12 sierpnia 2016

Rozdział II - część III


„Słońce i deszcz”

– rozdział II –

Dominika przesłoniła oczy ręką, by spojrzeć Jeanowi w twarz. Był słoneczny poranek, jeden z wielu, jakie często zdarzają się w Marsylii o tej porze, ten jednak był wyjątkowy. Jeszcze tego samego dnia rodzina Moon miała znaleźć się z powrotem w Bedworth.
 Odezwij się, jeśli tylko będziesz czegoś potrzebował  powiedziała, starając się nadać swojemu głosowi zrelaksowany i sympatyczny ton. Nie było to proste z dwóch powodów – tęskniła za życiem w słonecznej i dobrze jej znanej Marsylii, dlatego też wyjazd do Anglii nie napawał jej zbytnią radością; ponadto Jean wciąż wzbudzał w niej wątpliwości. Spędzili ze sobą wiele czasu od pamiętnej rozmowy na placu zabaw, a słowa Dominiki nie zawierały fałszu – rzeczywiście chciała mu pomóc. Było jej go żal, bo choć oboje posiadali niezwykły magiczny talent, ona miała wsparcie ze strony przyjaciółek, Francuz natomiast nie miał nikogo, na kim mógłby polegać. Mimo to, obawiała się go dużą częścią swojej podświadomości, jakby było w nim coś niepokojącego i nieprzewidywalnego.
Kiedy jego usta rozciągnęły się w zwykłym, szerokim uśmiechu, to dziwne wrażenie zaatakowało ją ze zdwojoną siłą.
 Tak czy inaczej kiedyś się spotkamy.
 Skąd ta pewność?  Uśmiechnęła się z przekąsem, nie bez wysiłku. Jean był jak pudełko o podwójnym dnie, nic w jego osobie nie było oczywiste i nic nie wydawało jej się jednoznaczne. Ktokolwiek mógłby powiedzieć słowo niewzbudzające jej podejrzeń, ale gdy tylko wymawiał je Jean – słowo nabierało wielu znaczeń, równie mglistych i nieuchwytnych jak jego myśli.
Chłopak wzruszył ramionami.
 Tak to już bywa w życiu, takie spotkania jak nasze nie bywają przypadkowe, nie sądzisz?  Rzucił jej twarde, beznamiętne spojrzenie, które sprawiało nienaturalne wrażenie w kontraście do jego uśmiechu i młodej twarzy.
 To możliwe.  Spuściła wzrok.  Spodziewałam się wakacji pełnych nudnego odświeżania wspomnień i miejsc, a dostałam ostry trening zdolności paranormalnych.
Jean odrzucił głowę do tyłu i zaśmiał się serdecznie.
 W porządku, odezwę się, jeśli coś się stanie. Tymczasem, Dominique, stań się znowu Dominiką i korzystaj z wakacji.  Wyszczerzył zęby i wyciągnął ku niej rękę, którą Moon skrzętnie uścisnęła. Później skinął jej krótko głową i odszedł w swoją stronę.
Blondynka ruszyła wolno chodnikiem w stronę domu wujostwa, ale po chwili obejrzała się przez ramię. Jean pojawiał się i znikał w tłumie przechodniów, a jego uśmiech zabłysł w świetle słońca, kiedy odwrócił się, by na nią spojrzeć.
Dominika miała szczerą nadzieję, że mimo wszystko to spotkanie będzie ich ostatnim.

* * * * *

Patricia po raz kolejny w ciągu ostatniego kwadransa przesunęła widelcem skorupkę homara, rzuciwszy krótkie spojrzenie rodzicom, którzy siedzieli z nią przy stole. Podczas wymuszonych, wspólnych posiłków nigdy nie potrafiła wskazać, co czuje najmocniej – zdumienie, że życie rodziny Macmillan wywróciło się do góry nogami w ciągu zaledwie kilku lat, żal, że tak się stało, czy może pełne kpiny rozbawienie, kiedy patrzyła jak rodzice mozolnie usiłują wkupić się w hermetyczne środowisko starych, czarodziejskich rodów. Nawet teraz jej ojciec, którego smagłą twarz przedwcześnie poprzecinały zmarszczki, z ponurą miną żuł homara, chociaż wiedziała dobrze, że nie znosi owoców morza. Pani Macmillan również ledwie tknęła swoją porcję, była bowiem zbyt pochłonięta przeglądaniem katalogu sklepu z antykami, który chyba najchętniej wykupiłaby w całości – w końcu co z tego, że nie ma się własnego dziedzictwa, skoro w banku czekają stosy galeonów…
Patricia przez chwilę zastanawiała się, czemu właściwie tkwią przy tym stole, skoro żadne z nich nie ma na to ochoty, ale to pewnie też był jakiś stary zwyczaj, który Macmillanowie żywcem ściągnęli od swoich idoli.
Tym razem przedłużająca się cisza szczególnie działała jej na nerwy. Gorączkowo rozmyślała nad tym, jak namówić rodziców, żeby pozwolili jej pojechać do Petera. Początkowo, kiedy zmusiła Lily do odesłania Potterowi pozytywnej odpowiedzi, podeszła do sprawy ze swoim zwykłym optymizmem, przekonana, że na pewno jakoś się uda. Teraz tylko musiała obmyślić jak dokładnie będzie wyglądało to „jakoś”.
 Mamo…  zaczęła, a jej głos w głuchej ciszy zabrzmiał nieprzyjemnie głośno.  Tato…
 Tak, skarbie?  zapytała pani Macmillan, gorączkowo zakreślając jeden z produktów w katalogu. Ojciec mruknął coś niezrozumiale, patrząc przede siebie błędnym wzrokiem, najprawdopodobniej pogrążony w myślach o pracy, z której dopiero co wyszedł. Cóż, bądź co bądź, jego zawód był jednym z argumentów, dla których czystokrwiści jakoś tolerowali Macmillanów, nędznych nuworyszy – stare, magiczne rody nie przepadały za sztywnymi przepisami, więc zawsze dobrze było mieć dobrego prawnika wśród znajomych.
 Znajomi organizują mały wypad do Walii. Do rezydencji panny Pettigrew, ciotki mojego kolegi, Petera  powiedziała szybko, z rozmysłem akcentując słowa „mały” oraz „rezydencja”. Skutecznie, bo pani Macmillan podniosła na nią swoje uderzająco błękitne oczy.
 Pettigrew  mruknęła, marszcząc czoło w zamyśleniu.  Coś mi to mówi.
 Udziela się charytatywnie  pospieszyła z wyjaśnieniem Patricia.
 Ach, pamiętam ją z zeszłorocznego balu dobroczynnego! Wspaniała kobieta. Ma klasę.
 Raczej forsę  parsknął pan Macmillan i zmierzył córkę uważnym spojrzeniem.  Kto jeszcze tam będzie?
Patricia przełknęła ślinę. Oczywiście spodziewała się tego pytania i dobrze wiedziała, co się za nim kryje. W żadnym razie nie mogła powiedzieć rodzicom całej prawdy.
 Och, kilka osób.  Machnęła nerwowo widelcem, kątem oka rejestrując zaciskające się usta matki.  No wiecie, ludzie z roku i w ogóle.
 Patricio, wyrażaj się stosownie...  zaczęła pani Macmillan wywracając oczami, ale to ojciec zadał pytanie, które od dłuższego czasu wisiało w powietrzu, a którego dziewczyna oczekiwała z mieszaniną gniewu i przestrachu.
 Czy to oznacza tę mugolską dziewczynę?
Patricia zacisnęła zęby i pochyliła głowę nad talerzem, udając, że nagle zainteresowała ją kupka jarmużu spoczywająca obok rozgrzebanego homara. Starała się uspokoić, powtarzając w myślach, że przecież to ich zwykła zagrywka, a tym razem gra jest naprawdę warta świeczki, ale ciemne rumieńce gniewu samoistnie wystąpiły na jej blade policzki.
Przynajmniej tym razem nie nazwał jej szlamą  pomyślała z goryczą.
 Przypominam wam po raz setny, że ta mugolska dziewczyna ma na imię Lily i jest moją najlepszą przyjaciółką.  Z tytanicznym wysiłkiem zdusiła w sobie kolejne komentarze i skupiła się na kluczowym argumencie, który obmyśliła znacznie wcześniej i którego wstydziła się chyba nawet bardziej niż ich idiotycznych poglądów.  Zresztą... Najważniejsze, że będzie tam Syriusz Black. Dawno się nie widzieliśmy.
Nawet nie podnosząc wzroku znad talerza wiedziała, że ta informacja zrobiła na nich odpowiednie wrażenie. Blackowie byli jedną z czołowych magicznych rodzin Wielkiej Brytanii, a Patricia poważnie podejrzewała, że za jedno słowo aprobaty z ich strony jej własna matka spaliłaby ją na stosie bez mrugnięcia okiem. Tymczasem cała familia tolerowała Macmillanów z jawnym politowaniem, czyli odpowiednio dla czarodziejów, którzy wprawdzie nie mają imponującego rodowodu, ale za to są obrzydliwe bogaci, a to zawsze się ceni.
 Syriusz Black?  zapytała pani Macmillan z nagłym ożywieniem, odkładając katalog na bok.  Starszy syn Walburgi Black?
 Ten sam  wymamrotała Patricia, czując wyraźnie jak rumieńce gniewu błyskawicznie zmieniają się w rumieńce palącego wstydu. Ledwie usłyszała pełne aprobaty mruknięcie ojca – cała jej radość wywołana zbliżającym się wyjazdem została niemal natychmiast stłumiona przez wyobrażenie Syriusza Blacka zaśmiewającego się nad jej przykrym wyznaniem. Jak dobrze, że ta idiotyczna rozmowa nigdy nie wyjdzie poza te ponure ściany...!

* * * * *

Nieduży, schludny dom przy Derwent Road w hrabstwie Warwickshire pogrążony był w nocnej ciemności. W ogrodzie rozlegały się drobne szelesty i cykanie owadów, a mieszkańcy domu śnili marzenia pełne słońca i błogiego spokoju. Noc była piękna, ze swym czystym, aksamitnym niebem, którego nie przysłaniała nawet jedna chmura. Tarcza księżyca, choć niepełna, świeciła jasno i srebrzyście, rozpraszając przejmującą ciemność.
Drobna blondynka poderwała się ze swojego łóżka we wschodniej części domu i jęknęła. Serce biło jej jak oszalałe, a oddech gwałtownie podnosił i opuszczał koszulę nocną na piersi. Dziewczyna wytężyła wzrok, usiłując szybciej przyzwyczaić go do ciemności. Po kilkunastu sekundach wypełnionych pulsującym tętnem krwi w uszach, przerzuciła nogi przez łóżko i wstała chwiejnie. Wciąż ogarnięta silnym przeczuciem cofnęła się do ściany i rozejrzała wokół. Pokój wydawał się pusty.
Pokręciła głową, myśląc o głupich koszmarach, które poderwały ją z ciepłego łóżka w środku nocy, ale zamiast wrócić pod kołdrę, podeszła do okna i odsunęła zasłonę. Księżycowe światło zakłuło ją w oczy, ale nie pozostawiło też żadnych wątpliwości, że ogród i ulica były puste. Wzroku nie przyciągał żaden, nawet najmniejszy ruch, przez co krajobraz za oknem przypominał fotografię. Odetchnęła z ulgą i wyciągnęła rękę, żeby z powrotem zaciągnąć kotarę, ale w ostatniej chwili spostrzegła szczegół, który ponownie wyostrzył jej zmysły.
Na samym środku wilgotnego od rosy trawnika szmaragdowozielona trawa była zgnieciona, jakby ktoś na niej stał. Widok ten wywołał dreszcze na jej skórze, bo do wydeptanego miejsca nie prowadziły żadne ślady – ani z domu, ani od ulicy. Zupełnie, jakby ktoś zmaterializował się pośrodku trawnika i w podobnie spektakularny sposób zniknął.
Przeciętny człowiek szybko stwierdziłby irracjonalność takiego zjawiska, ale szesnastoletnia Dominika Moon była czarownicą i nieobce były jej wytłumaczenia tej sytuacji bezpośrednio związane z magią. Dlaczego jednak ktoś miałby się aportować przed jej domem? I dlaczego zniknął równie gwałtownie jak się pojawił? Musiała wychwycić podczas snu dźwięk towarzyszący temu czarodziejskiemu środkowi lokomocji, jednak kiedy wstała, przybysz musiał być już daleko stąd. Poczuła jak dreszcz przebiegł jej po plecach. Wolno zaciągnęła kotarę i wstrzymała oddech. 
Anglia przywitała ją kolejną tajemnicą.

* * * * *

 Lily, Patricia!  zawołała w dwa dni po niepokojących nocnych odwiedzinach i uśmiechnęła się szeroko. Wciąż czuła ukłucie żalu na myśl o braku zainteresowania ze strony przyjaciółek przez pierwszą połowę wakacji, ale kiedy tylko zobaczyła je wymachujące szaleńczo w umówionej kawiarni, uśmiech sam wypłynął na jej usta.
Noc, podczas której obudził ją na wpół rzeczywisty koszmar, wypełniona była niepokojem aż po świt, ale jej wspomnienie zblakło zupełnie już przy śniadaniu, kiedy ojciec Dominiki położył na stole pocztę, w tym jeden list zaadresowany do niej. Schludnie złożona kartka zawierała propozycję spotkania od Lily i Patricii, które teraz niecierpliwie wierciły się na prostych, metalowych krzesłach i jedna przez drugą dopytywały się o pobyt w Marsylii.
 Fajna sprawa, morze, plaża i te upały, ale jak widzisz w Londynie też nie ma na co narzekać.  Brunetka wystawiła twarz do słońca i zmrużyła błogo oczy.  A tak w ogóle, to jedziemy z wizytą do cioci Petera i zabieramy cię ze sobą.
 Dobrze wiedzieć  parsknęła Moon, mieszając plastikową łyżeczką w swoim pucharku z lodami.  Wygląda na to, że Peter mówił poważnie.
 Właściwie to zaprosił nas Potter  sprostowała Patricia i po namyśle dodała:  Właściwie to zaprosił Lily, a ja wystąpię w roli posażnej damy do towarzystwa. Tym bardziej nie przyjmuję twojej odmowy, trudno mi będzie samej znosić te ich wakacyjne amory.
 Nie będzie żadnych amorów  zaprotestowała Lily, potrząsnąwszy grzywą rdzaworudych włosów.  Patty przekupiła mnie wyjawieniem mrocznej legendy o kwintopedach.
 Kwintopedach?  zdziwiła się Dominika.
Macmillan klasnęła w ręce i rozpromieniła się jeszcze bardziej. Moon po raz kolejny pozazdrościła przyjaciółce olśniewającego uśmiechu i wesołych iskierek w dużych, sarnich oczach, które zabłysły teraz w niemal hipnotyzujący sposób.
 To cudownie, załatwione. Jutro w południe użyjemy mojego kominka.
 A-ale…  zająknęła się Dominika, z trudem przełykając grudkę lodów.  Ale ja przecież jeszcze nie rozmawiałam z rodzicami, a poza tym to tak szybko, ledwie zdążyłam się rozpakować…
 Nie ma sprawy, pojedźmy do nich teraz i zapytajmy  powiedziała Patricia bez mrugnięcia. Zawsze miała na wszystko odpowiedź, co niekiedy było bardzo przydatne, ale też nieco przytłaczające. Moon westchnęła, a Lily zachichotała nad swoim pucharkiem.
 No dobrze, lepiej zapytam ich sama, nie mieszkam znowu tak blisko. Czy… Czy będą tam wszyscy Huncwoci?  zapytała niepewnie, podnosząc wzrok na brunetkę.
 Aha  odezwała się dziewczyna pomiędzy jednym głośnym siorbnięciem a drugim.  Spodziewam się, że dostarczą nam niezapomnianych atrakcji, nawet jeśli jęki Blacka się sprawdzą i ciągle będzie padało.
Lily prychnęła, a jej brwi powędrowały do góry.
 Mało ci jeszcze tych atrakcji podczas roku szkolnego? Pamiętasz jak nie wyszedł im eliksir i spalili pół Pokoju Wspólnego? Przez miesiąc nie mogłam wywabić zapachu spalenizny ze swetra.
 Noo…  Patricia przewróciła oczami.  Ale bywały też przyjemniejsze chwile. A poza tym dzięki nim już trzy lata z rzędu puchar Quidditcha stoi w gabinecie profesor McGonagall. No i podejrzewam, że z punktami wychodzą na zero, dostają ich przecież dużo za osiągnięcia w nauce. Pomijam w tym wyliczeniu Petera, chociaż i on przejawia przebłyski geniuszu w astronomii.
Evans pokręciła głową z niedowierzaniem i wymownie spojrzała na Dominikę.
 Oto oficjalny, darmowy adwokat Huncwotów. Pat, mogłabyś być chociaż na tyle wyrachowana, żeby pobierać od nich stosowne opłaty za taki PR.
Dziewczyna wyszczerzyła zęby, ale po chwili zreflektowała się i westchnęła teatralnie.
 Obawiam się, że bycie członkinią rodu nuworyszy uniemożliwia mi podjęcie pracy w tak młodym wieku.  Po czym wzruszyła ramionami i wsunęła na nos okulary przeciwsłoneczne. Żadna z przyjaciółek nie dojrzała goryczy, która nieznacznie stłumiła jej zwykły, niewymuszony uśmiech.

* * * * *

Moon zaniosła się głośnym kaszlem i z trudem przestąpiła próg kominka. To było jej pierwsze doświadczenie z siecią Fiuu, na tyle niefortunne i nieprzyjemne, że obiecała sobie, iż nie skorzysta z niej nigdy więcej. Mimo, że kominek państwa Macmillan był nieskazitelnie czysty i przestronny, to był zupełnym przeciwieństwem kominka panny Pettigrew, który wypełniony był popiołem, a kiedy dziewczyna spróbowała się wyprostować, uderzyła głową o niski strop. Ktoś złapał ją za łokieć i pociągnął delikatnie ku sobie, tak że stanęła na cudownie stabilnej kuchennej podłodze.
 Dzięki, Remusie.  Uśmiechnęła się to wysokiego szatyna, który odpowiedział jej wesołym uśmiechem. Wyglądał znacznie zdrowiej niż zwykle, jego cera nie była poszarzała, a oczy błyszczały żywo i po raz pierwszy zwróciła uwagę na jego ładne, regularne rysy twarzy. Nie dane jej było jednak dłużej rozważać tego faktu, bo tuż za nią z kominka wytoczyła się Evansówna, której wyraz twarzy wskazywał na fakt, że i ona nie była zwolenniczką sieci Fiuu.
 Cześć, Lily, tak się cieszę, że zdecydowałyście się przyjechać.  Peter Pettigrew z promiennym uśmiechem pomógł jej przekroczyć próg kominka.  Obiecuję, że nie pożałujecie. Gdzie Patricia?
Zanim Lily zdążyła powiedzieć choć słowo, kominek buchnął zielonymi płomieniami, a w środku pojawiła się Macmillan z nieładem na głowie, ale za to z szerokim uśmiechem na twarzy.
 Siemacie, chłopaki!  zawołała, otrzepując energicznie dżinsy i dziarsko wychodząc z kominka.  Co ten komitet powitalny taki mały?
 James i Syriusz są w ogrodzie, rzucają jakieś zaklęcia na ryby w oczku wodnym. A ciocia Hortensja jest w salonie, chodźcie, przedstawię ją wam.
Cała grupka powędrowała za Peterem przez wąskie korytarze wyłożone błękitną wytłaczaną tapetą do średniej wielkości pomieszczenia, które sprawiało wrażenie znacznie mniejszego niż w rzeczywistości ze względu na niezliczoną ilość bibelotów, które porozkładane były na wszystkich płaskich powierzchniach. Panna Pettigrew okazała się pulchną, rumianą osobą o miłej twarzy i kręconych włosach spiętych kwiecistą spinką. Uśmiechnęła się na ich widok, a w jej policzkach pojawiły się małe dołeczki, kiedy wstała z fotela i otrzepała długą suknię.
 Witajcie, moje drogie, witajcie!  zawołała jowialnie, zacierając drobne dłonie.  Peter tyle mi o was opowiadał. Mam nadzieję, że nie macie nam za złe skromnych warunków i nieprzyjaznej pogody, ale czasem i to ma swoje zalety…
 Ależ skąd, proszę pani, bardzo tu ładnie  zapewniła ją gorliwie Lily, rumieniąc się lekko.
Salon panny Pettigrew był ciemny i nieco zbyt intensywnie pachniał trocinami z klatki cytrynowożółtej papugi w rogu pokoju. Nieliczne wolne fragmenty ścian pokrywała tapeta zdobna w drobniutkie różyczki, a obrazy przedstawiały w dużej części martwą naturę.
 Nie będę wam przeszkadzać, górne piętro należy do was, a od jutra także i reszta domu, bo wybieram się do mojej przyjaciółki Gladys na jarmark dobroczynny. Pete, Imbirka i ryby zostawię pod twoją opieką. A tymczasem już was nie zanudzam, na pewno stęskniliście się wszyscy za sobą.  Puściła im oko i uśmiechnęła się porozumiewawczo, co dziewczęta przyjęły z umiarkowanym entuzjazmem. Huncwoci jakoś zapomnieli im powiedzieć, że plany uległy drobnej zmianie.
Także w ogrodzie widoczny był gust panny Pettigrew, był on bowiem chaotycznie zaprojektowany i wypełniony najróżniejszymi kwiatami. Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie zupełnie zwyczajnego, jednak kiedy Dominika rozejrzała się uważniej, zauważyła, że niektóre z roślin zna z hogwarckiej cieplarni. Pochyliła się z ciekawością na kępką żonkili, które mruczały coś do siebie niewyraźnie, kiedy gdzieś w pobliżu rozległ się entuzjastyczny okrzyk.
 Evans! Wiedziałem, że mnie nie zawiedziesz!
Lily przewróciła oczami, po czym spojrzała z dezaprobatą na Jamesa, który długimi susami przemierzał nieco przydługą trawę na powitanie rudowłosej.
 Wyglądasz jeszcze piękniej niż zwykle  powiedział, skłoniwszy lekko głowę.  Obcięłaś włosy?
 Nie  odparła chłodno Lily.
 I bardzo słusznie, moja ty nimfo, byłoby szkoda. Zapraszam was dalej, piękne panie i ciebie, droga Moon, nawiasem mówiąc, twoja obecność to dla mnie niemiłe zaskoczenie.
 Z wzajemnością, gumochłonie  burknęła Dominika i trzepnęła Pottera w tył i tak już dostatecznie potarganej głowy.
W dalszej części ogrodu mieściło się oczko wodne otoczone różanymi krzewami i niewysokimi cisami, bujnie porośniętymi zielonymi liśćmi.
Syriusz stał oparty o jeden z sękatych pni. Spojrzał przelotnie na Dominikę, której serce podeszło do gardła, po czym niedbale sięgnął po szklaną butelkę i przystawił ją do ust.
 Hej  odpowiedział lakonicznie na przywitanie Patricii i utkwił wzrok w dalekim kącie ogrodu. Wszyscy zgromadzili w dużej, drewnianej altanie, która osłoniła ich przed nieustającą mżawką. Moon jednym uchem przysłuchiwała się dowcipnej rozmowie prowadzonej przez znajomych i od czasu do czasu podnosiła wzrok znad wyblakłego stołu, żeby spojrzeć na dumny profil Syriusza. Wyglądał dość ponuro, a także ignorował ją z niewiadomych powodów, co zdziwiło ją niepomiernie. ONA przynajmniej miała powód do takiego zachowania, a cóż takiego mogło znowu urazić Blacka? Przysunęła się bliżej do siedzącego obok Remusa i szturchnęła go łokciem.
 Co go ugryzło?  mruknęła konspiracyjnie, chociaż przyciszony ton nie był konieczny – James opowiadał właśnie jakiś dowcip, który wymagał od niego naśladowania głębokiego basu krasnoluda.
Lupin wzruszył ramionami.
 Nie wiem, jest taki od paru dni. Ale nie przejmowałbym się na twoim miejscu, Łapa bywa nieco, hmm, humorzasty, to wszystko.
 No tak.  Uchwyciła ostre spojrzenie Syriusza, zupełnie jakby podejrzewał, co było tematem tej krótkiej wymiany zdań.  A co u ciebie, Remusie?
 W porządku.  Chłopak uśmiechnął się, z lekkim zażenowaniem pocierając szyję.  Atrakcji mi nie brakuje, bo tych dwóch…  Skinął głową w stronę Jamesa i Syriusza.  … Miota zaklęciami na lewo i prawo, przynajmniej dopóki ciocia Hortensja jest w pobliżu i dezaktywuje Namiar. Widzisz tę wypaloną dziurę na lewo od magnolii? Strzelali do ślimaków. Peter umiera ze strachu, że ciotka się dowie, a ci dwaj tylko pękają ze śmiechu.
Moon parsknęła.
 A jak tam Elisabetta?
Remus posmutniał wyraźnie.
— Och, wróciła do domu na wakacje. Mieszka w Neapolu. Dasz wiarę, że rodzice wysłali ją tu samą, twierdząc, że Hogwart będzie dla niej najbezpieczniejszym miejscem? Nie miałem pojęcia, że sława Dumbledore’a sięga tak daleko…
 Faktycznie, to dziwne  potwierdziła Dominika, marszcząc lekko brwi. Przed czym rodzice chcieli chronić Lisę? Co było ich zdaniem aż tak groźne, żeby wysłać córkę tak daleko od domu?
 Słuchajcie, a może wybierzemy się na wycieczkę?  zaproponował James, który wyglądał jeszcze promienniej i energiczniej niż zwykle. Najwyraźniej połączenie wakacji i obecności Lily było spełnieniem jego marzeń.  Tu niedaleko są ruiny zamku.
Wszyscy porozumieli się spojrzeniami, a Dominika stłumiła chichot, kiedy zobaczyła błysk w oczach Lily – Potter trafił w dziesiątkę.
 Na koń, zacni rycerze!  Okularnik uderzył otwartą dłonią w stół.  Eskortujemy nasze nadobne damy do mrocznych i romantycznych ruin.  Podsunął ramię swojej rudowłosej sąsiadce.
 Chcę je tylko obejrzeć  zastrzegła Evans, cofając się.
 Jasne  prychnął James i spojrzał na nią z politowaniem, jakby codziennie wiódł w ruiny zastępy turystek, z których każda udawała, że się opiera.
Pozostałości zamku znajdowały się dwie mile od domu panny Pettigrew, dlatego bez większego wysiłku pokonali te drogę na piechotę. Wprawdzie ziemia była rozmokła i kleiła im się do butów, ale chłopcy, jak na gentlemanów przystało, osłaniali koleżanki parasolami i zabawiali je niestworzonymi opowieściami.
 Nie wiem czy wiesz, Evans  zagaił po raz kolejny Potter.  Ale te ruiny są nawiedzone.
 Zupełnie jak Wrzeszcząca Chata  zachichotał Peter, a chłopcy zawtórowali mu jakoś niewyraźnie.
 Chciałem tylko powiedzieć, że możesz liczyć na moją opiekę.  Chłopak wyprężył pierś i przybrał przy tym tak pompatyczną minę, że Lily nie mogła się powstrzymać i parsknęła śmiechem.
W ten sposób czas upłynął im szybko i po chwili przystanęli pośrodku nieskończonych błotnistych łąk i wpatrzyli się majaczące na tle bladego nieba ruiny zamku. Najbardziej okazałe były od zachodniej części, zachowała się nawet wieża i część dachu. Nieco dalej cegły opadały ukośnie aż do bezładnej sterty potłuczonych kamieni.
 Koniecznie muszę je obejrzeć  westchnęła Patricia, wierna wielbicielka romansów i melodramatycznych scenerii. Peter potruchtał za nią, z wysiłkiem utrzymując rozchwiany parasol nad jej głową. Remus wzruszył ramionami i przekazawszy parasol Dominice, poszedł ich śladem z wyciągniętą asekuracyjnie różdżką.
 Potter, nie musisz tak za mną chodzić, mam kaptur  syknęła Lily, próbując obejść zamek bez towarzystwa nie odstępującego jej o krok chłopaka.
 To nie to samo  zaprotestował James.  Znam parę fajnych historii, ty oglądaj, a ja będę mówił.
Rozległo się ciężkie westchnięcie i para odmaszerowała ramię w ramię. Moon przestąpiła z nogi na nogę przy akompaniamencie błotnistego mlaśnięcia i zerknęła na swojego ostatniego towarzysza.
 Chcesz parasol?
Chłopak pokręcił głową bez słowa. Naciągnął kaptur czarnej bluzy, tak że wciąż widać było jego bladą twarz i kilka ciemnych kosmyków opadających na czoło. Miał zaciętą minę, ręce w kieszeniach i wpatrywał się nieruchomo w jakiś nieokreślony punkt.
 Jak wakacje?  ciągnęła Dominika upartym tonem, zamierzając poświęcić tę interesującą wyprawę na rzecz wyciągnięcia z Blacka powodu jego nieprzyjemnego zachowania. Biorąc pod uwagę ilość nieporozumień i spięć, które miały miejsce między nimi, postanowiła metodycznie wyjaśniać wszystko po kolei, żeby nie doprowadzać do kolejnych długotrwałych batalii.
Syriusz najwyraźniej nie podzielał jej zdania, bo tylko wzruszył ramionami i mruknął obojętnie:
 Jak widać.
Jednak po chwili okazało się, że ważył w sobie jakieś słowa zanim zdecydował się je skierować do którejś z wielu cegieł w ścianie zamku.
 Twoje chyba musiały być bardzo interesujące, skoro byłaś tak zajęta, że nie miałaś czasu odpisać  powiedział sucho, nie zaszczycając jej nawet spojrzeniem.
 Odpisać?  zdumiała się Moon.  A na co?
Chłopak prychnął, ale nie powiedział nic więcej. Kiedy Dominika z niedowierzaniem patrzyła na jego nieruchomy profil, zauważyła jedynie, że mięsień przy szczęce drga mu nerwowo.
 To ty obiecałeś, że wyślesz mi sowę  obruszyła się Moon, czując okazję do wylania swojego żalu, który nękał ją przez cały pobyt w Marsylii.  Skoro nie chciało ci się napisać, to nie rozumiem, czemu wymagasz tego ode mnie…
Syriusz po raz pierwszy od ich przybycia spojrzał na nią bezpośrednio. Dominikę nawiedziła warta rozważenia myśl, że chyba lubi się z nim kłócić właśnie dla takich spojrzeń.
 Pisałem do ciebie  powiedział nieco ciszej.  Nie raz.
 Nie dostałam żadnego listu!  powiedziała blondynka, czując przyspieszone bicie serca.  Musiały nie dochodzić… Myślałam, że odległość nie będzie problemem!
 Bo nie powinna  mruknął Black, czubkiem ciężkiego buta przesuwając kępkę trawy tonącą w błocie.
 To by wiele wyjaśniało  powiedziała do siebie Dominika, niemal zapominając o obecności chłopaka.  Że nie dostawałam żadnych listów przez te trzy tygodnie! Od Lily i Patricii też… Muszę je o to zapytać.
Ruszyła przed siebie szybkim krokiem, ale po przejściu zaledwie kilku stóp zatrzymała się gwałtownie i odwróciła. Spojrzała z lekkim zdziwieniem na Syriusza, który stał w tym samym miejscu z rękami w kieszeniach i patrzył na nią uważnie.
 Co było w tych listach?  zapytała niepewnie.
Black wyprostował się nieco i zacisnął usta. Patrzyli tak na siebie przez kilka długich chwil, po czym chłopak potrząsnął głową i spuścił wzrok.
 Nic takiego  mruknął.

17 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Hej! ^^
      Kolejny cudowny rozdział, który minął za szybko xD Jak to się dzieje? :D
      Ale może zacznijmy od początku ;)
      No dobra, z jednej strony cieszę się, że Dominika wraca do Wielkiej Brytanii, do Syriusza, przyjaciół... Syriusza :D Ale to nie zmienia faktu, że jakoś polubiłam Jeana i nie chcę, żeby to było ich ostatnie spotkanie. Nie wiem jak Dominika może tego chcieć ;)
      Cóż, rodzice Patricii są tacy... rodowici. A przynajmniej starają się być. Sądzę, że Pati pasuje do nich jako taka buntowniczka xD Wyobrażam ją sobie jako wulkan energii w glanach xD Nie wiem dlaczego, ale bardzo ją polubiłam, bo wcześniej była raczej drugoplanową bohaterką, ale coraz częściej wysuwa się na pierwszy plan, co mnie bardzo cieszy ;)
      Jejku, miałaś rację, że 3 część będzie pełna tajemnic! Tak mnie to wszystko fascynuje, że nie mogę się doczekać kolejnych rozdziałów ;) Ta teleportacja kojarzy mi się trochę z jakimś filmem psychologicznym, taka niepokojąca... brawo!
      Impra u Petera! No i to jest plan, a nie zawsze u Jamesa :D (spoko, u mnie też robił Potter) xD
      Jaki ten Syriusz jest... babski xD Będzie się cały czas fochał, no!
      Za to James ze swoimi zalotami jest uroczy :) Wiesz co mi świata w głowie? Niedługo 7 klasa, niedługo Jily ^^
      A więc jednak coś było nie tak z tymi listami... no dobra, to wybaczam Syriuszowi. Ale i tak to go nie usprawiedliwia, żeby normalnie sobie wszystko wyjaśnić. Ale przecież Eskaryna lubi tajemnice ;)
      Za ostatnie zdanie mam ochotę Cię udusić. Ale jak to by było, gdybym nigdy Ci nie groziła? Byłoby nudno :)
      Rozdział cudowny! Ja chcę zjeść już tę całą czekoladę!!!
      Czekam na następny z wielką niecierpliwością :)
      Natalia

      Usuń
    2. Hejhej!
      Cieszę się, że polubiłaś Jeana i Patricię - wprawdzie ta pierwsza postać wpadła na razie tylko na chwilę i powróci dopiero za jakiś czas, ale za to Patty doczekała się wreszcie odrobiny uwagi :)
      Z tym Peterem to wcale nie było tak, że usilnie nie chciałam ściągać wszystkich do Jamesa :) Po prostu myślałam o nim, zastanawiałam się, jaka może być jego rodzina, gdzie może spędzać wakacje i samo jakoś tak wyszło.
      Oesu, masz rację, Syriusz jest okropnie babski i sfochany. Obawiam się, że chociaż obrażania się będzie mniej w kolejnych rozdziałach, to i tak będzie mocno irytujący xD
      Taaak, ja też się cieszę na Jily!
      No tak, kiedy mi nie grozisz, czuję się jakoś nieswojo :))
      Z pozdrowieniami,
      Eskaryna

      Usuń
  2. Czytam. Jestem. Kocham.
    Twój blog jest w moim ścisłym Top 3! Ta historia jest niesamowita. Jestem uzależniona od tego opowiadania. Wykreowałaś świat, w którym chciałoby się zostać na zawsze.
    Syriusz&Dominika - trzymam kciuki za rozwinięcie się ich relacji C:
    Niecierpliwie czekam na nn.
    Ściskam i pozdrawiam!

    Nowa Czytelniczka
    Centauri Proxima

    OdpowiedzUsuń
  3. Boże, Syriuszu. Powiedziales, ze do niej pisałeś, a pozniej az tak spaliłeś? No naprawdę...
    To znaczy, ja wiem, dlaczego on to powiedział. Czuł sie zraniony i zły i to był zarzut. A mowić o własnych emocjach, których sie do konca nie rozumie... To nie jest łatwe dla nikogo, a juz na pewno nie dla szesnastoletniego chłopaka typu Syriusz.
    Ale coz, tez chciałabym wiedzieć, co tam pisał. I... Ciesze sie, ze Dominika sie odwróciła.
    Normalnie bym nje pisała o tej porze, bo składne to nie bedzie, ale to Ty; nie moge nie napisac. Za dużo emocji :*
    Zanim zapomnę, mam uwagi (!). Jakoś szybko przeszłaś z tej Francji do Anglii. W sensie wydaje mi się, ze powinnaś była przestawić jeszcze spotkania Dominiki z tym chłopakiem. Rozmowa Patricii z rodzicami była swietnie przedstawiona, ponieważ bardzo dobrze pokazała relacje miedzy innymi i to, ze ona tez ma swoje problemy, których jej przyjaciółki chyba nie dostrzegają tak bardzo, jak powinny (podobało mi sie subtelne zakonczenie fragmentu w lodziarni), ale miałam wrażenie, ze tego nie dokończyłas. Zgoda zd storny rodzicow albo przynajmniej ich słowna reakcja na wieść o Blacku, byłaby idealnym zakończeniem. Zauwazylam tez powtórzenie słowa "kominek" i brak przecinków przed "jak" z dwa czy trzy razy.
    James jest przecudowny, jak podrywa Lily, ale wkurza mnie, jak mowi takie niemile rzeczy do Moon :D. A tak serio, to wlasciwie tez całkiem słodkie, taka niby wroga relacja.
    Byłoby miło, jakby Lily sie wiecej śmiała w obecności Jamesa; moze te ruiny zadziałają na jego korzyść?;)
    No i Remus, tez go ubóstwiam, ale co ja poradzę na to, ze mogłabym czytac tylko o Syriuszu i byłabym wystarczajaco zadowolona z zycia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hejhej!
      Jeju, Twój wysiłek i nocny komentarz doceniam szczególnie :D
      W relacji Syriusza i Dominiki jest całe mnóstwo niedojrzałości i niedopowiedzeń, to na pewno. Black jest dość dziecinny i niezależny jednocześnie, trudno mu zrezygnować z tego, co miał do tej pory.
      Masz rację, dość szybko to wszystko wyszło, ale na tym etapie Jean jest tylko epizodem i nie mam tu na niego miejsca. Pojawi się jeszcze w znacznie większej roli, ale do tego potrzebuję trochę czasu. Tak czy inaczej dziękuję za uwagi, to bardzo motywujące. W ogóle zawsze z pewną obawą czytam Twoje opinie, bo jesteś bardzo rzetelna w komentowaniu i sprawiasz, że przykładam się znacznie bardziej :D
      Ja tam lubię szorstką przyjaźń Moon i Pottera, nie może być tak, że wszyscy uwielbiają się nawzajem :D Oczywiście nie jest tak, że nie lubią się na serio i niestety w najbliższej przyszłości będą mieli parę okazji, żeby to sobie udowodnić... Chyba lepiej jest, kiedy mogą sobie beztrosko dogryzać :)
      Pobyt w Walii trochę namiesza w relacjach naszych milusińskich i Lily nie jest tu wyjątkiem ;)
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam,
      Eskaryna

      Usuń
    2. no własnie, ten Syriusz to musi się jeszcze trochę ogarnąć.
      Oj, to ja może jednak nie chcę,żeby James był miły dla Dominiki... Boże, co Ty szykujesz w tej Walii, to miał być miły wakacyjny wypad, moja droga! no, ale jeśli dla Lily miałoby to na przykład oznaczać zamieszanie pt. "James jest w porządku", to jestem za :D zapraszam na właśnie przed chwilą opublikowaną nowość na NIezależności :*

      Usuń
  4. Hejka !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    Miałam tu wpaść już rano, ale porządki w ogrodzie mi w tym przeszkodziły. Pamiętaj. nawet podczas podlewania kwiatów możesz zginąć. Mówi ci to osoba która zdarła sobie skórę z palca nalewając wodę do konewki :D :D :D hahahha
    Ale przechodząc do rozdziału.
    Byłam trochę zdziwiona, że tak szybko opuściliśmy Marsylię. Bardzo chętnie przeczytałabym więcej o pobycie blondynki w jej rodzinnych stronach. No i o spotkaniach z Jeanem. No, ale to twoje opowiadanie ;)
    Biedna Pat ... ja chyba zwariowałabym z takimi rodzicami albo tak jak Black uciekłabym. Eh szkoda słów. To kolejny argument na to, że nie chciałabym należeć do czystokrwistej rodziny czarodziejów.
    Ta ... ślad wgniecenia na trawie? ... eh ... Run Dom run!
    To jak James odnosi się do Miki jest w pewien sposób urocze. Tak. Jestem dziwna heheheh :D :D :D
    I podrywanie Lily również. Jakbym była na miejscu Lils też byłabym zmęczona tym jego zalecaniem się do mnie, ale z mojej strony wygląda to zabawnie i w pewien sposób oryginalnie.
    Black jak zwykle wnerwiajacy. Brawo chłopcze. Dalej zachowuj się jak naburmuszone dziecko to Dominika na pewno coś do ciebie poczuje * wywraca poirytowana oczyma i wzdycha */. No, ale mimo to nie da się go nie lubic, co nie ;) ?
    Pozdrawiam, oceanu weny życzę i zapraszam do mnie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć, kochana!
      Nie no, jakakolwiek praca fizyczna jest niebezpieczna, więc nie zachęcam do czytania i pracowania jednocześnie :))
      Szybko uciekliśmy z Marsylii i szybko pędzimy dalej! W części trzeciej tempo będzie znacznie większe, to na pewno.
      James jest naprawdę uroczy w swojej mieszance ironii i zaangażowania, więc chyba trudno go nie lubić. Zaczyna rozumieć pewne kwestie, do czego zachęca go Lily, ale jednocześnie mocno trzyma swoją fasadę lekkiej obojętności i żartów.
      Dziękuję za komentarz i pędzę z rewizytą,
      Eskaryna

      Usuń
  5. Nic takiego???? Nic takiego??!! No cholera jasna... A już, już miałam nadzieję na jakieś wyznanie, chociaż najmniejsze. Pokaż te listy! Pokaż! Chociaż mi :) Nie musisz ich pokazywać Nice, pokaż mi :) Proszę!
    Luellla

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Syriusz to typowy facet, więc nie ma co liczyć na kwieciste wyznania, ale mam coś lepszego, co Ty na to? :D Soon!

      Usuń
    2. Aaaaa chcę chcę chcę! <3 Jeszcze 3 dni czekania. Wytrzymam, dam radę, dam! A może jednak zdradzisz coś wcześniej? :)
      Luella

      Usuń
    3. Wszystko zależy od wersji ostatecznej :) Mam dwa dość krótkie rozdziały i nie wiem, czy je połączyć, bo jeśli to zrobię, wyjdzie literacki potwór :D

      Usuń
  6. usunął mi sie komentarz pozdrawiam z całego serduszka.
    no, w kazdym razie hej, dawno mnie nie bylo, ale mialam z mieszkaniem male zamieszanie. powoli sobie bede nadrabiac rozdzialy xd
    generalnie rozumiem uczucia Dominiki, to niełatwe opuszczać miejsce, w którym spedzilo sie wiekszosc zycia. sentyment pozostaje, niezaleznie od tego, jak dobrze jest w nowym miejscu.
    Jean jest niepokojący co najmniej, w tym momencie jestem w stanie oskarżyć go i o to, że stalkuje Dominikę pod jej domem, i o przechwytywanie listów, które wysyłali do niej przyjaciele. nie wiemy do końca, co on tam potrafi, więc nie można niczego wykluczyć...
    opis rodziny Macmillanów mi się podobał, pokazuje taki podzial rodow czarodziejskich, ktory nie jest wcale taki czarno-bialy, jak mogło by sie wydawać. wcale nie dziwie się, ze stare magiczne rody patrzą na nich z politowaniem, w końcu dobrze widać, kiedy ktoś próbuje na sile wkupic sie w czyjes laski, no ale skoro sa dzieki temu szczesliwsi... swoją drogą, Syriusz juz chyba tutaj mieszka u Jamesa, prawda? bo rodzice Pat chyba nie wiedzą o tym, że został wydziedziczony - chyba że po prostu nazwisko Black odebrało im resztki logicznego myslenia xd
    podobalo mi sie Jily tutaj: James nie byl nachalny, a Lily jakas emocjonalnie rozchwiana, jak to czesto bywa w opowiadaniach. albo moze ja po prostu za duzo sie naczytalam takich tworów, bo wciaz za kazdym razem zwracam uwage na to, ze nie ma tego schematu xD w koncu to chyba nie stanowi wiekszosci opowiadan, nie?
    ciekawa jestem, co w tych listach Syriusza było. żadnych wyznań, to na pewno, ale co w takim razie sprawilo, ze taki byl zazenowany? swoja droga, odnoszac sie do ktoregos komentarza wyzej: ja osobiscie lubie, kiedy Syriusz jest takim naburmuszonym dzieckiem, chociaz wiadomo, ze w ilosciach rozsadnych xd
    chyba wszystko... szybko mi sie udalo ten stracony komentarz nadrobic, nie jest tak zle xd w kazdym razie jak cos mi sie przypomni to wpadne jeszcze, jak zawsze.

    www.theasphodelus.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najgorzej :( Ale dziękuję, że go poskładałaś od nowa!
      Dziwne byłoby, gdyby nie tęskniła, w końcu dla większości ludzi dom to bardzo ważne miejsce i dlatego sporo czasu musi minąć zanim tym słowem obdarzy się inne miejsce.
      Cieszę się, że doceniłaś moje starania na rzecz "odczarnobiałenia" rodów czystej krwi :D No bo jeśli założy się, że ktoś jest czystej krwi, jeśli ma czarodziejskich rozdziców i powiedzmy dziadków, to tu rodowód wielu takich rodzin pewnie się urywa, tu i ówdzie znajdzie się jakiś mugol i przerwie linię. Z drugiej strony trudno oczekiwać, żeby każdy antyczny czarodziejski ród był obrzydliwie bogaty - tu z kolei dobrym przykładem są Gauntowie. Ciekawa kwestia do pomyślenia, inspirująca :)
      Syriusz jeszcze nie mieszka u Jamesa - wszystko wydarzy się w te wakacje (rozdziały IV i V).
      Ojeju, ja też tego nie lubię, a mam wrażenie, że rzadko zdarza się, żeby ktoś nie popadł w przesadę. Najwyraźniej czytanie o nieustannych policzkowaniach, zdradach po alkoholu, gierkach towarzyskich, wzbudzaniu zazdrości itd. sprawiło, że ja chyba dryfuję w przeciwną stronę xD Nie wiem czy to dobrze, ale staram się nic nie przejskrawiać, nie wyolbrzymiać, chociaż pewnie różnie bywa z efektem.
      Ja nie wiem czy lubię, kiedy Syriusz jest dziecinny, ale moim zdaniem czy się to lubi czy nie, taki właśnie powinien być - w końcu Rowling przedstawiła go jako impulsywnego, lojalnego, ale też często niesprawiedliwego i dziecinnego faceta, i tego staram się trzymać.
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam,
      Eskaryna

      Usuń
  7. Mam nadzieję, że nadal pamiętasz, aby zostawić te opowiadanie, jeżeli nie na blogu, to w jakiejś innej formie :D. Bo widzę, że Ty już w 15 rozdziale, a ja tu 2 zaczynam czytać. Właściwie trzeci.
    Ciekawe gdzie też się jeszcze spotkają. Chociaż skoro spotkali się tutaj, to może jeszcze w innym miejscu. Chyba że nie wypatrzył jej przypadkiem - tak też przecież może być.
    A mi się wydaję, że możliwe że te zdanie wyjdzie poza ich rozmowę, może matka Patty przypomni gdzieś mimochodem, jak bardzo jej córka zachwalała Blacka? Chociaż chyba nie dotarła do nich informacja o tym, że przecież wydziedziczyli go już. Chyba, że faktycznie liczy się dla nich tylko nazwisko... Tylko robi się tu ciut niepewnie. Patty, Syriusz, Dominika. To jakiś trójkącik?:D Podoba mi się mimo wszystko relacja Syriusza i Dominiki - pewnie powtarzam to już po raz któryś :D. Ale jest w niej coś takiego, co sprawia, że wygląda zupełnie inaczej na tle reszty. Może to, że oboje patrzą na siebie, wyszukując gestów, jako odpowiedzi? Jakby starając się poznać siebie, nie tylko po słowach, które mówią? Nie mam pojęcia, ale podoba mi się. Zastanawiające jest kto podkrada listy od Dominiki. Ktoś może wie, że nie jest do końca tam przystosowana, może waha się, a tylko przyjaciele ją tam utrzymują? Więc co gdyby ich nie było? Nie wiem, nie mam pojęcia. Chyba, że ktoś chce wiedzieć, co jest w jej listach. Ale po co?
    Widocznie korespondencja była na tyle prywatna, że Black wolał to napisać niż powiedzieć. Ewentualnie zmienił zdanie i chciałby cofnąć czas. Chociaż wydawał się taki odważny... A jednak nie :P. A mnie zastanawia co wymyślisz później, kiedy Pete dołączy do Voldemorta. Spotkałam się już w kilku opowiadaniach, że jego matka zachoruje, a on oferuję mu pomoc. Ale skoro u Ciebie jest bogata ciotka, to na pewno nie to będzie problem.

    "Uśmiechnęła się to wysokiego szatyna, który odpowiedział jej wesołym uśmiechem" mała literówka "do", a nie "to"

    Pozdrawiam serdecznie i miłego wolnego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście :) Szkoda byłoby mi skasować tego bloga ot tak, zaraz po ukończeniu tej historii, więc możesz być spokojna.
      Na tym etapie Syriusz jeszcze nie jest wydziedziczony, więc wciąż stanowi dobrą partię dla córki nuworyszy :)
      Ładnie ujęłaś istotę relacji Syriusza i Dominiki :) To trochę tak jak z Lily i Jamesem w najnowszych rozdziałach - oboje próbują przyglądać się sobie nawzajem, ale najlepiej tak, żeby druga strona się nie zorientowała.
      Wątek Petera jest ciekawy, bo taki nieoczywisty, na różne rzeczy można sobie pozwolić. Wydaje mi się, że z tego, co o nim wiemy, wynika raczej, że choroba matki nie byłaby specjalnie potrzebna, żeby zmienić front, ale oczywiście jest to kwestia interpretacji ;)
      Z pozdrowieniami,
      Eskaryna

      Usuń