatrzonym w siebie bucem, jak pewnie czasem myślała ;P.
    W sumie Snape sam będzie uczył eliksirów, ale czy nie powinien jakoś bardziej schować podręcznika? Czy on by o tym zapomniał już będąc nauczycielem?
    Taka mała sprawa co do Syriusza: czy na pewno powinien wypowiadać "Bóg"? Czy to po prostu cały cytat z książki itd? Bo oni to chyba coś o Merlinie bardziej.

    Dziękuję za dedykacje ;). Miło że jestem z tych ulubionych ;). Alee ja mam bloga i nawet go czytałaś :D. Tylko trochę spore przerwy mam i nie do końca jestem zadowolona z tego opowiadania, dlatego może tak bardzo ociężale mi idzie.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dominika panicznie boi się konfrontacji z Syriuszem, bo sama widzi, że trudno jest jej ukrywać przed nim swoje prawdziwe uczucia. To on z nią zerwał, więc już sam fakt, że nie może się w nim odkochać, jest dla niej upokarzający - dlatego też przekuwa te poplątane emocje w gniew, bo tak jest łatwiej i ma przy tym nadzieję, że za taką fasadą Black nie dopatrzy się prawdy. Jak widać niesłusznie ;) Ponadto trzeba pamiętać o innych osobach, które w tym momencie mają wpływ na Moon i wywołują w niej niekoniecznie naturalne reakcje.
      Teraz Dominika jest poza zasięgiem, więc nikomu nic nie powie :D W ogóle szykuję ciekawy eksperyment, bo do tej pory większość wydarzeń rozgrywała się z jej perspektywy, a teraz całkiem odsunę ją na bok, więc na pewno będzie inaczej.
      James perfekcyjnie wykorzystał swoje pięć minut, grunt, że to zrozumienie go nie opuściło :)
      Severus nie chciał być powiązany z podręcznikiem, a że pod latarnią najciemniej... Harry w "Księciu Półkrwi" otrzymuje ten właśnie podręcznik z depozytu w sali eliksirów, więc jakoś musiał się tam znaleźć. Przy okazji wydaje mi się, że Severus zbyt cenił swoje odkrycia, żeby całkowicie niszczyć po nich ślad. Raczej chciał, żeby przetrwały w jakiejś formie i mu nie zagrażały, stąd wcześniej czy później musiały trafić do jakiegoś ucznia.
      No ja wiem! Ale jakoś zakodowałam sobie, że jest przerwa do odwołania. Czy to znaczy, że kontynuacja trwa i ja nic o tym nie wiem?!?! Wracam czym prędzej. Ale pewnie będę musiała zacząć od początku, bo wiele szczegółów wyparowało mi już z pamięci.
      Z pozdrowieniami
      Eskaryna

      Usuń
  4. Hej
    Wiedz ze rozdzial przeczytalam i bardzo mi sie podobał ale nie mam w ogole czasu zeby napisać cos więcej
    Postaram sie wpasc ty przed nowym rozdzialem i cos naskrobac
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Cześć, kochana, to ja!
    Nie wiem czy mnie pamiętasz, w końcu zniknęłam niemal bez słowa, za co bardzo przepraszam, ale studia zajęły cały mój czas i przez niemal rok nie zaglądałam na żadne blogi. Teraz jednak jest środek wakacji i mam ochotę przeczytać coś dobrego, dlatego zaglądam do Ciebie. Niestety nie pamiętam dokładnie na którym rozdziale skończyłam (wstyd i hańba, wiem). Czy mogłabyś sprawdzić na przykład na mailu, który rozdział komentowalam jako ostatni, żebym mogła wrócić do czytania Tam, gdzie skończyłam? (:
    Jeszcze raz przepraszam i strasznie mi głupio, że na tyle czasu opuściłam to wspaniałe opowiadanie, ale życie pisze swoje własne scenariusze :(
    Ściskam <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czeeeść!
      Jak miło mi Cię widzieć! Twoje zniknięcie mnie zmartwiło, cieszę się jednak, że związane było z nawałem obowiązków, a nie czymś gorszym. Czy to oznacza, że wracamy na Atlantydę??? :D
      Ostatni komentarz podpisany Twoim nickiem mam pod rozdziałem IV :)
      Świetnie, że wróciłaś. Dziękuję Ci za miłe słowa i pamięć :)
      Z pozdrowieniami
      Eskaryna

      Usuń
    2. Niestety do Atlantydy na razie raczej nie wrócę, jako że studia zabrały całą moją wenę... Ciągłe czytanie kodeksów i ustaw niezbyt sprzyja wyobraźni :(
      O kurczę, czwarty! No to troszkę się zebrało do nadrobienia, ale to dobrze, będę czuła jakbym czytała książkę :D
      Także ja wolniutko będę nadrabiać, a tobie życzę mnóstwo weny :***

      Usuń